
Laura Mvula
The Dreaming Room (2016)
RCA Victor, Columbia

Jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty Laura Mvula została ogłoszona nadzieją brytyjskiej muzyki. Porównywano ją do Amy Winehouse, próbowano zestawić z Adele, najtrafniejsze jednak były chyba odniesienia do Niny Simone. Presja ciążąca na wokalistce była więc ogromna. Sing to the Moon sprostało oczekiwaniom, choć pozostawiło pewien niedosyt. The Dreaming Room nie tylko prezentuje się lepiej niż poprzednik, ale ucina także wszelkie konfrontacje z innymi artystami.
Już w numerze otwierającym Mvula śpiewa o tym, że jest przede wszystkim sobą. Zagubioną, próbującą pozbierać się po rozpadzie małżeństwa i szukającą szansy na ponowną miłość, kobietą, która zamknęła wszelkie lęki i wątpliwości w tak rzadko spotykany spójny i świadomy projekt. Hipnotyzujący, oparty na motywie tykającego zegara wstęp w postaci piosenki „Who I Am” kończy się niespokojnie niezidentyfikowanym szumem, tylko po to, by wokalistka przyśpieszyła tempa, goniąc w nieznane w nieco stłumionym, ale jednocześnie porywającym do tańca „Overcome” z gościnnym udziałem Nile’a Rodgersa. Zresztą, cały materiał oparty jest na zasadzie szybko-wolno. I choć jest to rozwiązanie niezwykle trudne, Laura Mvula idealnie wyważyła proporcje pomiędzy przesadnie podniosłym tonem orkiestrowego popu a barwnie pulsującymi brzmieniami z pogranicza współczesnego funku, soulu czy nawet rocka.
The Dreaming Room jest niczym bajka z elementami magii dla dorosłych. Przez całą długość płyty przewijają się niezliczone elementy skomponowane jakby za pomocą czarodziejskiej różdżki. Nieco leniwe „Bread” urzeka słodkimi dzwoneczkami w tle, krzykliwe „Lucky Man” przywołuje na myśl filmy sensacyjne o Jamesie Bondzie, pozytywkowe „Kiss My Feet” pełne jest sprzeczności, „Show Me Love” wzrusza swoją naiwnością, pulsujące „Angel” wprowadza niepokój, a szorstkie i ciężkie „People” inspirowane jest brytyjskim grimem. W tym ostatnim także Mvula porusza temat społeczno-polityczny, odnosząc się do trwającej obecnie walki Afroamerykanów na tle rasistowskim. Tylko jeden z numerów jest dłuższy niż trzy i pół minuty, co sprawia, że płyty słucha się niezwykle gładko, a zmieniane co chwila motywy przenikają się niezauważenie, tworząc nierozerwalną całość. Warto zwrócić uwagę nie tylko na ten marzycielski klimat sprawiający, że ma się jakby do czynienia z płytą-kołysanką, ale także na minimalistyczny dobór słów Laury, która w warstwie tekstowej podporządkowała się filozofii: im mniej, tym lepiej. Opowieść o złamanym sercu i słabnącej samoocenie ma jednak swój happy end w postaci „Phenomenal Woman”, w którym Laura szaleje na potęgę. Okraszony punkową rytmiką i pazurem numer stanie się zapewne faworytem w końcoworocznych podsumowaniach najlepszych utworów na Wyspach.
Laura Mvula może śmiało zapomnieć o zjawisku kompleksu drugiej płyty. The Dreaming Room trwa niecałe 40 minut, choć momentami odnosi się wrażenie, że to album zawieszony w próżni, trwający w nieskończoność. To krążek senny, ale nie monotonny. Rozmarzony, ale nie pełen zadumy. Nagrany z wielką wyobraźnią, ale nie przegadany. I co najważniejsze — inspirowany wieloma fantastycznymi motywami, ale niedający się porównać do niczego i nikogo innego. Laura Mvula to Laura Mvula, koniec kropka.


Komentarze