
The Avalanches
Wildflower (2016)
Modular, Astralwerks, XL, EMI

Z procesem samplowania było w historii muzyki różnie. Od odmieniających ją na zawsze albumów DJ-a Shadowa, po niezbyt kreatywne przeróbki ogranych hitów przez ekipę, którą kierował swego czasu Puff Daddy. Zdecydowanie po tej jasnej stronie mocy stoi australijska ekipa The Avalanches, która przysłowie „W życiu wszystko jest pożyczone„ przekłuła w znakomity album, czyli wydane w 2000 roku Since I Left You. Tony sampli złożyły się w niezwykle świeżo brzmiący twór, do dzisiaj robiący wrażenie i podziw słuchaczy na całym świecie. Po niemal 16 latach, które jak już wiemy, nie poszły na marne, otrzymujemy wreszcie następcę tego dzieła, czyli Wildflower.
Przez 16 lat zmieniło się wiele. Skład zespołu, podejście i oczekiwania fanów co do muzyki, sposób jej rozpowszechniana czy też techniki produkcji. To co rzuca się już po pierwszym przesłuchaniu, to fakt, że Australijczycy nie próbowali nadążyć za trendami, nawet przez sekundę nie kombinowali, aby przypodobać się dzisiejszemu odbiorcy. Nagrali album, który mógłby zostać wydany wkrótce po debiucie. Paradoksalnie archaiczność brzmienia sprawia, że w dzisiejszych naszpikowanych elektroniką czasach album brzmi niezwykle świeżo i oryginalnie. Co prawda słychać gdzieniegdzie inspiracje i podobieństwa do tego, co już słyszeliśmy — singlowy „Frank Sinatra„ spokojnie znaleźć by się mógł w repertuarze Gorillaz, a „The Noisy Eater„, w którym gościnnie udziela się Biz Markie, brzmi jak żywcem wyrwany z Hello Nasty i aż prosi się o wejście któregoś z Beastie Boysów. Słuchając albumu kilkakrotnie, staje nam przed oczami również J Dilla, w szczególności ten z Donuts, oraz jego kolega Madlib. Całość jednak broni się jako spójny i bardzo przemyślany twór. O tym jak mocno artyści dążyli do zrealizowania swojej wizji, świadczy chociażby historia z próbą wyczyszczenia sampla z nagrania szkolnego chóru wykonującego „Come Together„ Beatlesów. Tak bardzo pasował on na swoim miejscu, że w ostateczną legalizację tego utworu zaangażowani zostali nawet Paul McCartney oraz Yoko Ono.
Okiełznanie takiej ilości sampli (w jednym z wywiadów Robbie Chater powiedział, że może być ich nawet ponad 3500) wydaje się nie lada wyczynem. Znajdziemy tu bowiem m.in psychodelię z lat 60-tych, znane muzyczne motywy, filmowe cytaty, nowojorski punk sprzed ponad trzech dekad, odgłosy śmiejących się dzieci czy też szczekające psy. Wydawać by się mogło, że taka ilość i rozstrzał stylistyczny przerodzi się w jeden wielki chaos i ciągłe żonglowanie kolejnymi motywami. Długi czas przygotowywania albumu pozwolił jednak na idealne zgranie całego tego bałaganu w pełnoprawne utwory, które dopiero po kilku przesłuchaniach odkrywają przed nami mnóstwo niespodzianek, co przyznać trzeba — sprawia autentyczną frajdę. Przyczyniły się też do tego dwie rzeczy, które zmieniły się od pierwszego wydawnictwa. Do sampli dołożone zostały też żywe instrumenty i przede wszystkim — wokaliści. A wśród nich znajdziemy cały przekrój indywidualności. Od rymujących (m.in. MF Doom, Camp Lo, Danny Brown czy wspomniany wcześniej Biz Markie) po tych śpiewających (z tych bardziej znanych pojawiają się tu Father John Misty, Jonathan Donahue z The Flaming Lips czy też Toro Y Moi). Pomimo że to różne muzyczne światy, wszyscy oni, podobnie jak muzyczne zapożyczenia, bardzo interesująco wkomponowani zostali w całość, która na szczęście nie pozostawiła po sobie wrażenia producenckiej składanki. Jak głosi tytuł jednego z utworów, wszystko żyje tu ze sobą w jednej wielkiej harmonii.
„They say I’m a thief, They callin‚ me thug, They say I’m a killer, I just say „wassup?„ rapują kolesie z A.Dd+ w „Live a Lifetime Love”. I taka właśnie jest ta płyta. Bezpretensjonalna, pełna pozytywnej energii, obalająca głoszoną przez niektórych tezę, że wartościowa muzyka powinna być smutna. Jeden z tych albumów, który odpalony rano ustawi każdemu dobry humor aż do końca dnia, po który w pierwszej kolejności powinni sięgnąć wszyscy nieuznający granic pomiędzy gatunkami.


Komentarze