Recenzja: YG Still Brazy

Data: 31 lipca 2016 Autor: Komentarzy:

yg-still-brazy

YG

Still Brazy (2016)

CTE / Def Jam

Już niejednokrotnie w ostatnim czasie młoda scena kalifornjskiego hip hopu udowadniała swój ogromny potencjał. Przejawia się on między innymi we wszechstronności artystów. Jeśli cokolwiek miałoby łączyć ze sobą ultra kreatywnego Kendricka Lamara, klaustrofobiczne mrocznego Vince’a Staplesa z post-Neptuseowymi wariactwami Odd Future to to, jak bardzo oddalili się od gangstersko g-funkowej spuścizny zachodniego wybrzeża. Wyjątkiem od reguły stał się YG, który za sprawą debiutu z 2014 stał się ambasadorem ulicznych opowieści o pistoletach, lowriderach, Bloodsach i Cripsach. Wydane w tym roku Still Brazy tylko umocniło go na tymże stanowisku.

Przyczyniła się do tego z pewnością odważna decyzja o rezygnacji z podkładów DJ’a Mustarda, który był głównym producentem My Krazy Life i w zasadzie architektem sukcesu rapera. Powierzenie warstwy muzycznej innym beatmakerom przyniosło prawdopodobnie więcej korzyści niż strat. Musztarda to do dziś postać kontrowersyjna, a jego wizja kalifornijskiego minimalizmu nie zdążyła przeciągnąć na swoją stronę wystarczającej grupy purystów wychowanych na dyskografiach Dre’a, Warrena G i Dogg Poundów. Dla takich właśnie słuchaczy szczere uśmiechy ślą zawarte na Still Brazy podkłady. Minimalizm nie wyparował zupełnie, ale nie jest już tak przesadnie bezduszny. Moogowe basy, piszczały, p-funkowe inspiracje, wszystko układa się w logiczną całość — laurkę dla każdego, kto reaguje biciem serca na hasła takie jak g-funk, mobb music, DJ Quik, Battlecat, Bay Area. może przesadziłem, że dla każdego, bo niektórym zapewne marzyłby się materiał wyjęty żywcem z wehikułu czasu. Tak nie jest, ale kombinacja klasyki z nowoczesnością jest na tyle intrygująca, że nie kojarzę drugiego rapera na topie z tak nakreślonym brzmieniem.

Podkłady podkładami, a co z samym rapem? YG był i jest przeciętnym tekściarzem, tylko co z tego? Liryczność na zachodzie zawsze była opcjonalna, a o jakości rapera decydowała bardziej flow i charakter, a tego bynajmniej tutaj nie brakuje. Kłamstwem byłoby jednak powiedzieć, że w ogóle się nie stara z pisaniem wersów. W „Who Shot Me?” YG wspomina dzień w którym został postrzelony, umiejętnie rzutując na zwrotki wykrzesane przez ten incydent uczucie paranoi. Cała końcówka płyty poświęcona jest sprawom polityczno-społecznym. „Blacks & Browns” opowiada o relacjach między żyjącymi w Compton mniejszościami etnicznymi, „Police Get Away wit Murder” jest nie muszę pisać o czym, a „FDT” to prymitywny, ale szczery i dosadny diss na oby-nie-przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Reszta materiału to klasyczna dla rejonu przewózka zakrapiana (nie mnie oceniać czy autentyczną) gangsterką i (sorry, taki mamy klimat, niestety) mizoginią. Gości na płycie jest pełno, ale paradoksalnie najlepiej sprawdzają się mało znani koledzy YG’a, którzy doskonale się z nim rozumieją i wiedzą o co chodzi w tej całej zabawie w westcoast.

Chociaż pod wieloma względami Still Brazy jest rozwinięciem zawartych na debiucie pomysłów, czegoś mi zabrakło. My Krazy Life miało ciekawszą konstrukcję, opowiadało historię, lekkoduszną wersję konceptu znanego z good kid, m.A.A.d city Kendricka. Z tego właśnie powodu najnowsze wydawnictwo odbieram trochę bardziej jako mixtape’opodobny zbiór utworów, niż jako album. To tylko taka mała dygresja, nie mająca znaczenia przy ogromnym rozrywkowym potencjale tego materiału. Wessyyyde!

Komentarze

komentarzy