Recenzja: Tory Lanez I Told You

Data: 29 sierpnia 2016 Autor: Komentarzy:

tory_lanez_i_told_you_ac

Tory Lanez

I Told You (2016)

Mad Love/Interscope/Universal


Pojedynek pomiędzy weteranem a „świeżakiem” rozpoczęty. Zarówno Tory Lanez, jak i Drake pochodzą z Toronto, ale tylko jeden z nich jest obecnie najlepszy — ten drugi. Młody Lanez natomiast za cel życiowy obrał sobie zostanie największym artystą w historii muzyki, a przynajmniej największym pochodzącym z Toronto. Jego debiut miał udowodnić, że jest na dobrej drodze do osiągnięcia upragnionego tytułu. W końcu ma za sobą już 15 mixtape’ów i jedną EP-kę. Postanowił więc, że na dobry początek przygody z oficjalnymi wydawnictwami przedstawi siebie jako człowieka, artystę i opowie swoją życiową historię.

Lanez został bezdomnym w wieku 15 lat — od tamtej pory dbał o siebie sam. Miał do wyboru dwie opcje — zostać gangsterem albo kimś i osiągnąć coś konkretnego. Zaczął więc rapować, a z czasem nauczył się śpiewać i łączyć te dwie rzeczy, podobnie jak Drake. Tory ze swojego debiutanckiego krążka chciał na siłę zrobić film, i trzeba mu przyznać, że to się udało. Na albumie znalazło się 28 pozycji, z czego połowa z nich to skity i interludia. To właśnie przez te przerywniki odsłuch płyty staje się męczący już po kilku utworach. Fakt, są to istotne informacje składające się na spójną koncepcyjnie całość, ale muzyki rozrywkowej słucha się w pierwszej kolejności dla przyjemności. Co gorsza, jak słusznie zauważyli redaktorzy Pitchforka, Tory cierpi na „syndrom Travisa Scotta” i ma skłonność do przesadzania z produkcją utworów. Większość tracków jest zbyt długa, a spokojnie można by je obciąć o końcówki, w których zwykle słyszymy o dwa refreny za dużo czy nieszczególnie zajmujące outro, jak w przypadku „Guns and Roses”, które ma potencjał, ale jest dobre jedynie do pewnego momentu. Wstępne „I Told You/Another One” to energetyczny kop, w którym Tory zapowiada, że będzie największy. Na pierwszej płycie Kanadyjczyka jest także dużo aspektów, które zaczerpnięte zostały od innych artystów — na przykład „4am Flex” przypomina „The Art of Peer Pressure” Kendricka. Z pewnością ważnymi pozycjami są zamykające tracklistę single — zwieńczone gospelowym refrenem „Say It” i połowicznie dancehallowe „Luv” — to one zapadają mocno w pamięć jako najbardziej melodyjne i świetnie mainstreamowo wyważone piosenki. W „Cold Hard Love” słychać styl The Weeknd, a „To D.R.E.A.M.” jest intrygujące przez przejścia od rapu, przez śpiew, do łudząco przypominającego Fetty’ego Wapa refrenu.

Tory jest dumny z tego, gdzie obecnie się znajduje i z uśmiechem na twarzy pokazuje środkowy palec wszystkim, którzy w niego nie wierzyli gdy mówił, że mu się uda. Chociaż niektóre piosenki na jego pierwszym długogrającym albumie nie pasują do koncepcji, całość broni się produkcją Cashmere Cata, Play Picasso czy Benny’ego Blanco. Ale koniec końców I Told You to jednak przerost formy nad treścią. Z jednej strony to dobrze, bo udowadnia, że 24-letni Kanadyjczyk jest ambitny i ważne jest dla niego, aby wszystko było dograne w 100%, z drugiej jednak — za bardzo zależy mu na pokazaniu słuchaczowi siebie samego i swojej scenicznej persony, przez co sama muzyka schodzi czasem na drugi plan.

Komentarze

komentarzy