Wydarzenia

Recenzja: M.I.A. AIM

Data: 18 września 2016 Autor: Komentarzy:

M.I.A.

AIM (2016)

Interscope / Polydor

Pierwsze dwie płyty M.I.A. były wydarzeniami. Każda kolejna jest jedynie ciekawostką. I w dodatku z krążka na krążek, z roku na rok coraz mniej słuchacza angażującą. O ile jednak Matangi z 2013 roku można było rozpatrywać w kategoriach jakieś rekuperacji po absurdalnym ΛΛ Λ Y Λ, nowa propozycja angielskiej raperki AIM to raczej znowu krok do tyłu.

Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do „Galang” w telewizji latem 2005 roku. Oszalałem. Numery na Arular (a dwa lata później na Kali nawet w większym stopniu) wywracały system. M.I.A. ciskała gunshotami z niezwykłą charyzmą. Politycznie naładowane kawałki na szaleńczych bitach Switcha, Diplo czy Blaqstarra były czymś wówczas bezprecedensowym — dzięki nim hip-hop wszedł na zupełnie nowy poziom. Kala mieszająca afrykańskie, indyjskie, jamajskie, brazylijskie i trudno powiedzieć jakie jeszcze inspiracje pod banderą tanecznej elektroniki była najświeższą rzeczą w rapowym uniwersum, od kiedy Timbaland zaczął kręcić chore bity dla Missy Elliott na początku poprzedniej dekady. Ale coś za coś. Po wielkim przełomie nie dało się utrzymać tego szalonego tempa przez kolejnych dziesięć lat — nie ma w tym zresztą nic dziwnego.

Za AIM stoi ta sama M.I.A., która zrobiła „Bucky Done Gun” czy „XR2”, z tym że o 10 lat starsza i nieporównywalnie bardziej zmęczona życiem. Bo choć raperka kurczowo trzyma się wypracowanego przed laty niepodrabialnego stylu, nie potrafi już wejść w temat z takim samym zacięciem czy równie kolorowo swoją muzykę oprawić. Na płycie znajdziemy kilka interesujących momentów, ale żaden z nich nie może równać się z którymkolwiek z numerów na Arular czy Kali. To zresztą raczej M.I.A. goniąca za własnym cieniem sprzed dekady. Artystka sama zresztą przyznaje, że współczesny świat, włączając w to powstającą dzisiaj sztukę i muzykę, raczej ją rozczarowuje. Tymczasem doprawione trapem i moombahtonem AIM nie stanowi dla słuchacza żadnej alternatywy. Co więcej — to rozczarowanie czy wręcz zachowawczość dają się we znaki.

AIM nie tylko nie jest growerem, ale przy kolejnych odsłuchach nawet bardziej wychodzą na wierzch kolejne braki — chaotyczna forma bardziej muzycznego szkicownika niż faktycznej płyty, zwłaszcza jeśli mierzymy się z rozszerzoną o pięć utworów wersją deluxe (czy to już syndrom The Life of Pablo?), czy niedobór przebojowych hooków, z czym zresztą piosenkarka ma problem od dawna. Najciekawsze momenty to zresztą te znane jeszcze przed premierą płyty — minimalistycznie zapętlone „Borders” odnoszące się do kryzysów migracyjnych współczesnego świata, trapowe „Go Off” skrojone we współpracy ze Skrillexem czy oparte na spitchowanym etnicznym samplu „Bird Song”. W uszy rzuca się też „Visa” mieszająca faktyczny fragment hitowego hooka „Galang” z indyjskim motywem w stylu „Mundian to bach ke” czy niesione przez jarmarczne glitche „Ali R U OK?” tytułem nawiązujące nawiązujące najpewniej do refrenu „Smooth Criminal”. Mimo tego żadnego z tych numerów nie cechuje ponadprzeciętne replay value. Nie tylko nie zachęcają słuchacza, żeby wrzucił AIM na repeat, ale powodują coś w rodzaju tęsknoty za dwoma pierwszymi albumami M.I.A. I tak oto koło się zamyka.

Komentarze

komentarzy