Recenzja: clipping. Splendor & Misery

Data: 22 września 2016 Autor: Komentarzy:

clipping.

Splendor & Misery (2016)

Sup Pop

Ci, którzy znają twórczość clipping. pewnie się zgodzą, że jeśli istnieje jakakolwiek cecha definiująca muzykę tego zespołu, to jest nią nieustanne eksperymentowanie oparte na bawieniu się hip-hopowymi konwencjami oraz łączeniu różnorodnych, często kontrastujących ze sobą dźwięków. Szczególnie ciekawa pod tym względem jest ich pierwsza oficjalna płyta CLPPNG, na której pochodzące z Los Angeles trio czerpało inspiracje równocześnie z rapowych tradycji, jak i muzyki industrialnej i noise’u. W podobnym tonie utrzymana była wydana w czerwcu epka Wriggle, co mogło wskazywać, że ich następny oficjalny projekt będzie kontynuacją obranej już wcześniej drogi. A jednak clipping. po raz kolejny postanowili zrobić coś nieszablonowego, świeżego i stojącego w opozycji do oczekiwań słuchaczy.

Nie mam wątpliwości, że Splendor & Misery to pod względem konceptualnym najambitniejsza, ale też najbardziej wymagająca rzecz, jaką do tej pory zespół stworzył. W telegraficznym skrócie akcja albumu osadzona jest w kosmosie i opiera się na historii człowieka (nazwanego Cargo 2331), który jako jedyny zdołał ocaleć na skutek przewrotu, jaki miał miejsce na statku kosmicznym transportującym niewolników. Wraz z kolejnymi utworami poznajemy dalsze losy naszego bohatera oraz stany emocjonalne towarzyszące mu w jego podróży – od początkowego lęku związanego z uzyskaną wolnością, przez poczucie przytłaczającej samotności, aż po finalną decyzję, aby uciec od opresyjnego społeczeństwa i lecieć w nieznane.

Jednym z aspektów tego albumu, który wybija się na pierwszy plan jest jego filmowy klimat. Nie tylko chodzi tu o sposób, w jaki Daveed Diggs opowiada całą historię, ale również o warstwę brzmieniową, która różni się znacznie od tego, co mogliśmy usłyszeć choćby na midcity, czy wspominanym już CLPPNG. Podczas gdy podkłady zawarte na poprzednich projektach grupy mieściły się w ramach szeroko pojętego eksperymentalnego hip-hopu, tak brzmienie Splendor & Misery skonstruowane jest niemal w całości z ambientowych stukotów i szmerów, dzięki czemu zdecydowanie bliżej mu do soundtracków rodem z filmów sci-fi. Całkiem możliwe, że spory wpływ na taki, a nie inny kształt tego albumu miało doświadczenie, jakie wokalista Daveed Diggs zdobył, grając główną rolę w głośnej sztuce Hamilton, za którą zdobył Grammy oraz nagrodę Tony. Warto też wspomnieć, że Jonathan Snipes, czyli jeden z dwóch producentów zespołu, zajmuje się zawodowo komponowaniem muzyki filmowej.

Nie ulega wątpliwości, że clipping. wykazali się sporą ambicją i kreatywnością podczas tworzenia tej płyty. Problem z nią pojawia się jednak z momencie, kiedy podchodzimy do każdego utworu indywidualnie, nie patrząc na historię, której jest częścią. Okazuje się wtedy, że najlepszymi numerami są właśnie te, które przywołują na myśl brzmienie z ostatniej długogrającej płyty kalifornijskiej grupy. Za przykład niech posłuży „True Believer”, które świetnie łączy industrialny, mechaniczny bit z refrenem zawierającym fragment niewolniczej pieśni z XIX wieku. Z kolei „Air ‚Em Out” jest interesujące nie tylko ze względu na stukoczący, przestrzenny podkład, ale również dlatego, że jest jednym z nielicznych utworów, gdzie Diggs otwarcie pokazuje swoje wysokie umiejętności techniczne i wypluwa kolejne wersy z charakterystyczną dla siebie energią i swobodą. Warto też zwrócić uwagę  na bardzo optymistyczne, chwytliwe „A Better Place”, które stylistycznie jest nieco oderwane od reszty utworów, a mimo to stanowi udane zamknięcie całej historii.

Splendor & Misery to płyta zdecydowanie inna od poprzednich projektów clipping. Brudne, czasem nieco chaotyczne, ale jednak wciągające i angażujące słuchacza bity zostały tu zastąpione przez stonowane, wręcz ekstremalnie minimalistyczne podkłady, które z pewnością mogą być dla niektórych słuchaczy przeszkodą nie do przejścia. Ciekawe, czy album ten jest jednym z wielu muzycznych i konceptualnych eksperymentów zespołu, czy może jednak stanowi zapowiedź jakiegoś nowego kierunku w ich twórczości. Bez względu na to warto śledzić ich następne ruchy, bo kto jak kto, ale oni zaskoczyć potrafią.

Komentarze

komentarzy