Recenzja: Mac Miller The Devine Feminine

Data: 27 października 2016 Autor: Komentarzy:

mac

Mac Miller

The Devine Feminine (2016)

REMemeber/Warner

Niesamowity jest ten małolat. W recenzji GO:OD AM pisałem o tym, że idealnie zmienił psychodeliczny klimat WMWTSO na pogodniejsze i bardziej radosne treści. Teraz z kolei te lżejsze wzmianki ewoluowały jeszcze bardziej i Mac Miller nagrał płytę, którą można zakwalifikować jako muzyczny list miłosny.

Przed premierą i pierwszymi singlami można było się trochę obawiać, czy płyta nie okaże się zbyt jednowymiarowa i monotonna przez dobraną tematykę. Nic takiego jednak się nie stało. The Divine Feminine to album przepełniony melodyjnością, ciepłymi dźwiękami i fantastycznym vibem. Pomiędzy brzmienie dęciaków, klawiszy, saksofonu czy smyczków zostały wplecione miłosne opowieści Maca, który zatracił się między rapem a soulem, a nawet funkiem z „Dang!” na czele. Ciężko wrzucić ten materiał do szuflady stricte hip-hopowej. Miller od zawsze imponował swoją uniwersalnością w kwestii zabawy głosem, ale teraz postanowił rozciągnąć śpiewanie i zawodzenie na dużą część płyty. Na tym krążku raper tak bawi się głosem, że luz wyczuwalny jest przez głośniki, a kontrolowana „wyjebka” na wokalu w takim wydaniu jest rzadko spotykaną umiejętnością. Przy takim talencie eksperymenty czy przesycenie rapowej normy są normalnością. W dodatku próżno tutaj szukać tandety czy festyniarstwa zarówno pod względem muzyki, jak i słów.

Goście wpasowali się idealnie w romantyczny klimat płyty — jedynie Ty Dolla $ign ze swoim przekombinowanym wokalem trochę odstaje od towarzystwa i „Cinderella” jest gorszym momentem całości. Świetnie za to wypadł Kendrick, który idealnie wstrzelił się w nastrój materiału. „God is Fair, Sexy Nasty” świetnie opisał sam Mac Miller mówiąc o tym, że nie chciał robić z Lamarem typowego utworu w stylu jego gościa, ale stworzyć wypadkową ich obu, zachowując koncepcję albumu.

Na koniec muszę się odnieść do własnej recenzji GO:OD AM. Wtedy pisałem, żeby czekać na kolejny materiał McCormicka, bo nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Miałem rację, bo tym razem Miller odpłynął do krainy miłości, a właściwie do Ariany Grande, dzięki której album w dużej mierze wygląda właśnie w ten sposób. Czy to dobrze? Jedni narzekają, że nie dostali tutaj żadnego bangera w stylu „Break the Law” z poprzedniej płyty, a inni zachwycają się klimatem i spójnością albumu. Tych pierwszych trzeba odesłać do Pani Ariany, bo patrząc na nią nie można się dziwić Macowi, że The Divine Feminine brzmi tak, a nie inaczej. Ja pozostaję w gronie tych drugich — fanów. Czołówka roku… jak zwykle od trzech płyt.

Komentarze

komentarzy