Recenzja: D.R.A.M. Big Baby D.R.A.M.

Data: 31 października 2016 Autor: Komentarzy:

bigbabydram

D.R.A.M.

Big Baby D.R.A.M. (2016)

Atlantic

Okładka debiutu pochodzącego z Virginii rapera to wyjątkowo dobitnie symbolizuje nam jak zmienił się przez ostatnie kilkanaście lat archetyp hiphopowej gwiazdy. D.R.A.M. to jednak coś znacznie więcej niż kudłaty pudelek i uśmiech od ucha do ucha w miejsce pitbulla i gangsterskiego grymasu na twarzy. D.R.A.M. to taki Biz Markie obecnych czasów, którego potrzebowaliśmy będąc tego totalnie nieświadomymi.

Nawet nie widząc beztroskiej okładki (ani jeszcze bardziej beztroskich teledysków) bez problemu możemy wyobrazić sobie nastrój, z którego autor zdaje się nigdy nie wychodzić. Jego pozytywne podejście do życia imponuje, a i jest wręcz zaraźliwe. Słuchając Big Baby D.R.A.M. można niemalże zapomnieć o problemach codziennego życia i odpłynąć do świata w którym dobra zabawa nie ma końca, „brokuły” płoną jedna za drugą, prawdziwa miłość nie jest mitem, a pieniądze szczęścia nie dają, byle cokolwiek było w kieszeni. Jak coś natomiast nie pójdzie to spokojnie — przeciwności losu odejdą w cień i wszystko się ułoży. Jakoś. Ktoś znajdzie się z pewnością, kto powie że to wszystko jest miałkie, ignoranckie i jednowymiarowe. Nic w tym jednak złego nie ma. D.R.A.M. nie udaje, że świat pozbawiony jest rasistowskich policjantów i Donaldów Trumpów, po prostu stawia sobie za cel podarowanie nam materiału komplementarnego i konsekwentnego w dostarczaniu pozytywnej energii.

Do tego wszystkiego muzykalny jest jak diabli. Nawet w najbardziej hiphopowych bangerach nie unika melodyjnych akcentów na końcu wersów, chórków i  wokalnych refrenów z prawdziwego zdarzenia. Jego lekkość w przechodzeniu między wolnym od autotune’a śpiewem a rapem jest rzeczą nieosiągalną przez dziesiątki hiphopowców próbujących dokładnie tego samego. Ślizgając się na pograniczach gatunków wypada jednak lepiej niż skupiając się w jednym momencie na jednym. Jako raper-eksperymentator skaczący po podkładach łączących psychodeliczny trap, pop-rock („Misunderstood”!) i alternatywne r&b jest świetny, ale nagrywając stricte r&b/neo-soulowe jointy jest zaledwie przyzwoity. Pod żadnym względem nie odmawiam mu tutaj gracji z jaką porusza się w staroszkolnie napisanym „Sweet VA Breeze” albo w delikatnie nerdowskim duecie z samą Eryką Badu.

Pomimo swojej lekkości i beztroskiej atmosfery, Big Baby D.R.A.M. to wyróżniająco się odważny i przemyślany debiut. W czasie gdy wielu konkurencyjnych debiutantów zaczyna raczej od bezpiecznych, podległych trendom i wpływom wytwórni albumów, ziomeczek z Virginii od razu mówi nam co jest grane.  Polecam — z trochę szerszym niż zazwyczaj uśmiechem na ustach.

Komentarze

komentarzy