Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: A Tribe Called Quest We Got It from Here… Thank You 4 Your Service

Data: 21 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

a-tribe-called-quest-we-got-it-from-here-thank-you-4-your-service-cover-art

A Tribe Called Quest

We Got It from Here… Thank You 4 Your Service (2016)

Epic

Piątek, 11 listopada 2016 roku. Polacy wyszli na ulicę uczcić swoją niepodległość interpretowaną na tyle sposobów, ile można sobie tylko wyobrazić. W Stanach eskalują właśnie uliczne protesty związane z wyborem Sami-Wiecie-Kogo na być może najważniejsze stanowisko świata, oczywiście kontrowane głosami typu „może Sami-Wiecie-Kto nie będzie taki zły, dajmy mu szansę”. Jeśli coś może w choćby ułamkowym stopniu zjednoczyć ten wrzący tygiel osobowości i ich opinii, to musi to być kawał cholernie dobrej muzyki i nie mówię tu nie tylko o pożegnalnych odtworzeniach płyt Leonarda Cohena. Powracający po osiemnastu latach Trajbowie zapewnili nam — obywatelom świata — uczucie, że cała ta Ameryka właśnie stała się znów trochę bardziej wspaniała. Wielkość We Got It from Here… Thank You 4 Your Service można rozpatrywać na co najmniej kilku płaszczyznach, podzielmy je zgodnie z klasyczną nomenklaturą na: bity, rymy i życie.

Bity… muzycznie album spełnia oczekiwania, a nawet mocno ponad nie wykracza. Niektóre podkłady żywcem wyrwane zostały ze złotej ery zespołu, jak i całego muzycznego gatunku, inne uznać można za wędrówki ścieżkami do tej pory zupełnie prze grupę nieprzetartymi. Jedne chwytają nas w sidła lo-fi, drugie lśnią rozmachem i dopracowaniem, na jaki dekady temu nie można było sobie do końca pozwolić. To kolejny naturalny etap rozwoju produkcyjnej strony Q-Tipa i załogi — mówię tutaj nie tylko o dyskografii A Tribe Called Quest, ale również o solowej twórczości ich nieformalnego lidera. Jeśli się mylę, powiedzcie, na której płycie usłyszelibyśmy coś tak awangardowego na hiphopowe warunki jak „Solid Wall of Sound” i czy wsparliby ich w tak ambitnych dążeniach Elton John i Jack White? Nawet te wspomniane powiewy oldschoolu potrafią przerodzić się w coś mniej spodziewanego. Oszczędnie, ale z głową dobrane sample, żywe drgania strun basowych, gęste cuty DJ’a Scratcha, inteligentnie rozbudowane outra — wszystko to brzmiałoby świeżo piętnaście lat temu, brzmi świeżo dzisiaj i sądzę, że i za piętnaście nic by się w tym względzie nie zmieniło.

Rymy… pod tym względem panuje tutaj podejście konserwatywne i bardzo dobrze. Wprawdzie Q-Tip wydaje się wymagać mniej przerw na oddechy niż kiedykolwiek, a i Phife Dawg potrafi wykroczyć ponad przeświadczenie wielu słuchaczy o istnieniu jako dynamiczna opozycja dla kolegi. Jeśli spojrzy się na całość, na wierzch wybija się stara szkoła hiphopowego flow, bynajmniej nie wynikająca z obrzydzenia współczesnym rapem (w końcu The Abstract w jednym z wersów przekazuje pochodnię czwórce reprezentantów nowej fali), a ze szczerej potrzeby zamknięcia pewnego kręgu muzycznej historii. Nie powiem, moje receptory nostalgii szalały w momentach, kiedy to raperzy odnosili się do klasycznej szkoły naprzemiennego wymieniania się wersami. Mówię o na przykład duecie Q-Tipa ze wszędobylskim obecnie André 3000, ale przede wszystkim o kipiącym kolektywną pasją „Dis Generation”. Tutaj przechodzimy do tematu Busty Rhymesa, który pojawiając się w czterech utworach powrócił do korzeni i wyzwolił swego „podziemnego smoka”. Spłacił dług wdzięczności grupie i przy okazji przyćmił pozostałych gości, a mówimy o takich postaciach jak Kendrick Lamar, Talib Kweli, Anderson .Paak czy zaliczającym ważne z symbolicznego punktu widzenia cameo Kanye’m Weście. Pojawia się w tym wszystkim jeszcze Jarobi, o którym najwięcej co można powiedzieć to to, że jest na płycie. O dziwo jakoś mi to nie przeszkadza, może dlatego że w generalnym rozliczeniu bardziej zasila niż stopuje grupę, podobnie jak dopełniacz w osobie Consequence’a.

Życie… tyle zachwytów, a jeszcze nic nie napisałem o warstwie tekstowej. Album mógł być, idąc za panującymi na scenie trendami, jeszcze bardziej polityczny, ale na szczęście nie jest. Kiedy chwyta się za tematykę społeczną, robi to z pomysłem i humorem, jak w „The Space Program”, albo z artykułowanymi beastieboysową energią emocjami, jak w „We the People”. Szpilki wbijane w Trumpa w co najmniej kilku utworach stłamszone zostały przez szarżującą rzeczywistość, na szczęście inne poruszone na płycie, zaiste życiowe tematy to treści bardziej ponadczasowe, uniwersalne i przy okazji nie tak w pełni oczywiste. „Kids” nagłaśnia dysonans między oczekiwaniami wobec życia a zderzeniem z rzeczywistością podczas wchodzenia w dorosłość, „Melatonine” pyta nas, czy kontrolowana ignorancja może być lekiem na część zła tego świata, a „Ego” to zbiór własnych hipotez Q-Tipa dotyczących ludzkich motywacji życiowych, opracowanych na przykładzie swoim i otoczenia. Pożegnalny album A Tribe Called Quest nie mógł również obyć się zwrotek dotyczących smutnej przyczyny zakończenia działalności zespołu. Pożegnanie Phife’a skumulowane zostało w dwóch utworach — wzruszająco osobistym wynurzeniom Abstracta dotyczącym przyjaciela w „Lost Somebody” i pozytywnym, celebrującym wyłącznie dobre wspomnienia i trynidadzkie korzenie zmarłego rapera „The Donald”.

We Got It from Here… Thank You 4 Your Service to satysfakcjonujące w pełnym tego słowa znaczeniu zamknięcie jednego z najważniejszych rozdziałów hip hopu. To także instrukcja — nie tylko dla artystów rapowych — jak zaliczyć udany powrót po bezprecedensowo długiej przerwie. Po pierwsze, idealnie wyważyć to, co aż za dobrze znane z tym co nieznane. Po drugie, zręcznie odnaleźć się w kontekście zupełnie innych czasów i zupełnie innych widoków za oknem. Po trzecie, nigdy-przenigdy nie stracić miłości do tego, co się robi. A Tribe Called Quest, dziękujemy za służbę.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure