Recenzja: Palmistry Pagan

Data: 3 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

Palmistry

Pagan (2016)

Mixpack

Gorące lato. Klub wypełniają neonowe światła i malaryczne powietrze. W rogu przy wejściu w przezroczystej donicy stoi ogromna ozdobna palma. Parkiet jest na wpół pusty, a pojedynczy goście sączą przy barze różnobarwne drinki. W głośnikach Palmistry, który na debiutanckim longplayu Pagan nie odkrywa może Ameryki, ale ma na siebie pomysł, jakiego nie ma w branży nikt inny i potrafi skutecznie wprowadzić go w życie. Londyńczyk z wyczuciem i lekkością przepisuje tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego R&B. Charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem Palmistry, jeśli wziąć pod uwagę klubowe okoliczności, uderza intymnością i kameralnością. Dlatego Pagan nigdy nie zapełni lokalu, a właściciel, niepoprawny romantyk, zamknie go jeszcze przed końcem sezonu. Trudno zresztą było to miejsce znaleźć — wpół drogi między słonecznym Kingston, onirycznym Toronto, basowym Londynem i do tego gdzieś na skraju lat 80. — bo choć rytm zdążył już zdominować melodię, ta w dalszym ciągu, choć zdekonstruowana, definiuje odbiór longplaya Palmistry („Club Aso”, „Sip”, „Paigon”).

Komentarze

komentarzy