Recenzja: RP Boo The Ultimate

Data: 7 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

a3828171700_10

RP Boo

The Ultimate (2016)

Planet Mu

Obecnie niewiele jest równie interesujących zjawisk co chicagowski footwork. Ta frenetyczna, brudna, połamana muzyka, najczęściej oscylująca wokół 160 uderzeń na minutę, zakorzeniona jest w ghettohouse’owej tradycji i spuściźnie kultowej wytwórni Dance Mania. Funkcjonujący na jednej płaszczyźnie z równie fascynującym tańcem gatunek zrodził w swojej kolebce wielu niespotykanych artystów, a także dał bodziec do powstania niezależnych scen w Los Angeles, Tokio czy w Polsce. Na popularyzację niszy największy wpływ zdecydowanie miała postać zmarłego w 2014 roku DJ-a Rashada — lidera załogi Teklife, działającego w duecie z DJ-em Spinnem, autora przełomowego albumu długogrającego Double Cup w Hyperdub Records. Wraz z Planet Mu te dwie brytyjskie oficyny swoimi katalogami nauczyły tej muzyki europejskich słuchaczy, na co trzeba było czasu. Po sukcesie Rashada powoli nadszedł czas innych reprezentantów Chicago na czele z Traxmanem — jednym z najbardziej doświadczonych i wszechstronnych DJ-ów i producentów działających na scenie house’owej od końcówki lat 80-tych, zakochanym w samplingu i w kwaśnych syntetycznych brzmieniach. Świat elektroniki najdłużej musiał przygotowywać się jednak na nadejście RP Boo, kolejnego fundamentu sceny ze stolicy stanu Illinois. Sytuacja nie była oczywiście przypadkowa, bo producent najintensywniej eksplorował możliwości eksperymentowania z chaosem oraz estetyki surowego brzmienia, co w odbiorze często bywa bardzo wymagające. Dziś jednak Boo zwiedził ze swoją muzyką praktycznie cały świat, a najnowszy materiał The Ultimate to jego jak dotąd najbardziej esencjonalne i spójne wydawnictwo.

Świetny ubiegłoroczny longplay Fingers, Bank Pads & Shoe Prints stawiał na wszechstronność, dzikie programowanie układów perkusyjnych, nieprzewidywalny sampling od soulu po muzykę filmową, oddawanie ducha footworkowych bitew tanecznych i precyzowanie tego endemicznego, surowego brzmienia, które Kavain Space od lat nieprzerwanie udoskonala. W przypadku najnowszego The Ultimate formuła jest niemal identyczna, aczkolwiek udało się każdą z wymienionych kategorii w pewien sposób ujednolicić. Stronę A EP-ki otwiera utwór tytułowy prowadzony przez regularny, ghettohouse’owy clap i bijącą na alarm syntezatorową harmonię rodem z rave’owych produkcji pierwszej połowy lat 90-tych. Kolejne „Bang to the Funk” dostarcza pierwszy paradoksalny sampel albumu, co niejako należy do kanonu twórczości RP Boo. W tym utworze producent przenosi nas na… Ulicę Sezamkową, dekonstruując kultową wyliczankę z serialu i szatkując własny wokal powtarzający tytułową frazę. Pierwszą połowę materiału zamyka singiel „The King” — najmroczniejsza kompozycja projektu okraszona pulsującą linią basu, ciemnymi, przestrzennymi melodiami i kwestiami z filmu Fresh z 1994 roku w reżyserii Boaza Yakina.

Rewers rozpoczyna cudowne „What Am I?” zbudowane na morderczej stopie w rytmie 4 na 4, acidowym basie, chaotycznie opadających kaskadach werbli i pięknie zinterpretowanym samplu z „Somebody Else’s Guy” Jocelyn Brown. Nikt zresztą nie tnie sampli w tak oryginalny sposób jak Record Player Boo — wszystkie fragmenty przenikają się nawzajem, tworząc nowe harmonie i rytmy w obrębie poszczególnych fraz, a wraz z postępem utworów nieustannie zaskakują swoimi sekwencjami. Dokumentalista Wills Glasspiegel porównał to kiedyś do samego Steve’a Reicha i jego taśmowych eksperymentów, co zdecydowanie nie jest zestawieniem niepoważnym. Na The Ultimate nie mogło również zabraknąć kompozycji pokroju „Bu’Moon” — numeru dedykowanego tanecznym kółeczkom i footworkowym bitwom, popychającego możliwości tancerzy w kierunku coraz nowszych patentów oddawania tej piekielnie skomplikowanej rytmiki ruchami ciała. Całość zamyka progresywne, najdłuższe i najdziwniejsze „Electric Energy”, gdzie Kavain swój własny wokal zestawia z hitem „Fly Away” Lenny’ego Kravitza, co na papierze może wyglądać kiczowato, ale w praktyce brzmi jak pieśń triumfalna ubrudzona filtrami i pogłosem, nieustannie bombardowana hi-hatami, basowymi stopami, wściekłymi werblami i wszelkiego rodzaju perkusjonaliami. RP Boo w raptem sześciu utworach potrafił zamknąć jedno z najbardziej wymagających połączeń elektronicznego eksperymentu i żywiołowej, skomplikowanej muzyki tanecznej tego roku.

Komentarze

komentarzy