Recenzja: Flue Influence

Data: 15 lutego 2017 Autor: Komentarzy:

Flue

Influence (2017)

Rok 2013. Pochodzący z Wysp DJ Format wydaje swój debiutancki krążek bardzo mocno osadzony zarówno w hip-hopie, jak i opartym na klasycznych breakach funku. Najbardziej istotny tutaj jest jednak tytuł, czyli Music for the Mature B-Boy, który idealnie odnosi się również do wydanego w tym roku albumu zespołu Flue. Czy to oznacza, że sięgnąć po niego powinni jedynie kręcący się na głowach tancerze? Biorąc pod uwagę szacunek, jaki grupa zdobyła w tych kręgach, jest niemal pewne, że większość z nich to wydawnictwo albo już posiada, albo czeka na jego winylową edycję. Istnieje jednak duża szansa, że album trafi również do tych, którzy jedyny kontakt z b-boyingiem mieli pomiędzy koncertami swoich ulubionych wykonawców podczas Warsaw Challenge. Aby w pełni odebrać ten materiał, niezbędna będzie jednak pewna muzyczna otwartość i dojrzałość.

Influence powstało głównie dzięki pewnemu kredytowi zaufania, który zespół zdobył, grając porywające koncerty zarówno w małych klubach, na festiwalach, jak i przede wszystkim na wielu imprezach tanecznych w kraju i zagranicą. Dało się wyczuć, że to właśnie w tym środowisku zespół zebrał swoją największą i najwierniejszą publiczność i to właśnie w dużej mierze przekuło się na olbrzymi sukces crowdsurfingowej akcji, dzięki której doszło do wydania albumu. Z pewnością pomogła w tym postać DJ-a Plasha. To człowiek, który wniósł do zespołu coś, o co współcześnie coraz trudniej, czyli kontakt ze wszystkimi czterema elementami hip-hopu. Obserwując to, co dzieje się obecnie w muzyce i mając w pamięci chociażby końcówkę lat 90. widać wyraźnie, że kolejne pokolenia utożsamiają się raczej z zupełnie innym wizerunkiem, coraz bardziej zapominając o korzeniach. Tutaj natomiast bez problemu wyczujecie tę miłość, pasję i olbrzymi wpływ kultury już po pierwszym odsłuchu. Porządne breaki, ostre jak brzytwa skrecze, rewelacyjnie dobrane cuty oraz szacunek i miejsce na albumie oddane dla świetnego rapera, jakim jest reprezentujący Atlantę — Audessey, z miejsca przywrócą Waszą wiarę w to, że są jeszcze ludzie kultywujący prawdziwą pasję związaną z hip-hopem. W b-boyowych kręgach jest to ciągle podstawowym warunkiem do okazania komuś szacunku.

Nie samym hip-hopem jednak żyje człowiek i tytułowych wpływów na płycie zajdziemy o wiele więcej. Każdy z muzyków biorących udział w projekcie pochodzi z trochę innego świata i wniósł w nagrania swoje zajawki i doświadczenia nabyte przy współpracy z innymi artystami. Przez album przewijają się zarówno funk, disco, jazz, elementy rocka czy nawet downtempo. Słychać tu również echa tak różnych wykonawców jak Pete Rock, Bonobo czy BadBadNotGood. Wszystko to spotkało się i połączyło w jeden świadomie nakierowany muzyczny strumień. Nie jest to bowiem album, na którym każdy numer zakorzeniony jest w innym klimacie, a całość przypomina zahaczającą o wszytko po kolei składankę. Muzyczne inspiracje zmiksowane są w jedno spójne brzmienie i rozpoznawalny już styl, co jest już na starcie bardzo dużym plusem dla wykonawcy. A ten, pomijając trzy klasycznie brzmiące stricte rapowe numery, charakteryzuje się zdecydowanie szybszym tempem, gdzie energia podbijana jest non stop przez bardzo mocną i świetne zrealizowaną perkusję. Ludziom od masteringu krążka należą się również brawa za pięknie pływający bas oraz wnoszące sporo przestrzeni, odgrywające na tym albumie bardzo istotną rolę, klawisze Bolana.

Jedną z najważniejszych rzeczy charakteryzujących płytę jest jednak to, że jego twórcom w bardzo sprytny sposób udało się połączyć klasyczne brzmienie z tym, co w muzyce nowe. Nie oznacza to wcale, że w połowie utworu nagle pojawią się trapy czy powodujące drżenie szyb basy. Na pewno nie jest to jednak materiał archaiczny i doskonale czuć, że pomimo całej sympatii, jaką mają twórcy do muzyki sprzed kilkudziesięciu lat, wiedzą też doskonale co grane jest obecnie i ukradkiem przemycają tę świeżość do swoich nagrań. Jeżeli masz więc otwartą głowę, nie uznajesz granic pomiędzy muzycznymi gatunkami, ten album powinien znaleźć się na twojej półce. To bowiem znakomicie zaaranżowany pomost pomiędzy gatunkami i różnymi okresami w dziejach muzyki, w którym z miejsca wyczujecie olbrzymią pasję, emocje oraz szczerą zajawkę. Kolejny po EABS czy zespole Hubert Tas & The Small Circle przykład nowej fali muzyków, którzy będąc wychowankami klasycznego hip-hopowego brzmienia, prezentują swoją, przefiltrowaną przez to, wizję funku, jazzu i kilku innych gatunków, tworząc przez to coś absolutnie oryginalnego i pięknego.

Komentarze

komentarzy