Recenzja: Migos Culture

Data: 17 lutego 2017 Autor: Komentarzy:

migos

Migos

Culture (2017)

Quality Control / 300 / Atlantic

Migosomania ogarnęła Amerykę, a przy okazji również i resztę planety. Pozdrowienia od Donalda Glovera na gali Złotych Globów, żywotność w twitterowych memach i nawarstwiające się już porównania do The Beatles. Gdzieś, w którymś momencie maszynka do produkcji hajpu weszła na tak wysokie obroty, że nikt nie ma już nad tym kontroli. Tymczasem trio z Lawrenceville najzwyczajniej na świecie robi swoje, ale widać w tym pewien kierunek. Uwaga na dużą zawartość adlibów w recenzji [Let’s go!].

Pojawiający się w intro wiecznie rozkrzyczany DJ Khaled [Listen!] trzyma nas chwilę w niepewności, ale zaraz potem już jesteśmy w domu. Quavo, Takeoffi i Offset atakują nas [Pow! Pow! Pow!] potokami słów i niepowtarzalnego flow. Mówiąc o flow można używać zarówno liczby mnogiej, jak i pojedynczej [Bang!]. Każdy z członków grupy własną manierę, własną wokalną ekspresywność, własną tolerancję w stosunku do auto-tune’owej obróbki [Ayyy!]. A jednak razem odnajdują swój wspólny mianownik i brzmią jak jeden organizm [Woof!], jadą wspólną trasą i nigdy nie wpadają w poślizg [Skrrrt! Skrrrt!]. Następująca dalej wiązka przebojów — „T-Shirt”, „Call Casting”, „Bad and Boujee” — przynosi garść kolejnych wniosków [Yeah!]. Widzimy, że do tej pory nieformalny lider grupy [Quavo!] coraz częściej ustępuje miejsca i pozwala zabłysnąć [Bling!] pozostałej dwójce, zwłaszcza trochę nieobecnemu u początków sławy [Versace!] Offsetowi. Jego zwrotka w „Bad and Boujee” to już klasyka, w przeciwieństwie do wytrącającej z klimatu zbyt infantylnej nawijki Lil Uzi Verta [Yah! Yah! Yah! Yah! Yah!].

Po serii przebojów moc materiału niestety na chwilę siada [Daaaamn!] i sytuacji nie ratuje nawet gościnka Gucci Mane’a [Burrr!]. Przez te kilka utworów album wydaje się być jedynie kolejnym mixtape’em grupy [Another one!]. Marazm przerywa znakomite „What The Price”, które nasuwa mi myśl, że porównania trapowych nawijaczy do ikon psychodelicznego rocka mogą mieć jakiś sens [Hendrix!]. Co dalej? Z grubsza same niespodzianki [Huh?]. Monumentalnie wybrzmiewające „Deadz” [2 Chaaaainz!] z chyba najbardziej zaraźliwym hookiem [Ah! Oooh!] w nowożytnej historii gatunku. „All Ass” będące obligatoryjnym hymnem do klubów ze striptizem, ale wzbogacone subtelną nutą acid house’u [Whop! Whoop! Whoop!]. „Kelly Price” potwierdzające chemię między Migosami a Travisem $cottem [Straight up!]. No i wreszcie świetne „Out Yo Way” na koniec, pozostawiające nas z wrażeniem [Whoa!], że chłopaki wkroczyli do kręgu pop-rapu, ale na napisanych przez samych siebie zasadach [That’s Right!].

Pomimo wyraźnej tendencji do nabierania albumowych aspiracji Culture z pewnością nie jest materiałem, który nawróciłby na swoją stronę słuchaczy nieprzychylnie patrzących [They hate!] na dorobek Migosów jak i całość panujących na scenie hiphopowej trendów. Gdyby jednak tacy potrafili trochę wyluzować [Uhhhh!], dostrzegliby coś więcej między wersami służącymi za wielki angielski słownik dilerskiego slangu [White!]. Ujrzeliby determinację, zajawkę, zabawę płynącą z tworzenia hip hopu w niewiarygodnie jak na te czasy zgranym składzie [Dope!]. Wtedy przy okazji zaczęliby się zastanawiać, kiedy ostatnio tworzona od podstaw rapowa grupa (oprócz tej omawianej i Rae Sremmurdów) odniosła tak wyrazisty sukces? Odpowiedzcie sobie sami [Brrrrrra!].

Komentarze

komentarzy