70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Thundercat Drunk

Data: 28 marca 2017 Autor: Komentarzy:

Thundercat

Drunk (2017)

Brainfeeder

Thundercat, idź spać, jesteś pijany! „Pijany” jak w „odrobinę zabawny, dość bezpośredni, nieco żenujący, trochę niezrozumiały i ogólnie jakby nie w formie”. Thundercat co prawda na okładce swojego krążka wstawia tytułowe Drunk w cudzysłów, ale mimo że odwodzi to odbiorcę od dosłownego rozumienia tej frazy, zasadniczo nie zmienia sedna sprawy — Thundercat jest pijany. Na tej samej okładce wynurza się zresztą z wody jak wygłodniały aligator, z szaleństwem w oczach poszukując w polu widzenia kolejnej ofiary. Jest jednocześnie Barbarą Cheeseborough z okładki Maggot Brain Funkadelic i upiorną reinkarnacją Milesa Davisa przefiltrowanego przez krzywą kreację Dona Cheadle’a z zeszłorocznego Miles Ahead. Wszystko to zapowiada płytę, która ma słuchacza zadziwić, zakręcić mu w głowie, może nawet olśnić. W tym przypadku bardziej adekwatne byłoby jednak „oślepić”. Thundercat zrobił się trochę dziwny, niewątpliwie jest pijany, bo im dalej w Drunk, tym większe problemy z ostrością — w tym przypadku brzmienia.

Trudno Drunk jednoznacznie określić jako potknięcie, jest to bardziej kreatywna poza na pograniczu żartu. Trochę tak jakby z braku lepszego pomysłu na pełnowymiarowe rozwinięcie znakomitej epki The Beyond / Where the Giants Roam przerobić ją na stylowe, ale dość wątłe potpourri, a niezbyt przemyślane próby połączenia go w jakąś całość stara się zatuszować znalezionymi na strychu kredkami świecowymi. Jest w tym trochę geniuszu, trochę zabawy, ale koniec końców trudno w zasadzie wyczuć kształt tego projektu. Thundercat daje się poznać od innej, bardziej ekscentrycznej strony, szasta muzycznym ADHD, bawi się humoreską („A Fan’s Mail”, „Friend Zone”), pozuje trochę na nowego Captaina Beefhearta i pewnie znają się tacy, którym ta zmiana przypadnie do gustu, ale mimowolnie nowy materiał traci przez to na spójności. Nie jest to jednak żaden abstrakcyjny bohomaz — Thundercat dalej kroczy ścieżką reinterpretacji fusion z lat 70. przez pryzmat neo-soulu lat 90. i współczesnej muzyki bitowej, ale tym razem zostawia sobie stylistycznie sporo luzu, a słuchaczom — niedopowiedzeń.

To bardziej szkicownik niż skończony i zamknięty w całość album, bardziej plejlista (hola, Drake!) czy kompilacja niż longplay. Kolejne dwuminutowe utwory, wprowadzając słuchaczy w coraz to nowe fantazje, pozostawiają ich z poczuciem niedosytu i przeświadczeniem, że mało który pomysł został tu należycie rozwinięty. Ostatecznie po niecałej godzinie obcowania z pijanym Thundercatem wszystkie one zlewają się w jedną i tę samą okołomelodię meandrującą wokół podobnych motywów i schematów, ale ostatecznie niepotrafiącą mocniej chwycić i zapaść konkretnie w pamięć. Jest kilka oczywistych hajlajtów — zaczynając od centralnego punktu epki sprzed dwóch lat „Them Changes” bez większej refleksji wciągniętej tu w bieg pijackich uniesień, przez podręcznikowy neo-quiet storm w singlowym „Show You the Way” z dwoma rewelacyjnie wpisanymi w jego bieg gośćmi z epoki — Kenny’m Logginsem i Michaelem McDonaldem, aż po zbudowany na rewelacyjnym minimalistycznym synthfunkowym motywie i groteskowo kojącym refrenie „Walk on By” z Kendrickiem Lamarem, który jak zwykle błyszczy, cytując klasyka, jak miliony monet. I chociaż fragmentów Drunk słucha się z przyjemnością i zaangażowaniem, trudno nie odnieść wrażenia, że Thundercat pisze bardziej jingle niż piosenki, a jego nowy krążek może posłużyć bardziej jako studium zmarnowanego potencjału niż popis nieskrępowanej kreatywności, którym prawdopodobnie w zamierzeniu miał być.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475