Recenzja: Big Boi Boomiverse

Data: 3 lipca 2017 Autor: Komentarzy:

Big Boi

Boomiverse (2017)

Epic

Na ponad dziesięć lat od zawieszenia działalności OutKastu nikt raczej nie ma wątpliwości, że to nie drażniący się z nami znakomitymi gościnkami Andre 3000, a etatowo zapracowany tworzeniem kolejnych albumów Big Boi w pojedynkę dzierży pochodnię po legendarnym duecie z Atlanty. Z tlącym się w niej ogniem jak to z ogniem — buchał w nas swym żarem przy okazji rewelacyjnego Sir Lucious Left Foot…, by prawie przygasnąć przy pachnącej kryzysem wieku średniego epce z Phantogramem. Żeby odbić się od tego dna, wystarczył tak naprawdę mniej lub bardziej solidny — ot jakikolwiek powrót do korzeni. Takie właśnie najprawdopodobniej były ambicje rapera przy tworzeniu Boomiverse i nie widzę nic w tym złego.

Przyznam, że pierwsze sygnały nie napawały optymizmem — paskudna okładka jak do kasetowej składanki euro-dance, pozornie efektowne „Kill Jill”, skompromitowane refrenem Adama Levine’a „Mick Jack”, czy niepotrzebna nikomu reanimacja Pimpa C i jego soundu w raczej mikstejpowym „In The South”. Kontakt z kompletnym materiałem przynosi jednak ulgę i wiara w wysublimowany gust Big Boia powraca. Dominują sprawdzone chwyty — spajająca uniwersum wykonawców z kolektywu Dungeon Family narracja wciąż hipnotyzującego Big Rube’a, pulsujące syntetyczno-funkowe kompozycje Organized Noize, no i przede wszystkim wykręcone projekcje kłębiących się w głowie rapera nieziemskich myśli — podane za pomocą TEGO, nie żadnego innego flow. Znalazło się jednak miejsce na kilka niespodzianek, takich jak subtelna rekonstrukcja g-funkowych idei w utworach ze Snoopem i Kuruptem, czy o dziwo dopiero debiutujący w katalogu kosmitów z Atlanty hip-house — i to jaki! Wszystko ma tutaj jednak sens, możecie zapomnieć o wymuszonym przez festiwalowy tryb życia eklektyzmie dla eklektyzmu, jakiego ze sztucznym uśmiechem pod nosem posmakowaliśmy na Vicious Lies and Dangerous Rumors. Chociaż nie można mówić o pełnym spektrum mocy, magia powraca. Przynajmniej na tyle, by odpustowe i infantylne na papierze utwory pokroju „Freakonomics” i „All Night” działały jak urok.

Pomimo pewnych niedostatków Boomiverse podąża ścieżką odpowiednią dla wizjonera, który złote lata swego wizjonerstwa ma już za sobą. Zapatrzony całą karierę na twórczość Parliament/Funkadelic, Big Boi wchodzi w buty takiego hiphopowego George’a Clintona — niezmieniającego się pomimo upływu lat ambasadora swojego osobistego luzu i muzycznego świata nie do podrobienia.

Komentarze

komentarzy