Recenzja: Shabazz Palaces Quazarz / Quazarz vs. The Jealous Machines

Data: 7 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

Shabazz Palaces

Quazarz: Born on a Gangster Star (2017)

Sub Pop

Quazarz vs. The Jealous Machines (2017)

Sub Pop

Ostatnio miałam okazję obejrzeć fragment video z ulicznego performansu. Artyści z USA, z pomocą barwnych rekwizytów, celebrowali elastyczność ciała, tańcząc w rytm muzyki na żywo i głosząc przy tym sobie tylko znane prawdy, właściwie bez żadnego konkretnego celu — ot, sztuka dla sztuki, ekspresja dla ekspresji. W powietrzu wisiało pytanie o zastosowane używki. Słuchając nowych albumów Shabazz Palaces, można odnieść podobne wrażenie — pomimo wielu wyraźnych odniesień, pławimy się w ogólnej niedookreśloności, która może być na dłuższą metę męcząca.

Idea projektu, na który składają się dwie części Quazarz: Born on a Gangster StarQuazarz vs. The Jealous Machines, jest klarowna. Dostajemy dwa, logicznie podzielone, koncepcyjne albumy orbitujące wokół tajemniczej postaci kosmicznego emisariusza z Gangster Star i jego konfrontacji z miejscem nacechowanym upadkiem moralnym o wymownej nazwie „Amurderica”. Opowieść starsza chyba niż sama Ameryka, wyraźnie wpisująca się w afrofuturyzm, przedstawiona w typowy dla Shabazz Palaces abstrakcyjny i psychodeliczny sposób. „Only pill is real” — oznajmia Quazarz, ale nawet jak na afrofuturystyczne dywagacje jest to pigułka wyjątkowo gorzka.

Sposób przedstawienia konfrontacji obcego z okrutnym światem zahacza tu o groteskę. Quazarz, po obszernej autoprezentacji na pierwszej płycie, rozważa między innymi o Illuminati (stąd już niebezpiecznie blisko do domniemanych powiązań Illuminatów ze śmiercią Prince’a) i utyskuje na wirtualny świat z jego wszystkimi wadami. Wychodzi z tego jakiś barokowy motyw marności, pretendujący do wydumanego nowatorstwa. W powietrzu wisi już nie tylko pytanie o zastosowane używki, ale też o skalę powagi zaprezentowanych przemyśleń. Być może, gdyby temat nie był przedstawiony za pomocą gigantycznej (czy też raczej — kosmicznej) hiperboli, łatwiej byłoby zareagować na niego refleksyjnie, bez sarkastycznego grymasu.

Z obu albumów można wyłuskać lepsze fragmenty i, na szczęście, są to fragmenty muzyczne. Dużo łatwiej o to na Quazaraz vs. Jealous Machines, płycie znacznie bardziej skondensowanej i mniej nużącej (może lepiej było zostać przy tej jednej?). Mowa między innymi o rozmarzonym „Effeminence” (bardzo ładnie wyprowadzonym z „Atlaantis”), psychodelicznym „Julian’s Dream (Ode to a Bad)”, napisanym z myślą o Julianie Casablancasie, który miał tę piosenkę wykonać, a nawet singlowym „30 Clip Extension” z orientalnym tłem. Jeżeli chodzi zaś o pierwszy krążek, wyróżnia się na pewno zblazowane „Fine Ass Hairdresser”, coś jakby gościnny występ kosmicznego brata Maca de Marco. Dobrze brzmią też openery obu płyt. Wciąż jednak bardzo łatwo o ukończenie tej podróży z pewnym uczuciem przytłoczenia, zwłaszcza że już spotkanie z niemiłosiernie rozwlekłym Born on a Gangster Star jest wyjątkowo wymagające dla uwagi i cierpliwości słuchacza.

Jak na performans przystało, najlepiej byłoby przedstawić materiał z obu płyt w szerszym, przestrzennym kontekście, koniecznie po zmroku. Być może różnorodne i niekiedy przyjemne dla ucha perkusjonalia (niewątpliwa zasługa Tendaia Maraire’a), wokół których nadbudowano futurystyczną dźwiękową magmę, dopełnione charakterystyczną rap-recytacją Palaceera Lazaro, znacznie lepiej brzmiałyby w otoczeniu konkretnej przestrzeni. Wtedy bylibyśmy zmuszeni do skupienia się na detalach, które teraz potrafią co najwyżej drażnić i sprawiać, że Quazarz: Born on a Gangster Star zlewa się zbyt często w jeden przydługi nielinearny twór.

Shabazz Palaces po trzech latach przerwy wciąż pozostają jednym z ciekawszych zjawisk na hip-hopowej scenie. Ale mimo bardzo konkretnej formy, mamy też do czynienia z bardzo osobliwą treścią. Jest dokładnie tak, jak podczas uczestnictwa w performansie — dostajemy skrawki, tropy i emocje, do których możemy się bez trudu odnieść, ale całościowe wrażenie nie wydaje się celem samym w sobie. Artyści bazują raczej na jednorazowości i chwilowości zjawiska, i to w dużej mierze od kontekstu danej chwili zależy nasz odbiór. Choć to jednak dość ironiczne, jak na albumy ostro krytykujące doraźne zjawiska świata wirtualnego.

Komentarze

komentarzy