Recenzja: Aminé Good for You

Data: 17 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

Aminé

Good for You (2017)

CLBN / Republic

Aminé nie jest stereotypowym raperem. Pojawił się nagle i znikąd. Jego zeszłoroczny hit “Caroline” pokrył się potrójną platyną i dotarł do 11. miejsca notowania Billboard Hot 100, bynajmniej nie za sprawą memów czy przez przypadek — to po prostu świetny utwór. W branży muzycznej zwykle oznacza to pospieszną pracę nad debiutem w celu zmonetyzowania popularności, a efekt takich działań bywa przeważnie rozczarowujący. Jednak Aminé nie jest stereotypowym raperem. Na jego album Good for You musieliśmy trochę poczekać. 

Największym atutem każdego debiutanta jest możliwość zaskoczenia słuchaczy. W przypadku Aminé zagadką był muzyczny kierunek, który obierze na swoim krążku. Jego ton wyznacza już pierwszych kilka minut, a więc otwierające płytę “Veggies” z fantastyczną aranżacją smyczkową i gitarową oraz radosnym i nostalgicznym zarazem wykonaniem wokalnym gospodarza. Całość dopełnia udział Ty Dolla $igna, który ostatnimi występami gościnnymi konsekwentnie udowadnia swoje ponadprzeciętne umiejętności. Kolejne “Yellow” to odważna poprapowa kompozycja pełna humoru i luzu. “Stuntin’ with my dogs like my first name Cruella / Black girls love me ’cause a nigga got some feta / And white girls love me like my first name Coachella” — rapuje Aminé na podkładzie, który brzmi jak skrzyżowanie “Kids” MGMT z rasowym trapem (za produkcję odpowiadają Metro Boomin i Murda Beats). Nie mniejsze zdziwienie budzi fakt, że w pewnym momencie tego nagrania możemy usłyszeć absolutnego króla pop rapu — Nelly’ego. Podobnym eksperymentem jest “Spice Girls”, w którym trend wykorzystywania dźwięków fletu świetnie wpasowuje się w energiczny i melodyjny charakter utworu o poszukiwaniu wybranki serca.

Niestety Good for You boryka się chwilami z problemem, że co za dużo, to niezdrowo. Dotyczy to przede wszystkim kawałków “STFU” (który brzmi jak odrzut z płyty Far East Movement) czy “Wedding Crashers”. Chociaż słysząc żartobliwy refren dedykowany “wszystkim ex”, trudno powstrzymać uśmiech, gościnny udział Offseta nijak nie koresponduje ze stylem i tekstem gospodarza. Także auto-tune wydaje się tu zbędnym dodatkiem. Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Leniwe i podszyte soulem “Sundays” to zaduma nad stylem i rytmem życia — “Niggas will either end up at Heaven or at Kevin’s gates”, jak błyskotliwie stwierdza Aminé. Nostalgiczny klimat czuć także w “Turf”, w którym refren skłania do wniosku, że autor mógłby śmiało nagrać wyłącznie śpiewany album. Podobnie jest w przypadku luzackiego “Blinds”, pełnego przechwałek i dystansu. Raper idealnie sprawdza się również w duetach, co słychać w “Dakota” z legendą The Gap Band — Charlie Wilsonem czy zamykającym płytę “Heebiejeebies” z wspaniałą Kehlani.

Good for You nie jest albumem początkującego 23-letniego artysty. To zadziwiająco dojrzały, przemyślany i skrupulatnie nagrany krążek, w którym balans między zabawą i humorem a inteligentną autorefleksją został ujęty w ramy stylowego, ambitnego pop-rapu z domieszką soulu i R&B. Nawet sporadyczne potknięcia nie są w stanie zaburzyć niezwykle przyjemnego doświadczenia, które kwalifikuje debiut Aminé do podsumowań najlepszych płyt w tym roku.

Komentarze

komentarzy