Recenzja: Arca Arca

Data: 20 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

Arca

Arca (2017)

XL Recordings

„Quítame la piel de ayer” („Pozbądź mnie wczorajszej skóry”) — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent Arca w „Piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności. Arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu. Dzięki temu Arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej.

Arca wciąż brzmi dysonantycznie, ale tym razem muzykę porządkują słowa — nadają znaczenie i bieg kolejnym stylistycznym przeprawom podejmowanym przez artystę — przez transowe syntezatory w melodramatycznym „Saunterze”, mechaniczny kolaż polifonicznego jednoosobowego chóru pogłosów i złudzeń z polirytmicznym, post-industrialnie połamanym bitem w „Reverie”, po „Desafío” — najbardziej klasycznie piosenkowy fragment w dotychczasowej dyskografii Arki — zbudowany na dwóch potężnych, piętrowo zaaranżowanych hookach i osobistym tekście o obezwładniających pragnieniach i towarzyszącym im uczuciom („Listo o no, hay un abismo dentro de mí” — „Gotów czy nie, wewnątrz mnie jest otchłań”), który może stanowić klucz do zrozumienia istoty całej płyty.

Komentarze

komentarzy