arca

Recenzja: Arca KiCk i

Arca

KiCk i (2020)

XL Recordings

Poetry, love and life
Sex’s changing changing changing
Man is woman, woman is man
Even your brain is not your brain

Your heart is a plastic thing
And can be bought
There are no more the diseases that can be caught
Man became the thing, that he wash up man

Choć Nina Simone i Arca wydają się sytuować się na skrajnie odległych od siebie krańcach spectrum ekspresji, zarówno tożsamościowej, jak i artystycznej, te kilka linijek z fantastycznego „22nd Century” wydaje się w przedziwny sposób wiązać duchowo obie artystki. Simone w tym poemacie roztacza wizję postmodernistycznej utopii, świata upgrade’owanego nie do poziomu latających samochodów, ale do zaistnienia obyczajowego przewrotu, zniesienia binarności płci, ludzkiej tożsamości i podmiotowości. Bluesowa legenda ową futurystyczną wizję wyśpiewała i zobaczyła, Arca zaś w niej żyje, tworzy i stamtąd wysyła nam pocztówkę w postaci KiCk i.

Najnowszy album wenezuelskiej producentki i wokalistki to jedno z tych dzieł, które trudno jest analizować, mając na uwadze wyłącznie warstwę muzyczną. Wpisuje się bowiem w kontekst totalnego, transgresywnego performance’u, który artystka podejmuje na przestrzeni własnej tożsamości. Będąc sama osobą określającą się jako niebinarna, transpłciowa kobieta, stara się w poetyce późnego postmodernizmu i jego futurystycznej chaotycznej pulpie odnaleźć drogę do zniesienia językiem transhumanizmu konceptu nie tylko płci, ale człowieczeństwa w ogóle. Sama przyznała się, że nie przeszkadza jej zwracanie się do niej per „it” i śmiało fragmentaryzuje wizerunek swojego ciała przy pomocy cyfrowych glitchów, aby grać koncepcją uproduktowienia i fetyszyzacji ciała muzyka, zbliżając się tym samym do cyfrowego, niecielesnego, nieco obłego surowca składającego się z odprysków i cyfrowych bugów.

Ten pozadźwiękowy kontekst wymagał objaśnienia, gdyż cała warstwa muzyczna płyty podyktowana jest właśnie owym konceptom. Najbardziej bezpośrednio doświadczamy tego w cynicznym, perkusjo-centrycznym, industrialnym manifeście „Nonbinary”, który płytę otwiera. W swojej pewności siebie i surowości brzmienia Arca zdaje się próbować werżnąć dźwięk niczym akrylowy tips pod skórę słuchacza, a wraz z nim dać do zrozumienia, że od teraz dotychczasowa percepcja genderowej normatywności kończy się i zaczynamy grę na zasadach, które ustalać będzie ona. Ten surowy wstęp jest niczym ostrzeżenie, po którym jednak, o dziwo, nie nadchodzi kolejny atak, ale ukojenie w postaci „Time”. Rozmarzony, swobodnie dryfujący w przestrzeni na motoryce surowych, transowych synthów numer objawia efemeryczne, sensualne oblicze wokalistki, które znane nam było już z onirycznie sensualnych odjazdów, których mogliśmy doświadczyć na Arce przed trzema laty.

Dobór tych tracków jako rozpoczynających owy manifest nie jest przypadkowy, bo doskonale ustawiają one percepcję słuchacza na niejednolity, pełen dychotomii charakter reszty albumu, który stara się próbować zatrzeć jak najwięcej z tych binarnych granic. Dostajemy zatem zarówno neurotyczne, introwertyczne „Calor” wyśpiewane niskim, rezonującym w męskim rejestrze wokalem, jak i bezpruderyjnie postclubowy twerk anthem „Maquetrefe”, który zbliża zbliża nas w kierunku neoperreo stojącego na granicy drapieżnego wyuzdania a dziewczęcej kampowości. Androgyniczny wokal Arki stale, symultanicznie ćwiartowany jest trybikami awangardowego, cyfrowego chaosu, podobnie zresztą jak eklektyczne, wymykające się gatunkowemu konformizmowi instrumentale. Ciała utworów nadpobudliwie pulsują i dobrze dogadują się zarówno z chrzęszczoco-szeleszczącym wachlarzem postindustrialnej ekspresji, jak i z ekstatycznym, rozmarzonym paradygmatem nadwrażliwego oniryzmu.

Zupełnie odrębną kwestią są też gościnne występy zaproszonych artystek. Pomimo imponującego curiculum vitae obejmującego współprace z m.in. Kanye Westem czy FKA Twigs, Arca nie podejmowała dotychczas prób inkorporowania innych sił kreatywnych w ramy własnej twórczości. Tym razem jednak na liście gości znajdziemy jedne z najgłośniejszych nazwisk współczesnej art-popowej i elektronicznej sceny. Najbardziej spektakularną gościnkę stanowi, oczywiście, Rosalía, która pojawia się tutaj w ramach potężnego bangera w postaci bezpardonowego, tanecznego „KLK” nawiązującego do tradycji żywiołowego neoperreo i latynoskich korzeni etnicznych obu wokalistek, ale równie fantastycznie sprawdzają się quasi-rapowe przeloty Shygirl w motorycznym, fantastycznie grającym przestrzenią i wykorzystaniem organicznych sampli „Watch”. Sophie gościnnie pojawia się w chyba najbardziej eksperymentalnym, ociężałym „La Chiqui”, który chwilami sprawia wręcz dyskomfort swoim igrającym z percepcją słuchacza, nierównym rytmem, zaś Björk pobjorczyła po swojemu, serwując w „Afterwards” poemat, który równie dobrze mógłby znaleźć się na Utopii. Choć muzycznie trochę brakuje tutaj konkretnej, charakternej treści, narracyjnie jest to przyjemny oddech przed ponownym wjazdem w zdekonstruowane kluby.

Jeżeli już przy narracji jesteśmy, to cała ta wielowątkowa, nadpobudliwa opowieść kończy się, paradoksalnie, na nutę melancholijną. Na doskonałym, podniosłym „Machote”, przywodzącym na myśl arcydzielne „Desafio” w quasitrapowej wersji, album mógłby się zakończyć i byłoby to fantastyczne, kojące rozluźnienie po tak wymagającej opowieści. Dostajemy jednak jeszcze „No queda nada”. Kołysankowy, subtelny epilog wprowadza nas w (i tak już eklektyczny) horyzont dźwiękowy motorykę przywodzącą na myśl alternatywne R&B czy fantazję na temat trip-hopu, jednak w ostatecznym rozrachunku wydaje się nieco zbyt przeciągnięty i pozbawiony materii. Z drugiej strony, być może, ma stanowić pesymistyczny moment powrotu do normatywności, uspokojenia queerowych aspiracji demontowania normatywności i naginania granic opresyjnego genderu. Być może brak satysfakcji ma nam przypomnieć, że, ostatecznie, to nadal transhumanistyczna utopia osadzona w świecie potencjalnego futuryzmu, a nie realna, tętniąca swoim własnym chaosem codzienność…

Jakkolwiek byśmy tego zakończenia nie interpretowali, KiCk i to zdecydowanie jedno z najciekawszych muzycznych zjawisk roku 2020. W momencie, kiedy wydaje się, że postmodernizm sam siebie pożarł, a hyperpopowe y2k, które jeszcze parę lat temu próbowało wymyślić mainstream przyszłości stanowi obecnie jeden z jego wyrazistych elementów, Arca pokazuje że nadal żyje lata świetlne przed ludzkością. Deformuje, przekracza granice, odcina korzenie, prowokuje. Przyszłość dzieje się teraz.

#FridayRoundup: Jessie Ware, Arca, Khruangbin, CeeLo Green i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. W przededniu sezonu ogórkowego po raz kolejny mamy dla was fantastyczny zestaw premier. Wśród nich długo oczekiwane wydawnictwa od Jessie Ware i Arki oraz nowe krążki Khruangbin i CeeLo Greena, a także błyskotliwy debiut podopiecznej Adriana Younge’a — Angeli Muñoz. Dodatkowo na plejliście (na dole wpisu): Carlos Niño/Miguel Atwood-Ferguson, Knxwledge w dwóch odsłonach, UMI, IDK z przyjaciółmi, Miles Bonny, Ego Ella May, Brian McKnight, Wiley oraz epki Dirty Projectors, 6lacka, Lionela Boya i The California Honeydrops. Jest czego słuchać!


#FridayRoundup

What’s Your Pleasure?

Jessie Ware

Universal / PMR / Virgin EMI

Ulala! Po kilku miesiącach oczekiwania na czwartą płytę Jessie Ware, co więcej, oczekiwania podsycanego kolejnymi znakomitymi singlami, w piątek What’s Your Pleasure wreszcie ujrzało światło dzienne! Jessie Ware pozostaje w retrosoulowym sosie (gdzie retro- należy czytać jako inspiracje 80sowym sophisti-popem), ale jednocześnie to dla niej zupełnie nowe otwarcie. Reinkarnuje się muzycznie, wchodząc bezkompromisowo w nu-disco, synth funk i house. Wciąż pozostaje sensualna i wrażliwa, pełna wdzięku i pasji, ale na doskonale wyprodukowanych syntezatorowych bitach jej kreacja wchodzi na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupywany przez Robyn. To najlepszy krążek w karierze Brytyjki przynajmniej od przełomowego debiutu Devotion sprzed ośmiu lat, a może i w ogóle! — Kurtek


#FridayRoundup

KiCk i

Arca

XL

Manifest, muzyczne laboratorium, wylęgarnia hitów- KiCk I próbuje w swojej materii połączyć wiele muzycznych tożsamości i autonarracji, prawie tak samo jak robi to sama Arca, będąca przecież osobą transpłciową i niebinarną. Cały wachlarz queerowych tropów wyprowadzonych w ramach nieheteronormatywnej muzyki na przestrzeni ostatnich kilku lat staje się w rękach artystki narzędziami do wytwarzania transhumanistycznego popu, niezwykle żywiołowego i, przede wszystkim, wywrotowego nawet jak na jej standardy. Mamy zatem powrót do wenezuelskich korzeni w odpryskach neoperreo, dekonstruowane kluby z całym ich szumliwo-hałaśliwym asortymentem oraz ekstatyczny, rozmarzony glitch znany z poprzednich, znacznie bardziej filigranowych sonicznie dokonań. W tym całym bogatym, wielopoziomowym chaosie nie ginie jednak to, co w Arce od zawsze najmocniej oddziałujące- emocjonalny ekshibicjonizm. Odważne, ryzykowne, ale obdarzone szalonym potencjałem granie. — Wojtek


#FridayRoundup

Mordechai

Khruangbin

Dead Oceans / Night Time Stories

Tymczasem teksaskie trio Khruangbin wydaje najbardziej „wokalny”, ale i najbardziej rozwodniony album w swojej karierze (czyżby?). Mordechai to muzyka wyjęta spoza czasu; niezbyt szkodliwa, ale też niespecjalnie zajmująca. Psych-latynoska, szkicowa, „Pelota” była tu jedynie jednorazowym wyskokiem. Reszta albumu tradycyjnie bazuje na silnej podstawie złożonej z psychodelii, rocka i okołosoulowych brzmień, z których to można złożyć całe mnóstwo muzyki o niczym, reprezentowanej przez antypiosenki bez wyraźnego kierunku brzmieniowego. Jeżeli lubicie takie dryfowanie, możecie spróbować, ale my radzimy zabrać swoje szezlongi na inne podwórko. — Maja


#FridayRoundup

CeeLo Green Is Thomas Callaway

CeeLo Green

Easy Eye Sound / BMG

Szósty studyjny album Cee Lo Greena pt. CeeLo Green Is…Thomas Calloway to mieszanka soulu, rocka i country stylizowana na wydawnictwa z lat 70. Na płycie znalazło się 12 utworów, które promują single takie „jak Lead Me”, „Doing It All Together” oraz „People Watching”, prezentujące ciepłe, pozytywne brzmienie z domieszką typowego dla lidera Goodie Mob poczucia humoru. CeeLo Green Is…Thomas Calloway to również pierwszy solowy projekt artysty od 5 lat, co daje nadzieję na to, że znalazł odrobinę czasu i przestrzeni, aby odświeżyć swoje brzmienie i oddać w ręce fanów album przywodzący na myśl udane The Lady Killer sprzed 10 lat. Czy Thomas Callaway ma dziś do zaoferowania coś więcej niż radiowe hity, czy wizerunek ekscentryka? Przekonajmy się. — Adrian


#FridayRoundup

Introspection

Angela Muñoz & Adrian Younge

Linear Labs

Adrian Younge i Angela Muñoz zaczęli współpracę, kiedy artystka miała 15 lat. Zostali sobie przedstawieni przez brata, Brandona Muñoza. Adrian zauroczył się dojrzałą duszą Muñoz, a ta z kolei zainteresowała się dystyngowanym brzmieniem Younge’a. Efektem ich pracy jest wydany w wieku 18 lat Angeli, album Introspection. Głos artystki hipnotyzuje od początku do końca trwania płyty, jej emocjonalne podejście do muzyki emanuje od pierwszych taktów, a muzyczna dorosłość wyczuwalna jest na odległość. Duet, za sprawą tradycyjnie brzmiących emocjonalnych kompozycji, przenosi słuchacza do starych dobrych czasów old soulu, zachęcając do wewnętrznych przemyśleń oraz analizy własnego umysłu. — Forrel


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Arca i Rosalía we wspólnym kawałku

Arca i Rosalía

Arca i Rosalía w dystopijnym tonie reggaetonu

Połączenie div, którego nikt się nie spodziewał, a wszyscy potrzebowaliśmy. Arca na ostatniej prostej przed piątkową premierą albumu KiCk i prezentuje singiel „KLK” zrodzony we współpracy z jedną z najgorętszych osobowości współczesnej art popowej sceny- Rosalíą.

Ścieżki obu artystek wydają się przecinać w idealnym miejscu i czasie- Arca bowiem wydaje się wychodzić z post-industrialnej, queerowej plątaniny kruchych emocji i zmierzać w kierunku wrażliwości mocno piosenkowej i śmiało sięgającej transhumanistycznym pazurem ku latynoskim klubom i dziedzictwu reggaetonu. Jej kolaborantka natomiast w z folkowych korzeni się wywodzi (koniecznie nadróbcie, jeżeli nie znacie, jej debiutancki longplay Los Ángeles prezentujący wspaniały ekshibicjonizm emocjonalny zamknięty w formułach flamenco!), zaś w avant-popowym świecie na czele z odpryskami deconstructed club wydaje się dopiero rozpoczynać swoją eksploracje. Artystki dokonują fuzji tych horyzontów, uderzając nas bodaj najlepszym z dotychczasowych singli, napędzanym przez wyraźne perkusyjne neoperrero i skrajnie klubowy klimat.

Naprawdę nie możemy się doczekać, co czeka nas na KiCk i!

Nadszedł czas Arki

Arca powraca w nowym singlu

Jeżeli nadal mało wam po ostatnich crossoverach queerowej wrażliwości z okultystyczno-satanistycznym blichtrem, jakie zaserwował nam Yves Tumor, oto Arca jawi się nam w najnowszym teledysku jako… kochanka szatana? Trudno właściwie stwierdzić, bo, w przeciwieństwie do rozbuchanego, rock’n’rollowego „Gospel of the New Century”, „Time” to raczej miękkie, sensualne brzmienia znajdujące porozumienie między pościelowym oniryzmem dream popu a futurystyczną, postrave’ową klarownością nowej elektroniki. Ta rozmyta, impresyjna wrażliwość przekłada się także na teledysk, który wygląda jak postrzępione urywki wspomnień intensywnej nocy poddane próbie uporządkowania po niechcianym blackoucie. Sylwetki szatana i Arki to raz skąpane są w intymnym półmroku, to znów zachwycają odpryskami neonowych świateł limuzyny. Całość jawi się, w swojej dziewczęcości i niewinnej, skromnej formie, jako lekka, ekstatyczna wariacja na temat hedonizmu i demoralizacji z iście psychoanalitycznymi popędami szargającymi queerową fantazją.

Arca gwiazdą tegorocznej edycji Tauron Nowa Muzyka

Photo by Daniel Shea

Twórca niewątpliwie jednej z najciekawszych płyt 2017 roku, który w zeszłym roku wystąpił już na Open’erze, w tym będzie jednym z artystów, którzy wystąpią na 13. edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka, który odbędzie się między 28 czerwca i 1 lipca w Strefie Kultury w Katowicach.

Arca dołącza do i tak już solidnego line-upu imprezy kojarzonej przede wszystkim z elektroniką, ale niezamykającej się na żadne brzmienia. Podczas tegorocznej edycji usłyszymy także takich wykonawców jak Jordan Rakei, Mura Masa, Son Lux, Jlin, Fever Ray czy Jazz Band Młynarski-Masecki. Wraz z Arcą ogłoszono dzisiaj aż 16 nowych artystów. Ich pełną listę, informacje o biletach i line-upie znajdziecie na oficjalnej stronie festiwalu.

Recenzja: Arca Arca

Arca

Arca (2017)

XL Recordings

„Quítame la piel de ayer” („Pozbądź mnie wczorajszej skóry”) — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent Arca w „Piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności. Arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu. Dzięki temu Arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej.

Arca wciąż brzmi dysonantycznie, ale tym razem muzykę porządkują słowa — nadają znaczenie i bieg kolejnym stylistycznym przeprawom podejmowanym przez artystę — przez transowe syntezatory w melodramatycznym „Saunterze”, mechaniczny kolaż polifonicznego jednoosobowego chóru pogłosów i złudzeń z polirytmicznym, post-industrialnie połamanym bitem w „Reverie”, po „Desafío” — najbardziej klasycznie piosenkowy fragment w dotychczasowej dyskografii Arki — zbudowany na dwóch potężnych, piętrowo zaaranżowanych hookach i osobistym tekście o obezwładniających pragnieniach i towarzyszącym im uczuciom („Listo o no, hay un abismo dentro de mí” — „Gotów czy nie, wewnątrz mnie jest otchłań”), który może stanowić klucz do zrozumienia istoty całej płyty.

#FridayRoundup: Joey Bada$$, Mack Wilds, Arca, Joshua Abrams i inni

Przez ostatnich kilka dni wszyscy w redakcji z niecierpliwością i ekscytacją wypatrywaliśmy premiery nowego longplaya Kendricka Lamara, ale według najnowszych informacji ma się ukazać dopiero za tydzień. Tymczasem, niejako w zastępstwie (prawie jak wtedy, gdy na Open’erze Kendricka zastąpił przed kilkoma laty Drake, prawie) niespodziewanie krążek wypuściła Mila J. Następcę B4.DA.$$ z 2013 roku wydał Joey Bada$$, z nowym art-glitchowym albumem wraca wenezuelski producent Arca, a kolejną progresywnie jazzową propozycję wypuszcza Joshua Abrams. Wreszcie — porządną porcję rasowego R&B dostarczył Mack Wilds.


All-Amerikkkan Bada$$

Joey Bada$$

Pro Era / Cinematic

Dwa lata po B4.DA.$$ Joey wraca z nowym albumem i już po singlowych numerach można się spodziewać, że będzie czego posłuchać. Na najnowszym krążku skupia się w dużej mierze na tematach społeczno-politycznych, co sugeruje już sam tytuł. „Ten nowy projekt ma dużą siłę. To jest najlepsze co mogę o nim powiedzieć. To bardzo silna muzyka” — powiedział Joey. Od jakiegoś czasu odchodzi też od tradycyjnie rozumianego boom-bapu i to na tej płycie słychać np. na „Devastated”. Zobaczymy jak z resztą numerów. Produkcyjnie wspomagają go chłopaki z Pro Era, ale też Statik Selektah, czy DJ Khalil. — Dill


AfterHours

Mack Wilds

The Ninety Five Percent / EMPIRE Records

Nasz ulubiony teledyskowy chłopak Adele wydał właśnie drugi longplay. Po nieco niedocenionym debiucie New York: A Love Story z 2013 roku i znakomitym singlu „Love in the 90z” sprzed półtora roku Mack Wilds wrócił dość nieoczekiwanie z nowym materiałem. Piosenkarza produkcyjnie wspiera na krążku Salaam Remi, a gościnnie na płycie usłyszymy m.in. Tink i Wale’a. Pierwszy singiel „Explore” nie dorównuje co prawda wspomnianemu „Love”, ale daje nadzieję na porządny krążek R&B w klimacie nomen omen lat 90. — Kurtek


Arca

Arca

XL

Po doskonale przyjętym przez krytykę i słuchaczy krążku Mutant z 2015 pochodzący z Caracas elektroniczny producent Arca wraca z nowym projektem zatytułowanym po prostu Arca. Tym razem muzyk przesuwa punkt ciężkości swojej muzyki z eksperymentalnego IDM w stronę intensywnego, sensualnego glitchowego art popu. Do nowych kompozycji Arca tym razem dołożył też własne wokale, co do których opinie słuchaczy są podzielone. — Kurtek


Simultonality

Joshua Abrams & Natural Information Society

Eremite

Jeśli słuchaliście doskonałego post-minimalistycznego Mangetoception z 2015 roku, wiecie mniej więcej czego spodziewać się po Joshule Abramsie. Wiecie też, że z pewnością sięgniecie po Simultonality, bo to jazz jedyny w swoim rodzaju podszyty tradycją spiritual jazzu, niestroniący od awangardy (w klasycznym rozumieniu rzecz jasna, bo co dzisiaj jest prawdziwą awangardą, prawda?) i czerpiący garściami z amerykańskich tradycji minimalistycznych. To muzyka żywa, uduchowiona, a zarazem bardzo współczesna i aktualna. — Kurtek


Dopamine

Mila J

Silent Partners Entertainment

Ni z tego, ni z owego, siódmy kwietnia okazał się dniem premiery nowego albumu Mily J. Po szerzej dostrzeżonej epce 213 z 2016 roku, uszy miłośników współczesnego kobiecego r&b nastawiły się na oficjalny debiut artystki. Miał on nosić tytuł MILA i ukazać się w okolicach tegorocznego lata. Czy Dopamine jest właśnie tym projektem pod zmienioną nazwą, a może jest to zupełnie indywidualne dzieło? Cokolwiek to jest, jest to pierwszy długogrający materiał wokalistki z Kalifornii, który trafił na serwisy streamingowe. Znajdziemy tu kilka piosenek z walentynkowego miksejpu MILAULONGTIME, a tak poza tym to raczej nowość na nowości. — Chojny


Dominion

Tech N9ne

Strange Music

Amerykański raper Tech N9ne dorzuca do swojej bogatej dyskografii kolejny album. Tym razem jest to następna część z serii Tech N9ne Collabos, gdzie tak jak na poprzednich tego typu wydawnictwach, znalazły się utwory nagrane w towarzystwie ludzi związanych z wytwórnią Strange Music. Nie licząc pięciu skitów i intra, dostajemy osiemnaście utworów, wśród których są zarówno mocne rapowe bangery, trochę nowoczesnych rozwiązań, jak i spokojniejsze numery ze śpiewanymi refrenami. Rozpiętość stylistyczna jest więc spora w wśród zaproszonych wykonawców wyłowić można kilka naprawdę uzdolnionych postaci i z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie. — efdote


Nowy teledysk: Kelela „A Message”

Przechwytywanie

Bardzo lubimy takie niespodzianki. Szczególnie, gdy serwuje je tak zdolna artystka, jaką niewątpliwie jest Kelela. Zanim wyda debiutancki album jesienią, czeka nas miła wiosna. W pierwszym tygodniu maja ukaże się Hallucinogen EP. Jest efektem współpracy piosenkarki z producentem Arca. Podczas kilku dni twórczego spędzania czasu powstało sześć utworów, a ich tematyka opiera się na zmianach zachodzących w związku. Mamy zatem fazę ekscytacji, dominacji i odrzucenia. Fazę odrzucenia reprezentuje utwór „A Message”, do którego ukazał się właśnie klip. Ten teledysk jest przykładem, jak stworzyć ciekawy i sensualny obrazek, nie mając ogromnego budżetu. Nie mam żadnych zastrzeżeń ani do klipu, ani do piosenki — Kelela prezentuje najwyższy światowy poziom.

Nowe video: Arca & Jessa Kanda „Fluid Silhouettes”

Arca-Fluid-Silhouettes

PBR&B ma szczęście najbardziej zajawkowych teledysków powstałych ostatnimi czasy. Przykładami sprzed pięciu minut są chociażby „The One” JMSN albo klipy FKA Twigs. Do tego zbioru dolączył właśnie projekt „Fluid Silhouettes”, za który odpowiedzialni są Arca (produkcja muzyczna) i Jesse Kanda (efekty wizualne). Ten sam duet pracował zresztą nad EP2 panny Barnett. Podczas słuchania i oglądania „Fluid Silhouettes”  będziecie wiec pewnie mieli wrażenie, że skądś kojarzycie ten charakterystyczny sposób kooperowania dźwięku i obrazu. „Fluid Silhouettes”, projekt zaprzężony w kampanię promocyjną marki SSENSE, mówi o istocie człowieczeństwa, zwraca się ku początkowi jego istnienia, odwołuje się do prymitywnych form sztuki (antropomorficznych rzeźb, muzyki z silnie zaznaczoną rolą perkusji).

Chłopaki stworzyli po prostu  coś bardzo pięknego.

Recenzja: FKA Twigs EP2

fka twigs

FKA Twigs

EP2 (2013)

Young Turks

FKA Twigs zrobiło się ostatnio dosyć głośno za sprawą tej zaledwie 15-minutowej epki, wydanej w londyńskim labelu Young Turks, którego szeregi zasilają między innymi takie postaci jak SBTRKT czy Sampha. Istotnymi elementami całego zamieszania, oprócz barwnej postaci wokalistki, są bezsprzecznie klipy promujące wydawnictwo. To one barwność tę sprytnie uwypuklają. Szczególnie obraz do kawałka „Water Me”, który równie dobrze mógłby nosić tytuł „All Eyez on Me”, bo bez wątpienia to właśnie on przykuł uwagę szerszej publiczności. Fundamenty w postaci warstwy brzmieniowej materiału podłożył producent kryjący się pod pseudonimem Arca, maczający swoje palce chociażby w kilku produkcjach na ostatnim albumie Kanyego Westa. Na EP2 postawił na eksperymentalny minimalizm, co w połączeniu z leniwym i subtelnym głosem wokalistki okazało się być strzałem w dziesiątkę.

EP2 to świeżość, która zapewne przysporzy komentatorom muzycznym niemało kłopotów przy próbach wrzucenia jej w odpowiedni worek. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że trip hopowe inspiracje są tutaj wyczuwalne, ale rozwiązania proponowane nam przez FKA Twigs, dają nam jasno do zrozumienia, że obrała ścieżkę dotąd nieszczególnie deptaną. Kawałek „Water Me” wprowadza w stan niemal całkowitej hipnozy, a powstały do niego obraz zdaje się gdzieś tam podprogowo przekonywać, że do czynienia mamy z artystką nie z tej planety. Delikatny wokal idealnie współgra z lejącym się, spokojnym podkładem. Jednakże bezsprzecznym numerem jeden na płycie w moim odczuciu jest bezbłędne „Papy Pacify”. Arca wznosi się tutaj na wyżyny swoich możliwości producenckich, co wokalistka umiejętnie wykorzystuje do zademonstrowania swojej muzycznej dojrzałości osiągniętej mimo młodego wieku. Wspominany już wcześniej minimalizm wybrzmiewa bardzo wyraziście w kojącym i niepokojącym na przemian „Ultraviolet”, gdzie producent postanowił pobawić się naszymi emocjami, wplatając z lekka psychodelicznie zdeformowany wokalny sampel. Póki co, jest to jedyny numer na EP2, do którego nie powstał jeszcze teledysk, a szkoda. Z kolei „How’s That” wyważonym pokładem namiętności w wokalu artystki i nastrojowym, płynącym bicie wprowadza nieco pościelowy klimat. Minimum treści podane w wyszukanej formie, kawałek genialny w swojej prostocie.

Wydawnictwo to jest pozycją obowiązkową dla osób nieustannie szukających nowych muzycznych rozwiązań, których w tym wypadku, jak na 15 minut muzyki, jest wcale niemało. Każdy dźwięk zaproponowany przez producenta brzmi jakby z założenia penetrować miał jakieś najdalsze zakamarki nieświadomości, wprowadzając odbiorcę w swego rodzaju trans. Momentami zapada mroczny klimat, ale mimo wszystko niewzmagający żadnych negatywnych emocji, jakich generalnie po mroku moglibyśmy się spodziewać. Postać producenta oraz wokalistki wzajemnie się uzupełniają, wykraczając daleko poza muzyczne schematy. FKA Twigs ewidentnie ma pomysł na siebie i wie jak go realizować.