Recenzja: 21 Savage Issa Album

Data: 29 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

21 Savage

Issa Album (2017)

Slaughter Gang/Epic

21 Savage jaki jest, każdy słyszy. Niski, regularnie pozbawiony ekspresji głos, silne oparcie na surowych, dudniących od subbasów beatach, a także bandycki sznyt coraz rzadziej spotykany u post-trapowych świeżaków z fryzurami w każdym możliwym kolorze tęczy. Za sprawą zeszłorocznej epki rapera z producencką potęgą kryjącą się pod ksywą Metroboomin można było tę formułę pokochać, albo wręcz przeciwnie. Issa Album, pierwszy oficjalny longplay mógł postawić sobie za zadanie zarówno rozładowanie, jak i wzmocnienie zaistniałej polaryzację opinii podzielonych słuchaczy.

Wygrała jednak chęć umocnienia patentów, dzięki czemu album jest takim zeszłorocznym Savage Mode w skali makro. Chociaż atmosfera nie zagęszcza się tutaj nigdy jak w pamiętnym singlowym „No Heart”, nieraz jest naprawdę blisko. Tak jak w nawiedzającym nas ponurym synthem i podbitym elektronicznie głosem „Close My Eyes”. Jak w hipnotyzującym „Numb” albo wykańczającym subwoofery „Money Convo”. Crème de la crème stanowi wymowne w swym tytule zamknięcie płyty w postaci „7 Min Freestyle”. Potok leniwie deklamowanych improwizowanych głupotek znajduje swoje usprawiedliwienie w każdym takcie monumentalnego w swej prostocie podkładu. Szaleństwo, w którym jest metoda.

Co się jednak dzieje, kiedy 21 Savage próbuje mniej polegać na swojej sztandarowej dzikości? Ciężko jednoznacznie określić, aczkolwiek istnieją pewne tendencje. Ukłony w kierunku r&b to małe koszmary, które z poczuciem ulgi wymazałbym z tracklisty. Z drugiej strony mamy na przykład takie „Nothin New”, chyba najbardziej zuchwałą próbę nagrania przez Savage’a utworu o czymś naprawdę ważnym. Utworu dosyć ogólnikowego i pobieżnego — czego nie można już powiedzieć o „Whole Lot”. Raper pobiera tutaj od samego Young Thuga owocną we wnioski lekcję wyrażania tysiąca emocji za pomocą wszystkiego, tylko nie tekstu.

Będąc już przy Thuggerze, to jego ad-liby we wspomnianej piosence są dosłownie jedynym gościnnym udziałem na płycie. Szanuję artystów, którzy debiutując starają się wziąć sprawy w swoje ręce i nie polegać na pomocy innych. Jednak kto jak kto, ale Savage to emcee w wypadku którego szersze wsparcie inaczej brzmiących głosów na prawie godzinnym krążku by nie zaszkodziło, a wręcz bardzo pomogło.

Na pewno na marne nie poszło wsparcie producentów. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Metroboomin, który jest aranżerem wielu najbardziej pamiętliwych chwil Issa Albumu. Young Metro świetnie się artystycznie dogaduje z Savage’em, potrafi z nim stworzyć coś, czego choćby ostatnio nie potrafił z Gucci Mane’em tudzież Navem. Ale bitmejkerski dream team płyty to również Southside, Zaytoven, DJ Mustard czy coraz bardziej wybijający się w tym roku Pi’erre Bourne. Jak na ironię losu, najpopularniejszy z utworów na płycie (oceniając po liczbie odsłuchów na Spotify) nie wyprodukowała żadna z tych znamienitych postaci, a sam główny bohater płyty. Chociaż warstwa muzyczna nie jest już tak skoncentrowana na jeden konsekwentny sound jak dawniej, pozostaje ona najmocniejszą stroną albumu, również podczas wspomnianych rhythm’n’bluesowych potworków.

Issa Album to projekt, który próbował jednocześnie umocnić pozycję rapera w jego comfort zone, jak i podbić trochę nowych terytoriów. Żeby było ciekawie, na obu tych płaszczyznach Savage osiąga superpozycję jednoczesnego sukcesu i fiaska. Nic tutaj nie wróży mu obiecującej, rozpędzonej na co najmniej dekadę kariery w rapowym mainstreamie. Pomimo tego prawdopodobnie chętnie wrócę kiedyś do albumu, przypominając sobie jeden z wielu osobliwych odcieni trapu końca lat dziesiątych.

Komentarze

komentarzy