Recenzja: Playboi Carti Playboi Carti

Data: 1 września 2017 Autor: Komentarzy:

Playboi Carti

Playboi Carti (2017)

Interscope/AWGE

W obliczu dużej ilości zaangażowanych rapowych albumów w ostatnim czasie, które skupiają się na problemach społecznych, rasowych czy kulturowych, dwudziestolatek z Atlanty postanowił stanąć totalnie po drugiej stronie rapowego świata. Debiutancki mixtape Playboia Cartiego jest dosłownie o niczym.

Co jednak najlepsze, rozpatrując ten projekt i biorąc pod uwagę konwencję, jaką założył sobie raper, to wcale nie wada. Kobiety, narkotyki i pieniądze odmieniane w każdy możliwy sposób przez siedemnaście utworów wydają się być konieczną treścią, zupełnie nieistotną w obliczu formy, która to właśnie tworzy cały klimat. Playboi Carti jest esencją mumble rapu, którego raper nawet nie sili się ubierać w bardziej różnorodne formy jak robią to Future czy Gucci Mane. Czyli mamy siedemnaście utworów, z których ledwie dwa trwają cztery minuty lub dłużej, wypełnionych jednostajnym, bezwartościowym bełkotem — brzmi to wręcz absurdalnie, zwłaszcza patrząc na to, jak szerokim echem odbiła się ta premiera w mediach muzycznych na całym świecie.

Wystarczy jednak odpalić „Location” i dać się pochłonąć przez cloud rap, aby ten fenomen zrozumieć. Ezoteryczna mieszanka trapowego podkładu, masy ad-libów, mumble rapu tworzą totalnie oderwany od rzeczywistości klimat, któremu łatwo dać się porwać. Najpopularniejszy utwór Cartiego, „Magnolia”, to totalny banger, prawdziwy turn-up music, który rozbuja absolutnie każdą imprezę, zrobi kosmiczną robotę na koncertach, nawet jeśli sam raper wyda się niezbyt zaangażowany w całe wydarzenie. Na „No. 9” robi się absurdalnie, zwrotki zlewają się z refrenami dziurawionymi przez ad-liby, całość wisi gdzieś między rapem a podśpiewywaniem. Pozostaje zastanowić się, czy to charyzma i magiczna aura, którą roztacza Carti czy też tytaniczna praca producentów, którzy przygotowali bezbłędne dla rapera podkłady.

Gęsto usypane cykacze, dudniący bas, proste melodie oparte na syntezatorach z jeszcze prostszymi aranżacjami, obowiązkowo uzupełniane przez motyw fletu, który przeżywa drugą młodość — muzycznie jest oszczędnie, ale tak naprawdę trudno sobie wyobrazić Cartiego w innym wydaniu. Mimo tego, że na płycie pojawia się Southside, to Pierre Bourne tworzy z raperem największą chemię. Zagrozić mu może ewentualnie Lil Uzi Vert, któremu stylistycznie do Playboia niedaleko, przez co uzupełnia go w dwóch utworach. Tylko A$AP Rocky, który również pojawia się na płycie, wydaje się odstawać o dwie klasy wyżej i zupełnie kradnie swoją zwrotką „New Choppa”.

Niektóre kawałki zlewają się ze sobą, są monotonne, raper nie jest specjalnie utalentowany, ani nie posiada żadnego szczególnego głosu, całość na dłuższą metę potrafi zwyczajnie słuchacz zmęczyć. Mimo tego projekt jest tak oderwany od rzeczywistości, że to aż niemożliwe, żeby ktoś wydał go na serio, a sam Carti pojawiał się gościnnie nie tylko u kumpli z A$AP Mob, ale i u Lany Del Rey. Świetny przerywnik od poważnych, nadętych rapowych albumów. Tylko i aż tyle.

Komentarze

komentarzy