Awgs – Wywiad i zapowiedź występu na Digital Meditation

Data: 25 września 2017 Autor: Komentarzy:

Już w najbliższy czwartek, 28 września, odbędzie się impreza, której fani wszelkiej maści czarnych brzmień po prostu nie mogą przegapić! Właśnie tego dnia audycja Digital Meditation, nadawana w warszawskim Radiu Kampus, wychodzi poza eter i materializuje się w wydarzeniu, w trakcie którego będzie można usłyszeć świetny polski funk, jazz, soul i hiphopowy sampling w najlepszym wydaniu. Pomimo późnej pory przybliżymy Wam dziś sylwetkę Oskara Augustyniaka, który tworzy i występuje pod aliasem Awgs, i którego to oczywiście będzie można zobaczyć oraz usłyszeć podczas wspomnianego eventu. Poniżej znajdziecie wideozapowiedź występu Oskara na Digital Meditation (autorstwa Pawła Zanio, Kasi Stefańskiej i Dvoraka), a także zapis rozmowy, jaką beatmaker odbył z organizatorami samego wydarzenia.

DM Crew: Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką?

AWGS: Przez 7 lat byłem tancerzem, miałem własną szkołę taneczną. Jeździliśmy na konkursy, warsztaty, szkolenia i wycieczki do Nowego Jorku. Przez sześć lat totalnie nie wiedziałem co się dzieje w nowej muzyce, bo tylko diggowałem jakieś rzeczy z Salsy, muzyki latynoskiej, kubańskiej, boogalu, a dzisiaj to wszystko sampluje, więc mam dzięki temu paletę swoich brzmień. Po sześciu latach jak zamknęliśmy szkołę przyszedł moment, w którym pytałem sam siebie czego ja teraz mogę posłuchać, co się działo przez ten czas w muzyce. Sprawdzam OSTRego, ale on robi coś zupełnie innego niż myślałem. Pojawiło się też coś takiego jak trap. Przez ten cały okres byłem w totalnej hibernacji. Nagle się budzę i muszę ogarnąć co się przez ten czas wydarzyło. Do dziś powoli próbuje zamknąć tę dziurę w muzyce pomiędzy 2008 a 2014.

Z drugiej strony możesz na świeżo odsłuchiwać to, co się wydarzyło przez ten czas w muzyce.

No wiesz, cały czas mam takie strzały, że wow coś takiego było? Cały zalążek tej bitowej sceny też mnie ominął. Tak naprawdę to jak już dołączyłem do tej całej imprezy to Flying Lotus zaczął robić filmy. Bity robię dopiero od dwóch lat, a wcześniej to raczej grałem na bębnach, klasyczne podejście – zespoły i piosenki. Teraz dźwigam wszystko na swoich barkach.

To od czego zaczęła się twoja przygoda ze sceną new beats?

Początkowo zaintrygował mnie Shigeto, bo on też jest perkusistą, więc powolutku zacząłem analizować jego rzeczy. Jak już wyczerpałem jego muzykę, to po drodze był gdzieś Bonobo ale czułem, że to nie jest jeszcze to. Natrafiłem na MNDSGNa i jak zobaczyłem jak tworzy bity to uzależniłem się. Chciałem robić to tak jak on. Moja pierwsza EP na bandcampie to były totalnie te klimaty. Często oglądałem teledysk do  „Chowdr (Feels)“, gdzie pod obraz z „Shawshank Redemption“ więzień puszcza  przez megafon muzykę z winyla na całe więzienie. Osadzeni słuchają tego chilloutu który zamyka MNDSGN w swoich bitach, scena się kończy, więźniowie wracaję do cel i jest generalnie rozpierdol. On puścił tylko ten jeden beat. Jak to zobaczyłem to pomyślałem, że to jest właśnie hip hop, bierzesz różne elementy zewsząd i robisz nową jakość, coś świeżego. Od MNDSGNa dopiero przyszedł KNXWLEDGe no i jak już wjechał ten jego swag, nonszalancja, wyjebka maksymalna i sposób w jaki on w ogóle robi i sampluje, to było wyjątkowe, nikt tak nie robił do tej pory moim zdaniem. Jego sposób robienia bitów jest bardzo charakterystyczny.

Dekadę wcześniej Madlib miał bardzo podobne podejście do robienia bitów. Wszystko było surowe, brudne trochę, też na luzaku. Zdecydowanie miał swój sznyt w produkowaniu. Ostatnio miałem przemyślenia, że Knxwledge pcha to ponownie w podobną stronę. Bez miksu prosto z MPC.

Dokładnie, Knxwledge jest totalnie na relaksie, wrzuca co chce, kiedy chce. Dla mnie to było ciekawe podejście w przeciwieństwie do tego czego wcześniej doświadczyłem. Nie ma tego ciężaru, że jesteś w bandzie i musisz robić płytę minimum rok. Teraz raz w miesiącu coś wrzucam. Z tego co tam się nazbiera, raz mam ochotę zrobić bardziej latynoską muzykę, raz hip hopową, a raz elektroniczną. KNXWLEDGE pokazuje, że możesz robić co chcesz, możesz ciąć co chcesz, kogo chcesz, jak chcesz. Twoje tracki mogą trwać tyle ile uważasz. Po prostu rób swoje, rób to co czujesz. To mi dało taką pewność siebie, że to jest to. Najbardziej mnie zafascynował tym, że bity nie były możliwe do zagrania na bębnach.

Byłeś skupiony tylko na producentach ze sceny beatowej?

Lubię słuchać również MF Dooma, Earla Sweatshirta, Roc Marciano, Freddie Gibbsa. Marciano bardzo mi się podoba, dlatego, że wyjmuje po prostu kozackie loopy, które lecą do bólu, a on się na nich po prostu rozpływa swoim rapem. Nie ma w tym jakiegoś niesamowitego kunsztu producenckiego.

90% na tych bitach robią sample.

Nie zawsze musisz nie wiadomo co zrobić. Czasami loop wystarczy. Na początku dokładnie to tak działało, że loopowało się fragment płyty, dodawałeś break i nara, koniec. Nie było edycji, dodawania w programie, obracania. Czasami te najprostsze środki są po prostu najlepsze.

Każdy bit to jak inny cukierek, który wyjmujesz z worka, nie wiesz jaki będzie miał smak, o co w nim chodzi, czy ten jest o jesieni, o pracy, o chillaxie, o dziewczynie, każdy jest jak fotka. Chodzi o to, żeby pętla dawała ci niedosyt. Nie chodzi o to żeby słyszeć całą piosenkę, ta pętla to jest to dlaczego włączasz ten bit, po co chcesz do niego wrócić i słuchać jej w kółko. Zdarza mi się zrobić taką pętle raz na 10 bitów I jest wtedy radość. Jest satysfakcja, która buja mnie przez jeden dzień, przez drugi i tydzień później.

A jak w ogóle pracujesz nad muzyką?

Na początku szukam sampli. Jak znajdę taką część, która mi siedzi to mam bębny pod ręką i sprawdzam czy coś pasuje. Wiele rzeczy odrzucam, ale jak znajdę dobry loop to wtedy wiem – po prostu wiem. Czasami mogę ściemniać siebie w kółko, ale jak już znajdę tę petardę to wiem, że to będzie sztos, że muszę to wyjąć i podłubać. Mogę siedzieć cały wieczór, mogę zrobić bit w pół godziny czy 15 minut. Wszystko zależy od tego z czym pracuję, czy chce dodać bas albo większy aranż. Czym więcej elementów tym dłużej. Co ileś bitów wychodzi jakiś kamień.

Twoje nowe wydawnictwo ukaże się nakładem Kalejdoskop Records? Czy też  będzie zorientowane na scenę bitową czy chcesz rozwinąć formułę?

Na razie to co wyjdzie w Kalejdoskopie to będzie część cyklu. Jest to coś co wydaje już od jakiegoś czasu i nazywa się PSWX. Takie luźne nawiązanie do Pewexu gdzie mogłeś kupić amerykański towar. Ja ciacham amerykański towar i robię z niego bity, więc stąd to nawiązanie. EP łączy brzmienie późnych lat 90., neo soulowe klimaty, trochę popowe, lekko cheesy, ale takie brzmienie, z którego da się wyciągnąć ten hip hop i to mięso. Często jest tak, że utwór zaczyna się super intrem, a potem wchodzi zwrotka i jest słabo. To są te momenty. Jak aranżujesz piosenkę, to wybierasz te momenty, które najbardziej siądą. Patrząc na to od strony klasycznej, gdy piszesz piosenki z przeznaczeniem do radia albo TV to tych części – że tak powiem jazzowych – jest bardzo mało, są często skompresowane do intra albo outra i ja szukam właśnie takich kąsków. Czasami je brutalnie wyjmuję ze środka z basem, perkusją i wokalem i na to nakładam bębny w zupełnie innym tempie, w innym brzmieniu, aby zrobić z tego kolaż, który brzmi zupełnie inaczej. W tym jest gdzieś ukryta muzyka z mojej młodości.

Jakie to rzeczy dokładnie?

Hip-hop, soul, Jamiroquai, D‘Angelo, Erykah Badu wszystko musiałem przejrzeć i sprawdzić czy tam nic nie zostało. Często też jest tak, że numery znanych producentów są na jakimś znanym samplu, czasami jestem w stanie z nich coś innego zrobić i też się to broni. Jest różnie. Czasami jest tak, że ktoś zrobi kawałek i jest nie do ruszenia, nie ma opcji żeby coś z tym zrobić ale jest też tak, że sam jestem zaskoczony.

Dogrywasz coś jeszcze na perkusji czy syntezatorach? Czy preferujesz na ten moment głównie sampling?

Moje całe studio to jest obecnie laptop i kontrolery. 90% perkusji to są kontrolery, przerzuciłem nogi na pady i palce. Pokuszę się czasami też o linie basu albo dodatkowy akord, albo dodaję więcej tekstów, wszystko zależy ile potrzeba i ile jest tam miejsca. Zależy mi na tym, żeby jednak trochę oddechu było, a nie 100 warstw, bo wtedy nie pomaga to muzyce. Planuję połączyć te dwa światy, to jest taki mój większy cel, aby grać na zestawie i dogrywać bity na żywo. W tym momencie na koncertach lecą moje produkcje w różnych aranżach. Manipuluję je efektami i dogrywam niektóre partie na żywo, ale chciałbym mieć ostatecznie zespół albo solowy projekt, w którym gram na bębnach i jednocześnie uaktywniam sample. Wtedy połączę to co kocham najbardziej w klasycznym świecie z tym hip hopem i undergroundem. To jest to do czego dążę.

A teraz czego możemy spodziewać się na twoich gigach?

Na żywo wzoruję się mocno na tym jak to wygląda na domówkowych imprezach w Los Angeles. Gdzie robią spontaniczne imprezy pokroju Boiler Room. Producenci z LA posilają się Rolandem sp404. Ja się posiłkuję laptopem, sam sobie zaprogramowałem efekty na kontrolerach wzorując się na tym, jak to tam wygląda. Ludzie myślą zazwyczaj, że to jest klasyczny DJing, a ja to traktuję jako odrębną część w tej kulturze. Chodzi o to, żeby bawić się tymi efektami, żeby modulować, by te bity tam jeszcze skwierczały i wyciskać z nich różne ciekawe rzeczy. W ten sposób działam. Bardzo dużo podkładów przelewa się przez gig, nie przejmuję się ile co trwa. Jak czuję, że wszystko już w tym numerze zostało pokazane to idę dalej – następny, następny, 50 czy 60 bitów się przewija przez gig. Jest dobra zabawa, lecą efekty, dodaję textury, gram na żywo niektóre partie, nakładam bębny z akustycznym brzmieniem. Z czasem myślę, że jakiś rap dojdzie, to cały czas ewoluuje, ale chodzi o to, żeby nie zamulać za długo. Sprawdzam czy utwór nie jest za długi i czy się wytrąca ta energia. Jeżeli tak się dzieje to już nie jest to. Chodzi o to, żeby cały czas ta głowa się bujała i cały czas coś się działo.

…a jeśli byłoby Wam mało, to do odsłuchu czeka również godzinny występ live, jaki Awgs przygotował specjalnie dla – a jakże – audycji Digital Meditation. Czytajcie, oglądajcie, słuchajcie i oczywiście widzimy się w czwartek!

Komentarze

komentarzy