Recenzja: Open Mike Eagle Brick Body Kids Still Daydream

Data: 12 października 2017 Autor: Komentarzy:

Open Mike Eagle

Brick Body Kids Still Daydream (2017)

Mello Music Group

Open Mike Eagle to gość, którego twórczość trudno umieścić w jakichkolwiek ramach. On sam swoją muzykę określa mianem art rapu, ale czy słusznie? Jeżeli ktoś nie zdołał się jeszcze do tego przekonać, to Brick Body Kids Still Daydream powinno rozwiać wszelkie wątpliwości.

Wcześniejsze projekty Mike’a słynęły nie tylko z celnych spostrzeżeń i błyskotliwych wersów, ale także z poczucia humoru autora. Raper wielokrotnie romansował na swoich płytach z komedią, co także ma wpływ na jego obecną ścieżkę kariery. Pod tym względem jednak najnowsza płyta Open Mike’a wyróżnia się na tle pozostałych — jest o wiele poważniejsza, stroni od żartów (choć nie całkowicie) i próbuje wzbudzić w słuchaczach poczucie nostalgii. Tematem, wokół którego kręci się cały album, jest kompleks architektoniczny noszący nazwę Robert Taylor Homes. Te charakterystyczne budowle, które można podziwiać na okładce, zostały zrównane z ziemią dziesięć lat temu. Jak się okazuje, wywarło to ogromny wpływ na ludzi takich jak Mike, któremu przyszło wychowywać się w tym miejscu.

W pierwszej kolejności na wyróżnienie zasługuje oprawa muzyczna. Bity, które gospodarz skompletował na albumie, wprowadzają przyjemny klimat. Nie ma tu mocnego, wciskającego w fotel basu, południowych bębnów czy producenckich tagów. Nie oznacza to jednak, że tym podkładom czegokolwiek brakuje. Wręcz przeciwnie. Wszystkie kompozycje są wyważone i dopracowane, stanowią doskonałe tło do opowieści snutych przez Mike’a. Nie można im też odmówić świeżości. Ekipa producencka, w której wkład weszli m.in. Exile, DJ Nobody czy Has-Lo, wykonała świetną robotę. Ale wysoki wysoki poziom prezentuje także sam Mike. Połączenie rapu i śpiewu nie wypada może idealnie, ale niesie to ze sobą pewien urok i zdecydowanie różni się od tego, co można usłyszeć na co dzień w stacjach radiowych — najciekawiej w tym kontekście wypada chyba „95 Radios”. Warte uwagi są też mocniejsze momenty, jak chociażby „No Selling” czy „TLDR”, gdzie artysta prezentuje swój rapowy warsztat w całej okazałości. Jak już wspominałem wcześniej, BBKSD to projekt bardzo osobisty. Jest w nim oczywiście także miejsce na odrobinę humoru („If you was rich and about to be broke I can coach you/Couse I can show you how to kill a roach with a boat shoe”), jednak większość czasu autor poświęca na retrospekcje. Związek z opisywanym miejscem jest silnie wyczuwalny, co dodaje albumowi autentyczności.

“They blew up my auntie’s building/Put out her great grandchildren/Who else in America/Deserves to have that feeling”. Open Mike odczuwa szczerą obawę o los swoich współbraci. To, co dla jednych było chybionym społecznym eksperymentem, dla innych stało się elementem ich tożsamości i pozostawiło pustkę niemożliwą do wypełnienia. BBKSD nie porwie każdego słuchacza, ale ci, którzy wczują się w opowieści gospodarza, na pewno nie będą zawiedzeni.

Komentarze

komentarzy