Recenzja: Nosaj Thing Parallels

Data: 17 października 2017 Autor: Komentarzy:

Nosaj Thing

Parallels (2017)

Innovative Leisure

Autor kultowego dla kalifornijskiej sceny beatowej albumu Drift z 2009 roku oraz jeden z fundamentów oficyny Innovative Leisure z Los Angeles wraca z czwartym solowym materiałem w swoim katalogu. Niestety krążek Parallels eksponuje niemalże wszystkie bolączki obecne na dotychczasowych wydawnictwach Jasona Chunga, w szczególności te bardziej radiowo-popowe zapędy, będące do tej pory raptem drobnym pierwiastkiem kompozycji przewijających się przez płyty artysty, a zaakcentowanym głównie przy okazji drugiego w dorobku Home. Jak twierdzi sam producent, jego najnowszy materiał miał być ekstrawertyczną próbą muzycznej socjalizacji, co niestety relatywnie często kończy się półśrodkami, poprawną przeciętnością i twórczym dyskomfortem oddanym poprzez uproszczone, nierzadko nijakie utwory.

Album otwiera bardzo udane „Nowhere” — repetytywne, duszne fortepianowe wprowadzenie zwieńczone krótkim przesterowanym monologiem z połączenia telefonicznego oraz przestrzennym dronowym finałem, napawając niemałą nadzieją na to, co ma nastąpić. Jednakże cały czar pryska już przy okazji kolejnej pozycji. „All Points Back to U” z gościnnym udziałem Steve’a Spaceka to okropnie wtórny, festiwalowy tech-house, po który być może z przyjemnością sięgnąłby Solomun o piątej nad ranem podczas Burning Mana, mnie natomiast bardzo ciężko w jakikolwiek sposób odebrać to za pozytyw. Sytuacja wygląda niemalże identycznie przy okazji numeru „U G” — bardzo obiecujący, skąpy, bujający początek ostatecznie przepoczwarza się w wyjące brzmienia basu i syntezatorów na paszy prosto z kotła z brązowymi kryształami MDMA. Wszystkie te nękające i ciężkostrawne niuanse prawdopodobnie nie wywoływałyby takiego niesmaku gdyby nie zaprzepaszczona realizacja na etapie postprodukcji oraz świadomość możliwości i poprzednich dokonań Nosaj Thinga.

Podobnie jak w przypadku wspomnianego „Nowhere” zdecydowanie najmocniejszą stroną Parallels są te stricte ambientowe kompozycje. Mimo pewnej prostoty „Form”, „TM” oraz „IGYC” potrafią oczarować swoim minimalizmem i jakością brzmienia wszystkich warstw. Stanowią one niestety znaczącą mniejszość materiału. Pozostałe utwory to przede wszystkim zmarnowany potencjał i źle rozwinięte pomysły. Złowroga melodia i śliczna paleta glitchowych dźwięków z „Get Like” roztrwonione zostały brakiem jakiejkolwiek modyfikacji, kwadratowymi bębnami, plastikowymi synthami w tle oraz banalną linią basową rodem z trapowych kompilacji internetowych. Podobnie — aczkolwiek pozornie delikatniej i intymniej — brzmi „How We Do”, w którym wokalnie udzieliła się Kazu Makino z Blonde Redhead. Efektem jest płaski, cyfrowy sound pozbawiony łóżkowej duszy, która z zamierzenia miała się tutaj pojawić i nadać kompozycji seksapilu, a tak pozostawia jedynie pustkę i ziewanie.

Najładniejszym złotym środkiem tych wszystkich prób popowej uniwersalizacji brzmienia jest utwór „Way We Were” z Zuri Marley, który mógł z powodzeniem zamknąć album, gdyż spokojnie byłby w stanie załagodzić wrażenie ogólnej płycizny. W zamian na koniec dostajemy numer „Sister”, który budzi jedynie obojętność swoją bolesną poprawnością i brakiem charakteru. I to w przypadku Parallels jest właśnie najsmutniejsze. Nie jest to bowiem w żadnym wypadku zła czy irytująca muzyka. Świetnie sprawdziłaby się w windzie, ale przecież zupełnie nie o to chodzi. Zdecydowanie najmniej wymagająca i najbardziej odtwórcza pozycja w dyskografii Jasona Chunga.

Komentarze

komentarzy