Recenzja: Ibeyi Ash

Data: 28 października 2017 Autor: Komentarzy:

Ibeyi

Ash (2017)

XL Recordings

Gdybym miała w przypadku Ibeyi sugerować się wyłącznie tagami: Yoruba, Buena Vista Social Club (zmarły ojciec sióstr grał tam na perkusji), symbolizm, eklektyzm — byłabym chyba odrobinę uprzedzona. Postanowiłam jednak dać osobliwym bliźniaczkom szansę. Eksperyment udał się połowicznie — drugi w dorobku album Ibeyi, Ash, jest niezły, ale trochę miejsca zostało również dla uprzedzeń. Przy zbyt małej dawce cierpliwości może być ciężko przebić się przez warstwy niedociągnięć tej płyty.

Siostry Lisa-Kaindé i Naomi Diaz na debiucie zatytułowanym Ibeyi doprowadziły do fuzji kubańskich tradycji i nowoczesnych wpływów. Wizerunek bliźniaczek oparty był o żywe instrumenty (między innymi cajón i pianino) zestawione z nowoczesnymi beatami, soulem, downtempem i jazzem w ledwie wyczuwalnych dawkach. Wszystko to okraszone tekstami dotykającymi tematów trudnych, jak np. śmierć najbliższych. Ibeyi tym samym (mimo że ze spójnym materiałem) utkwiły jako jedna z mnóstwa pozycji w szufladce world music, gdzieś obok takich artystów jak Nneka.

W dwa lata później siostrzany duet gotów jest ruszyć dalej — tak tematycznie, jak i muzycznie. Już nie opłakuje rodzinnych tragedii, co nie znaczy, że zamyka się na istotne kwestie. Tym razem na tapecie jest wątek tożsamości (co nietrudno zresztą wywnioskować z okładki) i trzeba przyznać, że czasem wypada on na Ash całkiem zgrabnie — na przykład w utworach-kolażach jak „No Man Is Big Enough For My Arms” z mantrowym zaśpiewem i fragmentami feministycznej przemowy Michelle Obamy (niewątpliwie czerpiący z „Flawless” Beyoncé) czy na rozległym i podniosłym „Transmission/Michaelion”. Nie gorzej jest w lirycznym „Valé”, gdzie słodkie „Our voices will hug you / Music will be our arms” rozbrzmiewa kojąco w tle rytmicznego podkładu. Zupełnie jakbyśmy znaleźli się nagle w plemiennym kręgu kobiet, przesiąknięci niewytłumaczalnym poczuciem siły i spokoju — i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Czasem jednak próby podejmowania ważnych zagadnień życiowych kończą się na atrakcyjnych wizualnie, bardzo plastycznych teledyskach. Jeden z niewątpliwych muzycznych highlightów płyty — „Deathless” z dobudowaną historią o nieporozumieniu z policją niepotrzebnie mnoży wątki. Nie inaczej jest z „I Wanna Be Like You”, przy którym wizualizacja porywa znacznie bardziej niż dość nijaka kompozycja flirtująca z R&B lat 90.

Pomysłów siostrom Diaz nie brakuje. Płytę rozpoczyna kawałek z zaskakującym samplem chóru Le Mystère des Voix Bulgares, który wzbudza ciekawość co do dalszego ciągu. Na zamknięcie mamy z kolei elektroniczne „Ash”, jakby nieco oderwane od całości (i szkoda, bo zamiast przysłowiowej „kropki nad i” zostajemy z uczuciem nieadekwatności). Dodatkowo dostajemy bardzo skromnego Kamasiego, szczyptę world music, wspomniane już utwory-kolaże, reggaeton w „Me Voy”, a nawet zahaczający o trip-hop „Numb”. Jest o wiele nowocześniej niż dwa lata temu. Ibeyi zdecydowały się mocniej poeksperymentować z Auto-tunem, ale brzmi to raczej jak kaprys niż celowy zabieg artystyczny.

Biorąc pod uwagę tematykę i sposób podania można wywnioskować, że jeżeli chce się znaleźć coś interesującego na Ash, należy wyłączyć racjonalizację, a zamiast tego włączyć emocje i instynkty. Jest to jednak doraźne narzędzie, bo prawdopodobnie i tak zostaniemy z mieszanymi odczuciami. Nie zżymałabym się całkiem na Auto-tune i na eksperymentowanie z różnymi środkami wyrazu. Ferment jest potrzebny, choćby po to, żeby inspirować innych artystów. Mimo to jest trochę tak jak chce okładka — mnóstwo różnych elementów, które nijak nie mogą dać spójnego obrazu.

Komentarze

komentarzy