Recenzja: Smino blkswn

Data: 6 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Smino

blkswn (2017)

Zero Fatigue LLC, Downtown Records

Buszując sobie po playlistach najbardziej popularnych kawałków tego roku, bardzo łatwo popaść w skrajności. Mnóstwo trapu od prawdziwych hegemonów gatunku po młode gwiazdy na stałe przebijające się do naszej świadomości, od świadomego Kendricka po gangsta rap ociekający narkotykami i pieniędzmi. Brakuje czegoś wypośrodkowanego, może mniej napompowanego niż to, co możemy znaleźć na listach Billboardu. Na szczęście pochodzący z St. Louis, a mieszkający w Chicago Smino swoim świetnym debiutem jest w stanie chociaż trochę tę lukę wypełnić.

Przyjemnie powolne „Wild Irish Roses” raczej nastawia na album R&B co najwyżej romansujący z rapem, szybkie zaskoczenie przychodzi w momencie, gdy „Maraca” zaczyna się rozkręcać, a „Glass Flows” z niesamowitą Ravyn Lenae praktycznie z miejsca sprawiają, że łatwo się tym albumem zachwycić. I zresztą bardzo słusznie, bo takich kompozycji ze świecą szukać w tym roku. Można odnieść wrażenie, że przez cały, trwający ponad 60 minut album opiera się na tych samych wzorcach. Konsoletowy bas, gęsto rozsiane dźwięki przeróżnych klawiszy i syntezatorów z dołożonymi gdzieniegdzie high-hatami odmieniane są na dosłownie wszystkie sposoby, a bity brzmią zupełnie jakby zostały wyrwane ze składanki najlepszych kawałków Soulection. Zresztą w momencie gdy zerkniemy na listę producentów, na której można znaleźć Sango, wszystko układa się w całość. Szacunek należy się jednak przede wszystkim Monte Bookerowi, który wyprodukował aż szesnaście (a nawet siedemnaście jeżeli liczymy ukryte „Krash Kourse”) utworów na albumie.

Co prawda jest wielu raperów, którzy swoją karierę mogą zawdzięczać producentom. Najjaśniejszym punktem swjego albumu jest jednak sam Smino. Musicie to koniecznie usłyszeć na własne uszy — to, jak ten gość łączy bezbłędne, zmieniające tempo flow z nakładającymi się na nie chórkami, a całość nagle przechodzi w podśpiewywane czy po prostu śpiewane fragmenty, jest naprawdę niesamowite. Mimo licznych wielopoziomowych dźwięków, często nakładających się na siebie, nie ma się wrażenia przesycenia czy chaosu. Przeróżne adliby czy onomatopeje dodatkowo dopełniają tę zwariowaną przestrzeń. Jakby tego było mało, Smino zaprosił do siebie jeszcze kilka wokalistek — wspaniałą Drae Smith, Akenyę czy Vię Rosę czy swoich ziomali z Zero Fatigue, grupy, do której należą wspomniani już Monte Booker i Ravyn Lenae.

Zresztą „ziomalska” to określenie, które dobrze oddaje to, co się dzieje na tej płycie. To, że płyta kręci się wokół tak przyziemnych tematów jak związki czy nałogi, własne błędy, bez zbędnego użalania się nad sobą, absolutnie nie jest wadą. Choćby płyta sprawiała wrażenie zbyt długiej, trudno jednoznacznie wykreślić kilka kawałków. Mniej napuszony Chance the Rapper? Fajniejszy Goldlink? Zdecydujcie sami! My wiemy jedno — Soulbowl powstał właśnie dlatego, żeby pisać o takich talentach jak Smino.

Komentarze

komentarzy