smino

Smino prezentuje nowy singiel

Zaledwie kilka dni po wypuszczeniu wspólnego singla z Noname i Sabą, Smino powraca z solowym numerem. „Trina” to efekt współpracy z producentem o ksywce Kenny Beats i prawdopodobnie zapowiedź tego, co raper szykuje dla nas na przyszły rok. Wszystko wskazuje więc na to, że za kilka miesięcy do naszych głośników trafią projekt Ghetto Sage oraz trzeci studyjny krążek Smino. Takie informacje lubimy, czekamy więc niecierpliwie na kolejne single. A w międzyczasie odpalajcie „Trinę” i dajcie się porwać pozytywnemu vibe’owi.

Recenzja: Dreamville Revenge of the Dreamers III

Dreamville - Revenge of the Dreamers III

Dreamville

Revenge of the Dreamers III

Dreamville / Interscope

Zebrać w jednym miejscu i czasie około stu artystów — raperów, piosenkarek i producentów? Zamknąć ich razem w studiu na 10-dniową sesję nagraniową? Nakręcić materiał filmowy z tego zdarzenia i na koniec skompletować album? Choć to wszystko wydaje się niemożliwe, zostało już osiągnięte. Revenge of the Dreamers III to krążek, na którym udało się połączyć ze sobą różne artystyczne wizje. Trudno jednak stwierdzić, czy to bardziej zasługa chemii pomiędzy muzykami, czy może zgrabnej selekcji wszystkich ich występów.

Po kilku latach rekrutowania młodych talentów, J.Cole chyba w końcu skompletował swój Dreamville’owy zespół marzeń. Od czasu premiery DiCaprio 2 J.I.D wystrzelił, całkiem niedawno pojawiły się też legalne debiuty EarthGang i Ari Lennox. Do tego dochodzą jeszcze inne filary w postaci m.in. dobrze znanych Basa i Cozza. Label rozwija się prężnie, a Revenge of the Dreamers III ma stanowić w tym wypadku pokaz sił. Na sesjach nagraniowych pojawiła się też masa gości. Zaproszenia trafiły praktycznie do wszystkich: od mało znanych debiutantów, przez młode gwiazdy, aż po weteranów. Jak wynika z zakulisowych relacji, artyści chodzili od studia do studia, dogrywając się, gdzie tylko się da. W efekcie dostaliśmy album wypełniony po brzegi posse cutami różnej maści — od trapowych bangerów, przez lekkie numery w stylistyce R&B, po klasyczne hiphopowe brzmienie.

Revenge of the Dreamers III to prawdziwy muzyczny rollercoaster. Nastrój zmienia się tu często, a w każdym kolejnym tracku uczestnicy chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Najkorzystniej w kontekście całej płyty wypada chyba wspomniany J.I.D. Reprezentant Atlanty pojawia się tu zdecydowanie najczęściej, za każdym razem potwierdzając swoją doskonałą formę. Jednym z przykładów może być jeden z pierwszych numerów na krążku — „Down Bad”. Świetnie poradzili sobie także chłopaki z EarthGang, a ich „Swivel” ostatecznie znalazło się także na debiutanckim Mirrorland. W międzyczasie Ari Lennox złagodziła trochę klimat udanymi duetami z Ty Dolla $ignem oraz Baby Rose. No i wreszcie sam J.Cole, który jakby młodnieje przy debiutantach. Na swoich ostatnich albumach zdawał się skupiać o wiele bardziej na treści, przez co jednak cierpiała forma. Tu ewidentnie dał się ponieść twórczej rywalizacji, co po prostu słychać w jego flow, wcześniej dosyć monotonnym.

Ciekawych występów jest tu tyle, że nie sposób wymienić wszystkich. Guapdad 4000 podrzuca chwytliwy refren w „Costa Rica”. Smino ze swoją śpiewaną i luźną nawijką świetnie pasuje do przejaranego „1993” oraz „Sacrifices”. Cozz i Reason knują przeciwko swoim szefom w „Lamborghini Truck”. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim kręci się jeszcze Buddy, który w towarzystwie Dreamville czuje się jak wśród swoich. Oczywiście, chemia chemią, ale trzeba przyznać, że gdyby nie selekcja gościnek, prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z totalnym chaosem. Ten trud warto docenić, tym bardziej że ostatecznie na krążku wielu oczekiwanych gości zabrakło. Jak pasowaliby tu m.in. Westside Gunn, Rick Ross czy nawet DJ Khaled? I choć nie mam wątpliwości, że zaserwowaliby nam występy najwyższej jakości, zwyczajnie nie pasowaliby do charakteru grupy.

Do Revenge of the Dreamers III trudno się przyczepić. Na wszystkie zarzuty dotyczące braku stylistycznej spójności czy natłoku gości można odpowiedzieć krótko — to album kompilacyjny. Przygotowany dość szybko, pełen młodzieńczej werwy, dość przewidywalny, ale pozostawiający pozytywne wrażenie. J. Cole zebrał utalentowaną ekipę i pozwolił im robić swoje. To więc krążek zrobiony bez większego zamysłu czy głównego motywu, który jednak daje dużo satysfakcji z odsłuchu.

Noname, Saba i Smino jako Ghetto Sage

Wygląda na to, że właśnie powstała nowa supergrupa hiphopowa. Nie od dzisiaj wiadomo, że Noname, Saba i Smino tworzą zgrane trio nie tylko muzyczne, ale i towarzyskie. Muzycy bardzo się lubią i brzmią razem wspaniale, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w numerze „Ace” pochodzącym z ostatniego krążka Noname. Muzyka każdego z nich ma w sobie coś oryginalnego i zdecydowanie wymyka się próbom szufladkowania. Wreszcie zdecydowali się na założenie grupy. „Häagen Dazs” to pierwszy singiel Ghetto Sage i mamy nadzieję, że doczekamy się kontynuacji tego projektu. Szczególnym zaskoczeniem była zwrotka Noname, która przyzwyczaiła nas raczej do jazzujących podkładów i spokojniejszych brzmień.

Nowy teledysk: Smino „Klink”

„Klink” – jeden z najmocniejszych numerów na ubiegłorocznym debiucie Smino doczekał się w końcu teledysku. Tytuł utworu ma nawiązywać od dźwięku wydawanego przez drogą biżuterię. O wyraźny przepych zadbał sam raper, który w klipie korzysta z wysadzanego diamentami telefonu, nosi diamentowe kicksy oraz kurtkę, a szampana pije tylko z mieniących się butelek. Wyszło lekko i zabawnie, tak jak to zwykle bywa u Smino. Sprawdźcie najnowsze wideo artysty, a jeśli jeszcze nie słyszeliście Nøir, tym bardziej polecamy nadrobić zaległości.

Nowy utwór: August 08 feat. Smino „Blood on My Hands”

Rok po wydaniu swojego debiutanckiego EP Father, młody wokalista z Los Angeles powraca z nowym singlem. Nagranie „Blood on My Hands” to zmysłowy romans R&B z klubowym brzmieniem, na którym obok gospodarza pojawia się również Smino. Utwór został wzbogacony o klimatyczną wizualizację autorstwa Isha’y Walia i Travisa Brothersa. August 08 należy kolektywu 88rising, zrzeszającego artystów takich jak Joji, Rich Brian czy Higher Brothers. Czy już wkrótce zaskoczy fanów pełnogrającym albumem? Miejmy nadzieję, że tak!

Recenzja: Smino Nøir

Smino

Nøir (2018)

Zero Fatigue

Mieliście kiedyś okazję oglądać film noir? Czarno-białe zdjęcia, ciężki, przytłaczający klimat z intrygą kryminalną w samym centrum. Jak więc do tego gatunku ma się najnowszy album Smino? A no nijak. Jeśli miałbym porównać NØIR do jakiegoś filmowego stylu, to z pewnością byłaby to komedia. Jedna z tych, które faktycznie bawią, i do których wraca się z przyjemnością.

Smino przebił się do świadomości szerszego grona słuchaczy z ubiegłorocznym Blkswn. Już od samego początku słychać, że pod względem brzmieniowym Nøir jest niejako kontynuacją poprzedniego krążka. Trudno się dziwić, w końcu za produkcję na obu projektach odpowiada głównie Monte Booker. Swoje trzy grosze dorzucili także Sango, THEMpeople oraz sam gospodarz. W efekcie dostajemy pełno nowoczesnych, ale jednocześnie stonowanych podkładów. Tempo większości beatów jest wolne, przez co kawałki powoli wypływają z głośników, tworząc beztroską atmosferę. Bo Nøir to pozycja stworzona po to, by słuchać jej w spokojne sobotnie popołudnie. Próżno szukać tu szalejących osiemset ósemek, pędzących hi hatów i drażniących uszy leadów (najmocniejszym momentem na albumie jest chyba surowe „Krushed Ice”). Zamiast tego dostajemy lekkie pianino w „Spinz”, syntezatory w „Merlot” i gitarę w „Verizon”. Smino nawiązuje do klasycznie brzmiącego R&B, choć trapowe inspiracje także się tu pojawiają.

Słychać to zwłaszcza w sposobie nawijania Smino. To coś pomiędzy mumble rapem a śpiewem. I chociaż zdecydowana większość współczesnych raperów decyduje się na łączenie tych elementów, to reprezentant St. Louis wyjątkowo gładko przechodzi od nawijania do wyśpiewywania pokręconych melodii na różne sposoby. Wystarczy posłuchać singlowego „Klink”, gdzie artysta raz śpiewa normalnym głosem, a w refrenie sięga po nienaturalnie wysokie dźwięki. Takie momenty czynią Nøir przyjemnym, zabawnym i zaskakującym doświadczeniem. Sam Smino, czasem aż za bardzo daje się ponieść, a jego kreatywność w dosiadaniu podkładów zasługuje na uznanie. W porównaniu z wyczynami gospodarza różnie wypadają goście. Dobrą rapowaną zwrotkę w „Fenty Sex” dorzuciła Dreezy, w „MF Groove” pojawia się zawsze przyjemna Ravyn Lenae, występ Valeego z kolei nie powala, a obecność Bariego jest ledwo dostrzegalna. I choć Nøir jest dosyć długie, podczas odsłuchu trudno narzekać na nudę, a uśmiech na stałe przykleja się do twarzy. To przyjemna podróż, którą ma się ochotę powtórzyć raz jeszcze. Smino rzutem na taśmę serwuje nam jedno z najlepszych tegorocznych połączeń R&B i rapu.

Nowy utwór: Smino „L.M.F.”

Zdjęcie Smino

Zdjęcie Smino

Po zaskakującym sukcesie, który odniosło zeszłoroczme blkswn, raper i wokalista z St. Louis zapowiada swój następny album nowym singlem. „L.M.F.” to charakterystyczny dla artysty melodyjny rap z nutką R&B i humorystycznymi akcentami. Wyprodukowany przez Sango utwór podąża w ślady dotychczasowych dokonań muzycznych Smino, jednocześnie dając obietnicę, że na zaplanowanym na 8 listopada Smino noir usłyszymy znaczący krok w jego artystycznej ewolucji. Kolejna interesująca premiera jeszcze przed końcem tego roku? Czemu nie!

Nowy teledysk: Smino feat. T-Pain – Anita (Remix)

Nadzieja sceny RnB z St. Louis i król auto-tune’a łączą siły. Teledysk do utworu „Anita (remix)” to miła niespodzianka dla wszystkich fanów artysty, który w marcu tego roku zaskoczył świat muzyki niezwykle udanym i bardzo pozytywnie przyjętym albumem Blkswn (naszą recenzje możecie przeczytać tu). Numer stanowi ukłon w stronę brzmienia typowego dla początków kariery lidera Nappy Boy. Warto zuważyć, że T-Pain całkiem niedawno wystąpił również na wspólnym utworze z innym młodym, obiecującym wokalistą, 6lackiem, w ramach premiery edycji deluxe Free 6lack.

Recenzja: Smino blkswn

Smino

blkswn (2017)

Zero Fatigue LLC, Downtown Records

Buszując sobie po playlistach najbardziej popularnych kawałków tego roku, bardzo łatwo popaść w skrajności. Mnóstwo trapu od prawdziwych hegemonów gatunku po młode gwiazdy na stałe przebijające się do naszej świadomości, od świadomego Kendricka po gangsta rap ociekający narkotykami i pieniędzmi. Brakuje czegoś wypośrodkowanego, może mniej napompowanego niż to, co możemy znaleźć na listach Billboardu. Na szczęście pochodzący z St. Louis, a mieszkający w Chicago Smino swoim świetnym debiutem jest w stanie chociaż trochę tę lukę wypełnić.

Przyjemnie powolne „Wild Irish Roses” raczej nastawia na album R&B co najwyżej romansujący z rapem, szybkie zaskoczenie przychodzi w momencie, gdy „Maraca” zaczyna się rozkręcać, a „Glass Flows” z niesamowitą Ravyn Lenae praktycznie z miejsca sprawiają, że łatwo się tym albumem zachwycić. I zresztą bardzo słusznie, bo takich kompozycji ze świecą szukać w tym roku. Można odnieść wrażenie, że przez cały, trwający ponad 60 minut album opiera się na tych samych wzorcach. Konsoletowy bas, gęsto rozsiane dźwięki przeróżnych klawiszy i syntezatorów z dołożonymi gdzieniegdzie high-hatami odmieniane są na dosłownie wszystkie sposoby, a bity brzmią zupełnie jakby zostały wyrwane ze składanki najlepszych kawałków Soulection. Zresztą w momencie gdy zerkniemy na listę producentów, na której można znaleźć Sango, wszystko układa się w całość. Szacunek należy się jednak przede wszystkim Monte Bookerowi, który wyprodukował aż szesnaście (a nawet siedemnaście jeżeli liczymy ukryte „Krash Kourse”) utworów na albumie.

Co prawda jest wielu raperów, którzy swoją karierę mogą zawdzięczać producentom. Najjaśniejszym punktem swjego albumu jest jednak sam Smino. Musicie to koniecznie usłyszeć na własne uszy — to, jak ten gość łączy bezbłędne, zmieniające tempo flow z nakładającymi się na nie chórkami, a całość nagle przechodzi w podśpiewywane czy po prostu śpiewane fragmenty, jest naprawdę niesamowite. Mimo licznych wielopoziomowych dźwięków, często nakładających się na siebie, nie ma się wrażenia przesycenia czy chaosu. Przeróżne adliby czy onomatopeje dodatkowo dopełniają tę zwariowaną przestrzeń. Jakby tego było mało, Smino zaprosił do siebie jeszcze kilka wokalistek — wspaniałą Drae Smith, Akenyę czy Vię Rosę czy swoich ziomali z Zero Fatigue, grupy, do której należą wspomniani już Monte Booker i Ravyn Lenae.

Zresztą „ziomalska” to określenie, które dobrze oddaje to, co się dzieje na tej płycie. To, że płyta kręci się wokół tak przyziemnych tematów jak związki czy nałogi, własne błędy, bez zbędnego użalania się nad sobą, absolutnie nie jest wadą. Choćby płyta sprawiała wrażenie zbyt długiej, trudno jednoznacznie wykreślić kilka kawałków. Mniej napuszony Chance the Rapper? Fajniejszy Goldlink? Zdecydujcie sami! My wiemy jedno — Soulbowl powstał właśnie dlatego, żeby pisać o takich talentach jak Smino.