Recenzja: Smino Nøir

Data: 10 grudnia 2018 Autor: Komentarzy:

Smino

Nøir (2018)

Zero Fatigue

Mieliście kiedyś okazję oglądać film noir? Czarno-białe zdjęcia, ciężki, przytłaczający klimat z intrygą kryminalną w samym centrum. Jak więc do tego gatunku ma się najnowszy album Smino? A no nijak. Jeśli miałbym porównać NØIR do jakiegoś filmowego stylu, to z pewnością byłaby to komedia. Jedna z tych, które faktycznie bawią, i do których wraca się z przyjemnością.

Smino przebił się do świadomości szerszego grona słuchaczy z ubiegłorocznym Blkswn. Już od samego początku słychać, że pod względem brzmieniowym Nøir jest niejako kontynuacją poprzedniego krążka. Trudno się dziwić, w końcu za produkcję na obu projektach odpowiada głównie Monte Booker. Swoje trzy grosze dorzucili także Sango, THEMpeople oraz sam gospodarz. W efekcie dostajemy pełno nowoczesnych, ale jednocześnie stonowanych podkładów. Tempo większości beatów jest wolne, przez co kawałki powoli wypływają z głośników, tworząc beztroską atmosferę. Bo Nøir to pozycja stworzona po to, by słuchać jej w spokojne sobotnie popołudnie. Próżno szukać tu szalejących osiemset ósemek, pędzących hi hatów i drażniących uszy leadów (najmocniejszym momentem na albumie jest chyba surowe „Krushed Ice”). Zamiast tego dostajemy lekkie pianino w „Spinz”, syntezatory w „Merlot” i gitarę w „Verizon”. Smino nawiązuje do klasycznie brzmiącego R&B, choć trapowe inspiracje także się tu pojawiają.

Słychać to zwłaszcza w sposobie nawijania Smino. To coś pomiędzy mumble rapem a śpiewem. I chociaż zdecydowana większość współczesnych raperów decyduje się na łączenie tych elementów, to reprezentant St. Louis wyjątkowo gładko przechodzi od nawijania do wyśpiewywania pokręconych melodii na różne sposoby. Wystarczy posłuchać singlowego „Klink”, gdzie artysta raz śpiewa normalnym głosem, a w refrenie sięga po nienaturalnie wysokie dźwięki. Takie momenty czynią Nøir przyjemnym, zabawnym i zaskakującym doświadczeniem. Sam Smino, czasem aż za bardzo daje się ponieść, a jego kreatywność w dosiadaniu podkładów zasługuje na uznanie. W porównaniu z wyczynami gospodarza różnie wypadają goście. Dobrą rapowaną zwrotkę w „Fenty Sex” dorzuciła Dreezy, w „MF Groove” pojawia się zawsze przyjemna Ravyn Lenae, występ Valeego z kolei nie powala, a obecność Bariego jest ledwo dostrzegalna. I choć Nøir jest dosyć długie, podczas odsłuchu trudno narzekać na nudę, a uśmiech na stałe przykleja się do twarzy. To przyjemna podróż, którą ma się ochotę powtórzyć raz jeszcze. Smino rzutem na taśmę serwuje nam jedno z najlepszych tegorocznych połączeń R&B i rapu.

Komentarze

komentarzy