„Chcemy robić coś, z czym czujemy się dobrze” – BadBadNotGood dla Soulbowl.pl

Data: 7 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Choć ostatni album wydali w czerwcu zeszłego roku, to o chłopakach z BadBadNotGood nie przestaje być głośno — nieustannie współpracują z najlepszymi artystami, dużo koncertują, a całkiem niedawno wydali też kompilację, na której umieścili swoje ulubione numery. Matthew, Chester, Alexander i Leland fascynują nas swoją twórczością już od kilku lat, a z okazji zbliżającego się koncertu w warszawskim Palladium postanowiliśmy podpytać ich o kilka rzeczy. Zapraszamy do lektury pierwszego polskiego wywiadu z BadBadNotGood.

Soulbowl: Zacznijmy od tego, co stało się w ostatni piątek! Ukazał się wasz nowy singiel. Kolejna po zeszłorocznym „Time Moves Slow” piekielnie dobra kolaboracja z Samem Herringiem z Future Islands. Słychać, że macie świetną synergię. Jak doszło do tego, że Sam pojawił się na IV?

Chester Hansen: Myślę, że to zaczęło się kilka lat temu, po tym jak wyszło „Seasons” Future Islands – zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Ktoś, kto z nimi pracuje, jest znajomym z kimś z naszej wytwórni, więc zapytali czy moglibyśmy zrobić remiks „Seasons”. Dostaliśmy więc wokal acapella i zaczęliśmy pisać piosenkę i nową aranżację. Wydaliśmy to parę lat temu i była to pierwsza wspólna rzecz. W tamtym czasie nie znaliśmy się z Samem ani z nikim z zespołu osobiście, po prostu pracowaliśmy nad tym. Później wpadaliśmy na siebie na festiwalach, lotniskach i w podobnych okolicznościach. Kilka jesieni temu, nie pamiętam dokładnie, ale to było chyba w listopadzie 2015, przyszedł do naszego studio i spędziliśmy tam kilka dni, nagrywając „Time Moves Slow”, ostatnie „I Don’t Know” i jeszcze kilka innych numerów. Naprawdę związaliśmy się z Samem, jest świetnym, przemiłym gościem, a do tego ogromnie utalentowanym artystą, będącym bardzo otwartym na mieszanie swojego stylu z naszym. Wyszła z tego naprawdę świetna kolaboracja, mamy nadzieję robić więcej wspólnych rzeczy w przyszłości.

… To właśnie było moje następne pytanie, czy planujecie nagrać z Samem jakiś album albo chociaż EP-kę?

Tak, bardzo byśmy chcieli! W studio spędziliśmy jakieś dwa i pół czy trzy dni i oprócz tych numerów, które wydaliśmy, pojawiły się bodajże jeszcze dwa pomysły, które nie zostały dokończone. Ale, tak, bardzo dobrze dogadywaliśmy się twórczo, więc myślę, że zrobienie kolejnych wspólnych rzeczy byłoby zdecydowanie rewelacyjne.

Czyli jest nadzieja na waszą ponowną wspólną pracę, to wspaniale! Pozostając w temacie kolaboracji — myślę, że to naprawdę interesujący temat, jeśli chodzi o waszą pracę – chociażby Mick Jenkins, Kaytranada… Wydaje mi się, że macie „to coś” z Kaytranadą, bo współpracujecie z nim raczej regularnie. Jak do tego doszło? Oczywiście on też jest z Kanady, ale jak to wygląda, kiedy przychodzi do waszej współpracy?

Wydaje mi się, że to zaczęło się… to trochę odwrotna historia od tej z Samem, bo kilka lat temu Kaytranada zrobił remiks naszej piosenki „Kaleidoscope” i szalenie nam się on spodobał, poza tym już wcześniej byliśmy jego fanami. To był moment, kiedy każdy jego remiks czy własne nagrania były istną bombą. Spotkaliśmy go po tym i bardzo się polubiliśmy, jest naprawdę wyluzowanym, miłym facetem. Jakieś 3 lata temu zaprosiliśmy go do studio w Toronto i pracowaliśmy nad mnóstwem, mnóstwem rzeczy. Właściwie to wtedy nagraliśmy „Weight Off”, które Kaytranada umieścił na swoim albumie w zeszłym roku. Szczerze mówiąc od tamtego czasu zrobiliśmy chyba około 40 szkiców, które gdzieś tam sobie dryfują na naszych twardych dyskach. Tak, zrobiliśmy naprawdę mnóstwo rzeczy, mam wrażenie, że każdego roku wychodzą dwa czy trzy numery zawierające jakiś jego bit, sampel, coś co zrobiliśmy razem. Jestem więc pewny, że będziemy nagrywać z nim nadal – to macie gwarantowane.

Tak też myślałam! Był jeszcze oczywiście Mick Jenkins, którego jestem wielką fanką — warto wspomnieć, że na jego ostatnim albumie pojawiacie się w „Drowning”, on z kolei jest gościem w „Hyssop of Love”. To naprawdę gra! Ale pozostawiając temat kolaboracji — było bardzo miłym zaskoczeniem, kiedy ujawniliście okładkę IV. Nie da się ukryć, że jest jest kolorowa, radosna i właściwie całkiem zabawnie patrzeć na was w tych ręcznikach, trochę w greckim stylu — w odniesieniu do wszystkich poprzednich waszych okładek jest to dość wyraźna zmiana. Co stało za tym pomysłem? Muzyka tu przeradza się w kierunku bardziej urozmaiconego, ale jednak „ułożonego” jazzu, a okładka jest tego lekkim przeciwieństwem.

Tak, to z pewnością zabawne (śmiech). Myślę, że to była swego rodzaju nasza naturalna ewolucja, bo przedtem, na III, to był pierwszy raz kiedy robiliśmy swój w pełni autorski materiał bez żadnych coverów, więc to była pierwsza rzecz nad którą spędziliśmy mnóstwo czasu i chcieliśmy, by okładka wyglądała jak poprzednie, ale… gdy zabieraliśmy się za IV — wiesz, zawsze byliśmy trochę głupkowatymi kolesiami robiącymi sobie żarty, ale nie przekładaliśmy tego na muzykę czy okładki. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zrobić coś bardziej kolorowego, jak wspomniałaś — odzwierciedlającego również zmiany w muzyce. Graliśmy na festiwalu w Chorwacji, gdzie był z nami nasz znajomy, który robił nam typowe wakacyjne zdjęcia.

Czyli byłam blisko z tą Grecją!

Tak, bardzo blisko (śmiech). Mieliśmy wtedy małą przerwę, więc spędzaliśmy razem czas, pływaliśmy, no i wtedy zrobił nam to zdjęcie w ręcznikach.

Myślicie, że wizualna strona muzyki, to jak jest opakowana — czy to przez okładki, teledyski, czy imidż wykonawcy — jest jej komplementarną częścią?

Tak, to zawsze było dla nas ważne. Matty, który gra z nami na klawiszach ale robi też miks i mastering naszej muzyki, jest zaangażowany w kwestie wizualne. Zna się na okładkach klasyków i tym w jaki sposób łączą się, ale i oddziałują na siebie z muzyką, zawsze ma ciekawe rozwiązania. Użycie tego zdjęcia było właśnie jego pomysłem. Staramy się łączyć wizualne aspekty z muzyką, tak by było to prawdziwe, bo jak już powiedziałem, naprawdę nie jesteśmy tacy poważni! Staramy się brać muzykę na poważnie, ale nie będziemy robić sobie super poważnych zdjęć, całych sesji, kiedy tacy po prostu nie jesteśmy. Chcemy robić rzeczy, które są zgodne z naszą muzyką, ale też z osobowościami; tym, kim jesteśmy – chcemy robić coś, z czym czujemy się dobrze.

Wcześniej w tym roku przygotowaliście swoją kompilację w cyklu Late Night Tales, która jest bardzo różnorodna – Thundercat, Boards of Canada, Erasmo Carlos, The Beach Boys… Musimy przyznać, że płyty słucha się rewelacyjnie! Skąd takie wybory? Jaka idea przyświecała tej selekcji?

Właściwie było to całkiem trudne, bo słuchamy bardzo różnej muzyki. Zawsze staramy się być na bieżąco z nowościami, ale tak samo nadrabiamy starsze nagrania, których wcześniej nie znaliśmy, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy mogli zrobić Late Night Tales, sporządziliśmy listę chyba 70 piosenek! Można było jednak zdobyć licencję tylko na pewną ich ilość, co finalnie pomogło nam zawęzić tę listę i wybrać te utwory, które stworzyły naprawdę fajną selekcję.

Tak, domyślam się, że wybór 21 utworów przez cztery osoby nie był najłatwiejszym zadaniem. Zadam teraz może nie do końca profesjonalne pytanie, ale nazwisko Alexandra to Sowinski, co brzmi bardzo polsko — czy ma polskie korzenie?

Tak, ma! Jego babcia była Polką. Ma trochę historii rodzinnych, jego przodkowie byli Polakami.

To miły zbieg okoliczności, myślę, że powinniście w takim razie częściej odwiedzać Polskę i dbać o korzenie Alexa (śmiech).

(śmiech) Tak, możliwość grania w Polsce częściej byłaby super.

W ramach ciekawostki, kilka lat temu jako portal organizowaliśmy imprezy muzyczne i mieliśmy nawet taki plan, by was zaprosić, ale z racji działania non-profit finalnie nie byliśmy w stanie tego zrobić.

Naprawdę? To miłe, bardzo się cieszymy, że mogliśmy wtedy przyjechać do Katowic na Tauron Nowa Muzyka i że przyjedziemy do was znowu.

U progu swojej kariery, w 2012 roku, byliście zespołem rezydencyjnym na Coachelli, przez co mieliście przyjemność wystąpić na jednej scenie m.in. z Frankiem Oceanem. Czy od tego czasu dostawaliście podobne propozycje, by zagrać z innym wielkim artystą na jednej scenie?

Tak, występowaliśmy oczywiście z Ghostface’em, bo nagraliśmy z nim album. Zagraliśmy mnóstwo jednorazowych, wyjątkowych koncertów, do których nas zapraszano, na przykład z Pharoahe Monch.

Graliście też przed Royem Ayersem.

Tak, często się też zdarza, że gramy jakiś showcase i organizatorzy próbują ściągnąć przypadkowych artystów będących akurat w okolicy, by dołączyli do nas na scenie. Na przykład w trakcie SXSW wystąpił z nami Just Blaze, Black Milk czy Freeway, pojawiła się też masa innych ludzi. A ostatnio, dosłownie w ubiegły piątek, graliśmy z Jayem Electronicą i to było naprawdę niesamowite.

O ile się nie mylę, był tam też River Tiber?

Tak, jako goście specjalni dołączyła do nas Charlotte (Day Wilson – przyp. red.), River Tiber i Jay Electronica.

Z kolei w 2013 roku mieliście okazję spędzić trochę czasu z legendą funku, Bootsy Colinsem, w ramach redbullowskiej akcji Sounds Like. Co dla was znaczyło to spotkanie i jakich innych mentorów muzycznych posiadacie?

Możliwość spotkania z nim była dla nas naprawdę niesamowita, to było też bardzo szybkie — zostaliśmy zaproszeni do udziału w Sounds Like, dowiedzieliśmy się, że podczas kręcenia materiału spotkamy się z Collinsem i niemal nie mogliśmy w to uwierzyć. Jest fantastycznym gościem, opowiedział nam mnóstwo fajnych historii. Wydaje mi się, że od każdego z kim mamy okazję spędzić trochę czasu dostajemy fajne historie i ogólnie – rady dotyczące robienia muzyki. Jeśli chodzi o mentorów, to myślę, że Frank Dukes jest tą postacią, która ma na nas ogromny wpływ. Zrobiliśmy bardzo dużo wspólnych nagrań, trochę też nas zaczął, bo kiedy zaczęliśmy z nim pracować, nasze brzmienie zaczęło się zmieniać; zaczęliśmy nagrywać analogowo. Zdecydowanie Frank jest dla nas takim mentorem, ale jest też wielu innych, od których chcielibyśmy wziąć lekcje czy rady.


Skoro jesteśmy już przy wspólnym graniu z innymi muzykami – dwa lata temu nagraliście udany album z Ghostface’em. Jak wyglądał proces nagrania tej płyty?

Tak właściwie to zaczęło się to właśnie przez Franka Dukesa, ponieważ gdy nagrywaliśmy z nim, on miał już na koncie album nagrany z Ghostface’em. Chciał stworzyć z nim cały album, nagrać wszystkie instrumentale i tak dalej, więc poprosił nas, byśmy byli zespołem tego projektu. Byliśmy w Nowym Jorku, w studiu, w którym nagrywał chociażby Menahan Street Band, nagrywaliśmy instrumentale, przesyłaliśmy sobie w tę i z powrotem, bo Killah był wtedy gdzie indziej.  Był to dość długi, żmudny proces, ale nadal odsyłaliśmy sobie te nagrania, poprawiając to i owo, a kiedy wszystko zostało ukończone, zaczęliśmy z nim koncertować.

Pozostając w temacie Ghostface’a — kiedy myślisz o nim, Wu-Tang jest pierwszym co przychodzi do głowy. W kontekście ostatniej premiery Wu-Tang Clanu — gdyby padła taka propozycja, to czy zgodzilibyście się wyprodukować dla nich płytę?

Może, to byłoby świetne! Nie wiemy co teraz zamierzają, jeśli w ogóle zamierzają nagrać razem kolejny album, ale jeśli… Wiesz, zawsze jesteśmy chętni do produkowania muzyki innym ludziom, bo po prostu kochamy pracować nad muzyką. Praca z Ghostface’em była niesamowita, więc zrobienie czegoś więcej, z całym Wu-Tangiem, byłoby ekstra.

Patrząc na zakulisowe materiały wideo, podczas których tworzycie w studio, trudno nie odnieść wrażenia, że jesteście bardzo zgraną paczką, której obce są jakiekolwiek konflikty. Wyglądacie po prostu na grzecznych chłopaków! (śmiech) Zdarzają się wam jakieś ostre sprzeczki? Ucierpiał na tym jakiś sprzęt lub ego któregoś z was?

Tak, zdecydowanie, kłócimy się z chłopakami, ale sądzę, że każdy to robi, zwłaszcza, gdy pracuje z innymi ludźmi kreatywnie. To jest naturalne, bo przecież nie każdy zawsze będzie miał tę samą opinię. Ale sądzę, że to jest właśnie siła naszej muzyki, naszego zespołu. Czasami wszyscy mamy zupełnie inne pomysły i kombinujemy tak, by wszystkie je połączyć. Niekiedy jest to naprawdę spore wyzwanie, ale chyba właśnie to nadaje tego brzmienia. Ale na koniec dnia zawsze jesteśmy jak bracia — wiesz, jak rodzeństwo walczące w ciągu dnia, a później wszystko jest już dobrze (śmiech).

A czy któryś z was jest kimś w rodzaju lidera? Osobą, która gdy nie możecie dojść do porozumienia czy kompromisu, pełni rolę podejmującego decyzję.

Niekoniecznie, wszyscy staramy się mieć pewność, że każda decyzja jaką podejmujemy jest dla nas ok, że finalnie czujemy się z nią dobrze. W przeciwnym razie to uczucie będzie tkwić w którymś z nas, aż w końcu wyjdzie i …

Od początku swojego działania cenicie sobie swoją niezależność. Zdarzyło się wam odrzucić ofertę któregoś z majorsów lub innej dużej wytwórni?

Tak, zdarzyło się kilka razy, że ludzie z wytwórni byli nami zainteresowani, ale nie wyglądali na takich, którzy wiedzieliby o nas cokolwiek więcej, dodatkowo ich wizje nigdy nie pokrywały się z naszymi. Jesteśmy jednak ogromnie szczęśliwi, że możemy pracować z Innovative Leisure od ostatnich wydawnictw, to dla nas naprawdę wspaniałe, zwłaszcza, że zawsze możemy robić co chcemy, jeśli chodzi o muzyczną kreatywność. Mamy nadzieję móc kontynuować ten układ w przyszłości. Nasz manager zresztą też ma dla nas zawsze cenne rady, jak też inni bliscy ludzie, którzy powtarzają, byśmy nie podpisywali niczego, przez co bylibyśmy nieszczęśliwi.

Tak, tak właśnie często się kończy z dużymi wytwórniami. Wracając trochę do początku — rozmawialiśmy o waszej trasie po Stanach. Jesteśmy ciekawi ile koncertów gracie w ciągu roku?

Myślałem o tym wczoraj! Myślę, że w tym roku było to coś pomiędzy 80, a 120, więc zdecydowanie dość sporo.

Przecież jesteście młodzi! (śmiech)

(śmiech) Tak, tak. W tym roku byliśmy w Europie już trzy razy, wkrótce wracamy po raz kolejny. Koncertowaliśmy oczywiście po całych Stanach, byliśmy też w Ameryce Południowej, więc zrobiło się tego naprawdę sporo.


Chcielibyśmy jeszcze zapytać o muzykę jakiej słuchacie prywatnie — kiedy rozmawialiśmy o Late Night Tales powiedziałeś, że nie było łatwo wybrać listę około 20 utworów, bo słuchacie kompletnie różnych rzeczy. Czego więc się wystrzegacie słuchając muzyki prywatnie, w jakich klimatach czujecie się najlepiej? To, co robiliście na początku waszej twórczości, te wszystkie covery, były brzmieniami związanymi głównie z hip hopem, rapem.

Tak, zdecydowanie. Staram się być na bieżąco z nowościami, ale też bardzo lubię eksplorować starszą muzykę. Kiedy byłem dzieckiem słuchałem A Tribe Called Quest, Nasa czy Wu-Tang Clanu, których brat pokazał mi gdy byłem bardzo młody. To było dla mnie coś ogromnego, wtedy też zacząłem bardziej na poważnie grać na instrumentach. Słuchałem też później dużo jazzu. Jazzu, czasami rocka, soulu, popu. Natomiast jako zespół bardzo lubimy stary brazylijski jazz i pop z lat 60′ i 70′.

Brazylijska muzyka to ogromnie interesujący, szeroki, ale i ciężki temat. Natomiast wspominając o soulu przeszła mi przez głowę pewna myśl, ponieważ chwilę temu World Wide Warsaw, organizatorzy koncertów w Polsce, ogłosili warszawski występ Keleli w lutym, pomyślałam więc, że powinniście kiedyś nagrać coś z Kelelą! (śmiech)

(śmiech) Może, może!

Wracając nieco do coverów, które kiedyś nagrywaliście — rozważaliście by nagrywać je ponownie, czy wolicie skupić się już na swojej własnej twórczości?

W ostatnich latach skoncentrowaliśmy się raczej na naszych autorskich nagraniach, ale zawsze razem uczymy się grać różne piosenki, nawet jeśli to tylko podczas zwykłych prób czy na jamach, jakichś imprezach. Nie wydaje mi się, byśmy wrócili do nagrywania coverów, na pewno nie w najbliższym czasie — mamy naprawdę dużo do zrobienia z naszym oryginalnym materiałem.

Czy zdarzyło wam się, że podczas wywiadu, którego udzielacie, padło pytanie, które wzbudziło w was konsternację, na które nie chcieliście lub trudno wam było odpowiedzieć? Macie własną listę pytań, na które nie lubicie odpowiadać?

(śmiech) Właściwie to dobre pytanie. Czasami gdy udzielamy wywiadów możemy z miejsca powiedzieć, że osoba, która z nami rozmawia, nie ma zielonego pojęcia o naszym zespole, nawet o tym, o czym mówiliśmy już setki razy w innych wywiadach. Nie mówię tego o tobie, bo jest świetnie (śmiech), ale czasami naprawdę ciężko jest udawać, że jesteś zadowolony i zainteresowany rozmową (śmiech). Nie chcę mówić, że te osoby są beznadziejne w swojej pracy, bo z pewnością mają miliony takich wywiadów do zrobienia, ale czasami zdecydowanie nie czuć rozmowy i staje się to naprawdę ciężkie.

Przy okazji, to mój pierwszy wywiad.

Naprawdę?! (śmiech) W ogóle bym się nie spodziewał, oboje jesteśmy niezłymi mówcami!

Ok, myślę, że będziemy już kończyć, chyba że ty też chcesz zapytać o coś polskiego fana, na przykład czego spodziewać się po polskiej publiczności (śmiech). Żartuję, oczywiście.

Jesteśmy bardzo podekscytowani na przyjazd do Warszawy! Właściwie ja też mam polskie korzenie, mój dziadek był częściowo Polakiem, a babcia urodziła się na Ukrainie, więc mam sporo krewnych z tych rejonów.

Więc razem z Alexem macie wschodnio-europejskie korzenie! Bardzo dziękujemy za rozmowę, do zobaczenia wkrótce.

Rozmowę przeprowadziła Agnieszka Puzanowska

 


Przypominamy, że koncert BadBadNotGood odbędzie się już w najbliższy piątek, a między innymi tutaj możecie kupić ostatnie bilety. Do zobaczenia!

Komentarze

komentarzy