badbadnotgood

„Chcemy robić coś, z czym czujemy się dobrze” – BadBadNotGood dla Soulbowl.pl

Choć ostatni album wydali w czerwcu zeszłego roku, to o chłopakach z BadBadNotGood nie przestaje być głośno — nieustannie współpracują z najlepszymi artystami, dużo koncertują, a całkiem niedawno wydali też kompilację, na której umieścili swoje ulubione numery. Matthew, Chester, Alexander i Leland fascynują nas swoją twórczością już od kilku lat, a z okazji zbliżającego się koncertu w warszawskim Palladium postanowiliśmy podpytać ich o kilka rzeczy. Zapraszamy do lektury pierwszego polskiego wywiadu z BadBadNotGood.

Soulbowl: Zacznijmy od tego, co stało się w ostatni piątek! Ukazał się wasz nowy singiel. Kolejna po zeszłorocznym „Time Moves Slow” piekielnie dobra kolaboracja z Samem Herringiem z Future Islands. Słychać, że macie świetną synergię. Jak doszło do tego, że Sam pojawił się na IV?

Chester Hansen: Myślę, że to zaczęło się kilka lat temu, po tym jak wyszło „Seasons” Future Islands – zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Ktoś, kto z nimi pracuje, jest znajomym z kimś z naszej wytwórni, więc zapytali czy moglibyśmy zrobić remiks „Seasons”. Dostaliśmy więc wokal acapella i zaczęliśmy pisać piosenkę i nową aranżację. Wydaliśmy to parę lat temu i była to pierwsza wspólna rzecz. W tamtym czasie nie znaliśmy się z Samem ani z nikim z zespołu osobiście, po prostu pracowaliśmy nad tym. Później wpadaliśmy na siebie na festiwalach, lotniskach i w podobnych okolicznościach. Kilka jesieni temu, nie pamiętam dokładnie, ale to było chyba w listopadzie 2015, przyszedł do naszego studio i spędziliśmy tam kilka dni, nagrywając „Time Moves Slow”, ostatnie „I Don’t Know” i jeszcze kilka innych numerów. Naprawdę związaliśmy się z Samem, jest świetnym, przemiłym gościem, a do tego ogromnie utalentowanym artystą, będącym bardzo otwartym na mieszanie swojego stylu z naszym. Wyszła z tego naprawdę świetna kolaboracja, mamy nadzieję robić więcej wspólnych rzeczy w przyszłości.

… To właśnie było moje następne pytanie, czy planujecie nagrać z Samem jakiś album albo chociaż EP-kę?

Tak, bardzo byśmy chcieli! W studio spędziliśmy jakieś dwa i pół czy trzy dni i oprócz tych numerów, które wydaliśmy, pojawiły się bodajże jeszcze dwa pomysły, które nie zostały dokończone. Ale, tak, bardzo dobrze dogadywaliśmy się twórczo, więc myślę, że zrobienie kolejnych wspólnych rzeczy byłoby zdecydowanie rewelacyjne.

Czyli jest nadzieja na waszą ponowną wspólną pracę, to wspaniale! Pozostając w temacie kolaboracji — myślę, że to naprawdę interesujący temat, jeśli chodzi o waszą pracę – chociażby Mick Jenkins, Kaytranada… Wydaje mi się, że macie „to coś” z Kaytranadą, bo współpracujecie z nim raczej regularnie. Jak do tego doszło? Oczywiście on też jest z Kanady, ale jak to wygląda, kiedy przychodzi do waszej współpracy?

Wydaje mi się, że to zaczęło się… to trochę odwrotna historia od tej z Samem, bo kilka lat temu Kaytranada zrobił remiks naszej piosenki „Kaleidoscope” i szalenie nam się on spodobał, poza tym już wcześniej byliśmy jego fanami. To był moment, kiedy każdy jego remiks czy własne nagrania były istną bombą. Spotkaliśmy go po tym i bardzo się polubiliśmy, jest naprawdę wyluzowanym, miłym facetem. Jakieś 3 lata temu zaprosiliśmy go do studio w Toronto i pracowaliśmy nad mnóstwem, mnóstwem rzeczy. Właściwie to wtedy nagraliśmy „Weight Off”, które Kaytranada umieścił na swoim albumie w zeszłym roku. Szczerze mówiąc od tamtego czasu zrobiliśmy chyba około 40 szkiców, które gdzieś tam sobie dryfują na naszych twardych dyskach. Tak, zrobiliśmy naprawdę mnóstwo rzeczy, mam wrażenie, że każdego roku wychodzą dwa czy trzy numery zawierające jakiś jego bit, sampel, coś co zrobiliśmy razem. Jestem więc pewny, że będziemy nagrywać z nim nadal – to macie gwarantowane.

Tak też myślałam! Był jeszcze oczywiście Mick Jenkins, którego jestem wielką fanką — warto wspomnieć, że na jego ostatnim albumie pojawiacie się w „Drowning”, on z kolei jest gościem w „Hyssop of Love”. To naprawdę gra! Ale pozostawiając temat kolaboracji — było bardzo miłym zaskoczeniem, kiedy ujawniliście okładkę IV. Nie da się ukryć, że jest jest kolorowa, radosna i właściwie całkiem zabawnie patrzeć na was w tych ręcznikach, trochę w greckim stylu — w odniesieniu do wszystkich poprzednich waszych okładek jest to dość wyraźna zmiana. Co stało za tym pomysłem? Muzyka tu przeradza się w kierunku bardziej urozmaiconego, ale jednak „ułożonego” jazzu, a okładka jest tego lekkim przeciwieństwem.

Tak, to z pewnością zabawne (śmiech). Myślę, że to była swego rodzaju nasza naturalna ewolucja, bo przedtem, na III, to był pierwszy raz kiedy robiliśmy swój w pełni autorski materiał bez żadnych coverów, więc to była pierwsza rzecz nad którą spędziliśmy mnóstwo czasu i chcieliśmy, by okładka wyglądała jak poprzednie, ale… gdy zabieraliśmy się za IV — wiesz, zawsze byliśmy trochę głupkowatymi kolesiami robiącymi sobie żarty, ale nie przekładaliśmy tego na muzykę czy okładki. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zrobić coś bardziej kolorowego, jak wspomniałaś — odzwierciedlającego również zmiany w muzyce. Graliśmy na festiwalu w Chorwacji, gdzie był z nami nasz znajomy, który robił nam typowe wakacyjne zdjęcia.

Czyli byłam blisko z tą Grecją!

Tak, bardzo blisko (śmiech). Mieliśmy wtedy małą przerwę, więc spędzaliśmy razem czas, pływaliśmy, no i wtedy zrobił nam to zdjęcie w ręcznikach.

Myślicie, że wizualna strona muzyki, to jak jest opakowana — czy to przez okładki, teledyski, czy imidż wykonawcy — jest jej komplementarną częścią?

Tak, to zawsze było dla nas ważne. Matty, który gra z nami na klawiszach ale robi też miks i mastering naszej muzyki, jest zaangażowany w kwestie wizualne. Zna się na okładkach klasyków i tym w jaki sposób łączą się, ale i oddziałują na siebie z muzyką, zawsze ma ciekawe rozwiązania. Użycie tego zdjęcia było właśnie jego pomysłem. Staramy się łączyć wizualne aspekty z muzyką, tak by było to prawdziwe, bo jak już powiedziałem, naprawdę nie jesteśmy tacy poważni! Staramy się brać muzykę na poważnie, ale nie będziemy robić sobie super poważnych zdjęć, całych sesji, kiedy tacy po prostu nie jesteśmy. Chcemy robić rzeczy, które są zgodne z naszą muzyką, ale też z osobowościami; tym, kim jesteśmy – chcemy robić coś, z czym czujemy się dobrze.

Wcześniej w tym roku przygotowaliście swoją kompilację w cyklu Late Night Tales, która jest bardzo różnorodna – Thundercat, Boards of Canada, Erasmo Carlos, The Beach Boys… Musimy przyznać, że płyty słucha się rewelacyjnie! Skąd takie wybory? Jaka idea przyświecała tej selekcji?

Właściwie było to całkiem trudne, bo słuchamy bardzo różnej muzyki. Zawsze staramy się być na bieżąco z nowościami, ale tak samo nadrabiamy starsze nagrania, których wcześniej nie znaliśmy, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy mogli zrobić Late Night Tales, sporządziliśmy listę chyba 70 piosenek! Można było jednak zdobyć licencję tylko na pewną ich ilość, co finalnie pomogło nam zawęzić tę listę i wybrać te utwory, które stworzyły naprawdę fajną selekcję.

Tak, domyślam się, że wybór 21 utworów przez cztery osoby nie był najłatwiejszym zadaniem. Zadam teraz może nie do końca profesjonalne pytanie, ale nazwisko Alexandra to Sowinski, co brzmi bardzo polsko — czy ma polskie korzenie?

Tak, ma! Jego babcia była Polką. Ma trochę historii rodzinnych, jego przodkowie byli Polakami.

To miły zbieg okoliczności, myślę, że powinniście w takim razie częściej odwiedzać Polskę i dbać o korzenie Alexa (śmiech).

(śmiech) Tak, możliwość grania w Polsce częściej byłaby super.

W ramach ciekawostki, kilka lat temu jako portal organizowaliśmy imprezy muzyczne i mieliśmy nawet taki plan, by was zaprosić, ale z racji działania non-profit finalnie nie byliśmy w stanie tego zrobić.

Naprawdę? To miłe, bardzo się cieszymy, że mogliśmy wtedy przyjechać do Katowic na Tauron Nowa Muzyka i że przyjedziemy do was znowu.

U progu swojej kariery, w 2012 roku, byliście zespołem rezydencyjnym na Coachelli, przez co mieliście przyjemność wystąpić na jednej scenie m.in. z Frankiem Oceanem. Czy od tego czasu dostawaliście podobne propozycje, by zagrać z innym wielkim artystą na jednej scenie?

Tak, występowaliśmy oczywiście z Ghostface’em, bo nagraliśmy z nim album. Zagraliśmy mnóstwo jednorazowych, wyjątkowych koncertów, do których nas zapraszano, na przykład z Pharoahe Monch.

Graliście też przed Royem Ayersem.

Tak, często się też zdarza, że gramy jakiś showcase i organizatorzy próbują ściągnąć przypadkowych artystów będących akurat w okolicy, by dołączyli do nas na scenie. Na przykład w trakcie SXSW wystąpił z nami Just Blaze, Black Milk czy Freeway, pojawiła się też masa innych ludzi. A ostatnio, dosłownie w ubiegły piątek, graliśmy z Jayem Electronicą i to było naprawdę niesamowite.

O ile się nie mylę, był tam też River Tiber?

Tak, jako goście specjalni dołączyła do nas Charlotte (Day Wilson – przyp. red.), River Tiber i Jay Electronica.

Z kolei w 2013 roku mieliście okazję spędzić trochę czasu z legendą funku, Bootsy Colinsem, w ramach redbullowskiej akcji Sounds Like. Co dla was znaczyło to spotkanie i jakich innych mentorów muzycznych posiadacie?

Możliwość spotkania z nim była dla nas naprawdę niesamowita, to było też bardzo szybkie — zostaliśmy zaproszeni do udziału w Sounds Like, dowiedzieliśmy się, że podczas kręcenia materiału spotkamy się z Collinsem i niemal nie mogliśmy w to uwierzyć. Jest fantastycznym gościem, opowiedział nam mnóstwo fajnych historii. Wydaje mi się, że od każdego z kim mamy okazję spędzić trochę czasu dostajemy fajne historie i ogólnie – rady dotyczące robienia muzyki. Jeśli chodzi o mentorów, to myślę, że Frank Dukes jest tą postacią, która ma na nas ogromny wpływ. Zrobiliśmy bardzo dużo wspólnych nagrań, trochę też nas zaczął, bo kiedy zaczęliśmy z nim pracować, nasze brzmienie zaczęło się zmieniać; zaczęliśmy nagrywać analogowo. Zdecydowanie Frank jest dla nas takim mentorem, ale jest też wielu innych, od których chcielibyśmy wziąć lekcje czy rady.


Skoro jesteśmy już przy wspólnym graniu z innymi muzykami – dwa lata temu nagraliście udany album z Ghostface’em. Jak wyglądał proces nagrania tej płyty?

Tak właściwie to zaczęło się to właśnie przez Franka Dukesa, ponieważ gdy nagrywaliśmy z nim, on miał już na koncie album nagrany z Ghostface’em. Chciał stworzyć z nim cały album, nagrać wszystkie instrumentale i tak dalej, więc poprosił nas, byśmy byli zespołem tego projektu. Byliśmy w Nowym Jorku, w studiu, w którym nagrywał chociażby Menahan Street Band, nagrywaliśmy instrumentale, przesyłaliśmy sobie w tę i z powrotem, bo Killah był wtedy gdzie indziej.  Był to dość długi, żmudny proces, ale nadal odsyłaliśmy sobie te nagrania, poprawiając to i owo, a kiedy wszystko zostało ukończone, zaczęliśmy z nim koncertować.

Pozostając w temacie Ghostface’a — kiedy myślisz o nim, Wu-Tang jest pierwszym co przychodzi do głowy. W kontekście ostatniej premiery Wu-Tang Clanu — gdyby padła taka propozycja, to czy zgodzilibyście się wyprodukować dla nich płytę?

Może, to byłoby świetne! Nie wiemy co teraz zamierzają, jeśli w ogóle zamierzają nagrać razem kolejny album, ale jeśli… Wiesz, zawsze jesteśmy chętni do produkowania muzyki innym ludziom, bo po prostu kochamy pracować nad muzyką. Praca z Ghostface’em była niesamowita, więc zrobienie czegoś więcej, z całym Wu-Tangiem, byłoby ekstra.

Patrząc na zakulisowe materiały wideo, podczas których tworzycie w studio, trudno nie odnieść wrażenia, że jesteście bardzo zgraną paczką, której obce są jakiekolwiek konflikty. Wyglądacie po prostu na grzecznych chłopaków! (śmiech) Zdarzają się wam jakieś ostre sprzeczki? Ucierpiał na tym jakiś sprzęt lub ego któregoś z was?

Tak, zdecydowanie, kłócimy się z chłopakami, ale sądzę, że każdy to robi, zwłaszcza, gdy pracuje z innymi ludźmi kreatywnie. To jest naturalne, bo przecież nie każdy zawsze będzie miał tę samą opinię. Ale sądzę, że to jest właśnie siła naszej muzyki, naszego zespołu. Czasami wszyscy mamy zupełnie inne pomysły i kombinujemy tak, by wszystkie je połączyć. Niekiedy jest to naprawdę spore wyzwanie, ale chyba właśnie to nadaje tego brzmienia. Ale na koniec dnia zawsze jesteśmy jak bracia — wiesz, jak rodzeństwo walczące w ciągu dnia, a później wszystko jest już dobrze (śmiech).

A czy któryś z was jest kimś w rodzaju lidera? Osobą, która gdy nie możecie dojść do porozumienia czy kompromisu, pełni rolę podejmującego decyzję.

Niekoniecznie, wszyscy staramy się mieć pewność, że każda decyzja jaką podejmujemy jest dla nas ok, że finalnie czujemy się z nią dobrze. W przeciwnym razie to uczucie będzie tkwić w którymś z nas, aż w końcu wyjdzie i …

Od początku swojego działania cenicie sobie swoją niezależność. Zdarzyło się wam odrzucić ofertę któregoś z majorsów lub innej dużej wytwórni?

Tak, zdarzyło się kilka razy, że ludzie z wytwórni byli nami zainteresowani, ale nie wyglądali na takich, którzy wiedzieliby o nas cokolwiek więcej, dodatkowo ich wizje nigdy nie pokrywały się z naszymi. Jesteśmy jednak ogromnie szczęśliwi, że możemy pracować z Innovative Leisure od ostatnich wydawnictw, to dla nas naprawdę wspaniałe, zwłaszcza, że zawsze możemy robić co chcemy, jeśli chodzi o muzyczną kreatywność. Mamy nadzieję móc kontynuować ten układ w przyszłości. Nasz manager zresztą też ma dla nas zawsze cenne rady, jak też inni bliscy ludzie, którzy powtarzają, byśmy nie podpisywali niczego, przez co bylibyśmy nieszczęśliwi.

Tak, tak właśnie często się kończy z dużymi wytwórniami. Wracając trochę do początku — rozmawialiśmy o waszej trasie po Stanach. Jesteśmy ciekawi ile koncertów gracie w ciągu roku?

Myślałem o tym wczoraj! Myślę, że w tym roku było to coś pomiędzy 80, a 120, więc zdecydowanie dość sporo.

Przecież jesteście młodzi! (śmiech)

(śmiech) Tak, tak. W tym roku byliśmy w Europie już trzy razy, wkrótce wracamy po raz kolejny. Koncertowaliśmy oczywiście po całych Stanach, byliśmy też w Ameryce Południowej, więc zrobiło się tego naprawdę sporo.


Chcielibyśmy jeszcze zapytać o muzykę jakiej słuchacie prywatnie — kiedy rozmawialiśmy o Late Night Tales powiedziałeś, że nie było łatwo wybrać listę około 20 utworów, bo słuchacie kompletnie różnych rzeczy. Czego więc się wystrzegacie słuchając muzyki prywatnie, w jakich klimatach czujecie się najlepiej? To, co robiliście na początku waszej twórczości, te wszystkie covery, były brzmieniami związanymi głównie z hip hopem, rapem.

Tak, zdecydowanie. Staram się być na bieżąco z nowościami, ale też bardzo lubię eksplorować starszą muzykę. Kiedy byłem dzieckiem słuchałem A Tribe Called Quest, Nasa czy Wu-Tang Clanu, których brat pokazał mi gdy byłem bardzo młody. To było dla mnie coś ogromnego, wtedy też zacząłem bardziej na poważnie grać na instrumentach. Słuchałem też później dużo jazzu. Jazzu, czasami rocka, soulu, popu. Natomiast jako zespół bardzo lubimy stary brazylijski jazz i pop z lat 60′ i 70′.

Brazylijska muzyka to ogromnie interesujący, szeroki, ale i ciężki temat. Natomiast wspominając o soulu przeszła mi przez głowę pewna myśl, ponieważ chwilę temu World Wide Warsaw, organizatorzy koncertów w Polsce, ogłosili warszawski występ Keleli w lutym, pomyślałam więc, że powinniście kiedyś nagrać coś z Kelelą! (śmiech)

(śmiech) Może, może!

Wracając nieco do coverów, które kiedyś nagrywaliście — rozważaliście by nagrywać je ponownie, czy wolicie skupić się już na swojej własnej twórczości?

W ostatnich latach skoncentrowaliśmy się raczej na naszych autorskich nagraniach, ale zawsze razem uczymy się grać różne piosenki, nawet jeśli to tylko podczas zwykłych prób czy na jamach, jakichś imprezach. Nie wydaje mi się, byśmy wrócili do nagrywania coverów, na pewno nie w najbliższym czasie — mamy naprawdę dużo do zrobienia z naszym oryginalnym materiałem.

Czy zdarzyło wam się, że podczas wywiadu, którego udzielacie, padło pytanie, które wzbudziło w was konsternację, na które nie chcieliście lub trudno wam było odpowiedzieć? Macie własną listę pytań, na które nie lubicie odpowiadać?

(śmiech) Właściwie to dobre pytanie. Czasami gdy udzielamy wywiadów możemy z miejsca powiedzieć, że osoba, która z nami rozmawia, nie ma zielonego pojęcia o naszym zespole, nawet o tym, o czym mówiliśmy już setki razy w innych wywiadach. Nie mówię tego o tobie, bo jest świetnie (śmiech), ale czasami naprawdę ciężko jest udawać, że jesteś zadowolony i zainteresowany rozmową (śmiech). Nie chcę mówić, że te osoby są beznadziejne w swojej pracy, bo z pewnością mają miliony takich wywiadów do zrobienia, ale czasami zdecydowanie nie czuć rozmowy i staje się to naprawdę ciężkie.

Przy okazji, to mój pierwszy wywiad.

Naprawdę?! (śmiech) W ogóle bym się nie spodziewał, oboje jesteśmy niezłymi mówcami!

Ok, myślę, że będziemy już kończyć, chyba że ty też chcesz zapytać o coś polskiego fana, na przykład czego spodziewać się po polskiej publiczności (śmiech). Żartuję, oczywiście.

Jesteśmy bardzo podekscytowani na przyjazd do Warszawy! Właściwie ja też mam polskie korzenie, mój dziadek był częściowo Polakiem, a babcia urodziła się na Ukrainie, więc mam sporo krewnych z tych rejonów.

Więc razem z Alexem macie wschodnio-europejskie korzenie! Bardzo dziękujemy za rozmowę, do zobaczenia wkrótce.

Rozmowę przeprowadziła Agnieszka Puzanowska

 


Przypominamy, że koncert BadBadNotGood odbędzie się już w najbliższy piątek, a między innymi tutaj możecie kupić ostatnie bilety. Do zobaczenia!

Solidna dawka soulu od BadBadNotGood i Samuela T. Herringa

Kanadyjczycy z BadBadNotGood kolejny raz postawili na współpracę z Samuelem T. Herringiem. Wokalistę znanego z Future Islands można było usłyszeć na albumie IV, który ukazał się w ubiegłym roku. Zeszłoroczny singiel „Time Moves Slow” był swoistą perełką, doskonałym przerywnikiem i urozmaiceniem reszty materiału z albumu. Muzycy ponownie wykonują ukłon w stronę przeszłości i dobrego soulu, który w takiej formie nieczęsto możemy usłyszeć. W „I Don’t Know” słychać melancholijne brzmienia lat 60-tych, które idealnie podkreśla głos Herringa. Pozostaje mieć nadzieję, że częściej będziemy mieli okazję podziwiać niezwykłe jak dotąd owoce ich kolaboracji. Przy okazji przypominamy o listopadowym koncercie grupy w warszawskim Palladium 10 listopada.

#FridayRoundup: Vic Mensa, Aminé, Tanya Morgan i inni

Nie macie pomysłu co nowego włączyć w weekend? Jak zwykle w piątek spieszymy z garścią muzycznych nowości, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie.


The Autobiography

Vic Mensa

Roc Nation

Mnóstwo ludzi zadaje sobie pytanie “gdzie podział się Vic Mensa z czasów Kids These Days?”, lub “Gdzie Vic, którego znamy z Innanetape?”. Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Nowy Vic to zupełnie inny artysta. Zeszłoroczny utwór “There’s Alot Going On” tłumaczy sporą część zmian, które zaszły w jego życiu, m.in. epizod z GOOD Music, czy kulisy wstąpienia w szeregi Roc Nation. Ale nic nie tłumaczy niektórych jego muzycznych wybryków, takich jak niedawno opublikowana zapowiedź albumu w formie The Manuscript. Vic Mensa w coraz większym stopniu ujawnia swoją tendencję do tworzenia kawałków pełnych patosu, lub nieco przekoloryzowanych wizji współczesnych relacji w amerykańskim społeczeństwie, a efektem tego są skręcające w stronę pop-rapu ballady w stylu “Rage”, które, jak się obawiam, może wyznaczać ogólny nastrój nadchodzącego albumu. Cóż, chciałbym wierzyć w entuzjastyczne opinie blogów takich jak Fake Shore Drive i w moc, którą niesie ze sobą produkcja No I.D. (będący na drodze po tytuł producenta roku za 4:44, jednak coraz większe ciągoty Vica w stronę skandali, ujawniania życia prywatnego i dramatów sprawiają, że The Autobiography stoi dla mnie pod wielkim znakiem zapytania. Zobaczymy co z tego wyjdzie — Adrian


Good for You

Aminé

CLBN/Republic

O Aminé zrobiło się głośno w 2016 roku, kiedy to wydał bardzo dobrze przyjęty singiel „Caroline”. Przez 12 miesięcy od momentu premiery utwór zdążył pokryć się trzykrotną platyną, a sam artysta dostąpił zaszczytu dołączenia do grona Freshmanów XXL. I chociaż żaden z jego kolejnych kawałków takiego sukcesu nie powtórzył, to jestem przekonany, że etykietkę one-hit wonder w tym przypadku można sobie darować. Jego twórczość cechuje ciepłe brzmienie oraz pozytywny vibe. Na Good For You znajdzie się w sumie piętnaście utworów. W gronie gości pojawią się Ty Dolla $ign, Nelly, Offset, Charlie Wilson oraz Kehlani. Szykuje się idealny album na drugą połowę lata. — Mateusz


New Wave

Stalley

Real Talk

Stalley wraca z drugim longplayem po trzech latach przerwy po dobrze przyjętym Ohio. Na Nową Falę hip hopu w ujęciu Stalleya złożyło się tym razem 14 numerów, utrzymanych w doskonale znanej mieszance trapowego południa ze świadomym rapem. Jednocześnie krążek stanowi odejście Stalleya od gwiazdorskich kolaboracji i stylistycznego przepychu z czasów Maybach Music. — Kurtek


YGWY$4

Tanya Morgan

(brak)

Tej dwójki nie sposób jest nie lubić. Niby takich płyt, z tak klasycznym, podziemnym hip-hopem dostajemy całkiem sporo, to Donwill i Von Pea od zawsze mają w sobie to coś, co nie pozwala odejść od głośnika pomimo wiedzy, że muzycznie nie dostaniemy tu nic odkrywczego. Może to te pogodne i bardzo żywiołowe nawijki? Może to duża zasługa zabawnych tekstów, które nie unikają też wnikliwych obserwacji? Wszystko to znajdziemy zapewne na ich kolejnym, czwartym już krążku, który to trafia w nasze głośniki dokładnie dzisiaj. — efdote


Power of Peace

The Isley Brothers & Santana

Legacy

Tęsknicie za pokojem? Miłością? Wdzięcznością? Też macie dość? I wreszcie — czy jesteście gotowi na spotkanie z muzycznym absolutem — odtrutką na całe zło stechnicyzowanego świata (z autotunem włącznie)? Z pomocą przychodzą Carlos Santana z żoną, Cindy Blackman Santaną, oraz bracia Ronald i Ernie Isley. Na „Power of Peace” znajdziecie pieczołowicie dobrane covery na czas kryzysu, w tym m.in. „Higher Ground” Steviego Wondera czy „Mercy Mercy Me (The Ecology)” Marvina Gaye’a. Cóż, można i tak. — MajaDan


Love to a Mortal

Davina Oriakhi

Davina Oriakhi

Debiutancki album mającej swoje korzenie w Nigerii artystki Daviny Oriakhi ciężko nazwać lonplayem. Tylko dziewięć utworów, z czego kilka wstawek muzycznych i intro, stawia to wydawnictwo raczej w szeregu epek. Niemniej zawartość Love to a Mortal nie zawiedzie słuchacza. Nie jest ona przełomowa, ale piosenkarka zręcznie łączy klasyczny jazz, soul i R&B z afrykańskimi rytmami („Juju”) i wakacyjnym brzmieniem reggae („Silence (Father Have Mercy)”). Całości słucha się bardzo przyjemnie, a przedsmak tego, co można znaleźć na krążku, poznaliśmy już w promowanych singlach „F.S.L.S.” i wspomnianym „Juju”. Nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z materiałem i przenieść się do słonecznej Afryki. — Forrel


Detroit OST

Various Artists

Motown

„Detroit” to film wyreżyserowany przez Kathryn Bigelow, który opowiada o głośnych ulicznych zamieszkach jakie miały miejsce w 1967 roku na ulicach The Motor City. Na ścieżce dźwiękowej towarzyszącej temu obrazowi usłyszymy klasyczne utwory takich wykonawców jak m.in. zespół The Dramatics, duet Marvin Gaye & Tammi Tyrell czy też John Coltrane. W przeważającej części pojawią się tam brzmienia, jakie serwowała nam w tamtych latach wytwórnia Motown i to właśnie za jej pośrednictwem ukazał się ten album. Główną atrakcją tej ścieżki dźwiękowej, jest jednak nowy numer od The Roots, czyli nagrane wraz z Bilalem, powalające „It Ain’t Fair”. — efdote


LateNightTales

BadBadNotGood

Night Time Stories Ltd

Oprócz koncertu w warszawskim klubie Palladium, który odbędzie się 10 listopada, kwartet zapowiedział na 28 czerwca premierę składanki w serii wydawniczej LateNightTales, na którą, jak zawsze w przypadku tych wydawnictw, złoży się osobliwa selekcja utworów dokonana przez artystów oraz jeden niepublikowany utwór z ich katalogu. Na płycie znajdzie się 21 utworów z repertuaru takich wykonawców jak Erasmo Carlos, Stereolab, Thundercat, Lydia Lunch, The Beach Boys czy Donnie & Joe Emerson. — Marynia


Everything Now

Arcade Fire

Columbia

Pierwszy album Arcade Fire dla dużej wytwórni Everything Now kontynuuje stylistyczną metamorfozę zespołu, który od zawsze miał disco we krwi, ale dopiero w klipie do „Reflektora” przed czterema laty udało mu się zestawić je, całkiem słusznie, z kulą dyskotekową. Na nowej płycie w w tytułowym nagraniu dochodzi do tego hipnotyczny klawiszowy motyw inspirowany „Dancing Queen” grupy ABBA. Krążek wyprodukował wraz z Kanadyjczykami Thomas Bangalter, połowa duetu Daft Punk, i wierzcie, że w kontekście tej pozycji to nazwisko nie jest przypadkowe. — Kurtek

BadBadNotGood z własną płytą w serii LateNightTales

Jak już informowaliśmy, 10 listopada BadBadNotGood odwiedzą Polskę i zagrają koncert w warszawskim klubie Palladium. Pochodzący z Toronto kwartet w charakterystyczny sposób tworzy muzykę na pograniczu jazzu, hip-hopu oraz elektroniki. Swoją działalność jako zespół rozpoczęli w 2010 roku od własnych interpretacji znanych rapowych numerów. Chłopcy nie stronią od ciężkiej pracy, dzięki czemu osiągnęli międzynarodowy sukces. Dlatego 10 listopada to data, którą już dziś powinniście zarezerwować dla tej czwórki muzycznych wariatów.

Oprócz koncertu kwartet zapowiedział na 28 czerwca premierę składanki w serii wydawniczej LateNightTales, na którą, jak zawsze w przypadku tych wydawnictw, złoży się osobliwa selekcja utworów dokonana przez artystów oraz jeden niepublikowany utwór z ich katalogu. Na płycie znajdzie się 21 utworów z repertuaru takich wykonawców jak Erasmo Carlos, Stereolab, Thundercat, Lydia Lunch, The Beach Boys czy Donnie & Joe Emerson. Samplera można posłuchać poniżej, a preorder jest już dostępny na Bandcampie LateNightTales.

10.11.2017, klub Palladium
BadBadNotGood

start: 19:00
bilety: 105/120 PLN

Recenzja: Mary J. Blige Strength of a Woman

Recenzja Mary J. Blige Strength of a Woman

Mary J. Blige

Strength of a Woman (2017)

Capitol Records

Mary J. Blige jest nie tylko królową hip-hop soulu, ale przede wszystkim jest królową smutku i bólu. Po niedocenionym, a bardzo dobrze wyprodukowanym albumie The London Sessions, który pokazał nową odsłonę artystki, na najnowszej płycie Amerykanka wróciła do sprawdzonej tematyki. O ile na poprzednich wydawnictwach śpiewanie o nieszczęśliwych związkach można uznać za niewiarygodne, o tyle zawartość Strength of a Woman ma odzwierciedlenie w obecnej sytuacji życiowej Blige.

Podobnie, jak wiele gwiazd muzyki, Mary zdecydowała się na wywlekanie prywatnego życia na światło dzienne. Oprócz całkowitego zbesztania na nowej płycie swojego byłego męża, z rozwodu z nim uczyniła zarówno medialny cyrk, jak i sposób na promocję krążka. Brzmienie i poziom emocji Strength of a Woman nawiązują do klasycznych albumów Blige, m.in. do What’s the 411 czy My Life. Usłyszymy na nich głębokie teksty o cierpieniu, nieudanych związkach z mężczyznami i braku tolerancji. Nowy krążek jest swoistym muzycznym pamiętnikiem, do którego każdy ma wgląd. Na poszczególnych stronach tego spowiednika, były mąż Blige nie ma łatwo, a ona sama proponuje, jak z tym bagnem sobie poradzić. Mocne otwarcie płyty, czyli „Love Yourself” pokazuje, jak w trudnych chwilach odnaleźć siłę i pokochać siebie. W asyście Kanye Westa powstał klasyczny, jazzowo hip-hopowy kawałek. Potem Mary wbija szpile swojemu ex i w „Thick of It” przypomina, kto stał u jego boku, by zaraz potem w „Set Me Free” uświadomić mu, że jego miejsce zarezerwowane jest w piekle i zapłaci za wszystko, czego się dopuścił.

Strength of a Woman zawiera również pozytywny akcent, zarówno liryczny, jak i muzyczny. „Find the Love” to optymistyczny disco kawałek, w którym artystka zapewnia, że każdy znajdzie swoją miłość, by dzięki niej stać się szczęśliwym. Album to nie tylko klasyczne dźwięki, nawiązujące do początków kariery Blige. Znajdziemy na nim również nowoczesne nuty w “U + Me (Love Lesson)” czy „Telling the Truth” — wyprodukowanym przez Kaytranadę oraz Badbadnotgood soulowym kawałku z wyraźnie zaznaczonymi bębnami. Wydawnictwo zamyka tytułowe, emancypacyjne „Strength of a Woman”, okazujące wraz z „Hello Father” wsparcie dla osób znajdujących się w podobnym dołku, co główna bohaterka.

Album na pewno nie jest dla ludzi zakochanych, lecz przede wszystkim dla tych, którzy z różnych powodów znaleźli się na życiowym zakręcie. Z jednej strony, bardzo dobrze jest słyszeć Blige w klasycznych brzmieniach R&B, hip-hopu i soulu. Z drugiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że nieustająca tematyka problemów miłosnych i życiowych, staje się powoli męcząca. Artystka wyrosła już na naczelną przewodniczkę i pokrzepicielkę złamanych serc. Pytanie tylko, czy ten tytuł chce nosić do końca życia? Wkrótce zapewne ponownie odnajdzie szczęście w miłości, a wtedy śpiewanie o problemach będzie tylko bezsensownym rozdrapywaniem przeszłości.

Nowy utwór: Freddie Gibbs „Alexys”

Ostatnio pisaliśmy o tym, że Freddie Gibbs szykuje się do wydania nowego materiału, krążka zatytułowanego You Only Live 2wice. W audycji Dr.’a Dre na Beats 1 poleciał ostatnio kolejny kawałek z płyty. Pierwszym, który oficjalnie się pojawił było „Crushed Glass”. Nowy kawałek to „Alexys” — dosyć klimatyczny, ale w sumie krótki numer, bo nie ma nawet trzech minut. Jakość niestety jest jaka jest, bo to rip z radia, ale tak czy inaczej, robi wrażenie. Produkcja BADBADNOTGOOD i KAYTRANADA.

Snoop Dogg i BADBADNOTGOOD wyśmiewają Trumpa w nowym klipie

lavender-remix

Zwrot „Snoop Dogg i BADBADNOTGOOD nagrali wspólny utwór” brzmi trochę jak news z alternatywnej rzeczywistości, dopóki nie usłyszy się owocu tejże współpracy. W końcu jest to remiks utworu z ostatniej płyty nu-jazzowego kwartetu, a że instrumental ten ma w sobie trochę westcoastowego sznytu, wszystko zadziałało jak należy. Nowa wersja „Lavender” doczekała się teledysku i to nie byle jakiego. Przedstawia on ponurą wizję świata zamieszkałego prawie wyłącznie przez klaunów, wraz z ich naczelnym aktualnie panującym prezydentem, ostatecznie schwytanym przez uboższą wersję Suicide Squadu. Sposób przedstawienia tutaj Trumpa kojarzy się trochę z klimatami dawnych, a wciąż budzących powszechną odrazę Minstel Shows, czyni to ten teledysk jednym z ostrzejszych wystąpień artystów przeciwko Panu Pomarańczowemu. Uwzględniając nawet ten roast.

Nowy teledysk: BADBADNOTGOOD „Chompy’s Paradise”

badbadnotgood

Chłopaki z BADBADNOTGOOD mogą zaliczyć obecny rok do niezwykle udanych. Bardzo dobrze przyjęty, studyjny album IV, pokaźna liczba muzycznych kolaboracji, wśród których warto wymienić chociażby udział przy utworach Micka Jenkinsa, STWO, Goldlinka, Daniela Ceasara czy Kaytranady, a do tego sporo występów na żywo sprawiło, że o muzykach jest głośno jak nigdy dotąd. Kanadyjczycy kują więc żelazo póki gorące i w ramach promocji wyżej wspomnianego wydawnictwa prezentują zabawny klip do utworu „Chompy’s Paradise”. Bohaterem teledysku jest saksofonista BBNG Leland Whitty i jego instrument, który to… ma diabelski plan względem swojego właściciela. Jak zakończy się ta niebanalna historia? O tym możecie przekonać się odpalając poniższe wideo.

Recenzja: BadBadNotGood IV

BadBadNotGood

IV (2016)

Innovative Leisure

Niewielu artystów tak zgrabnie definiuje współczesne poczucie estetyki muzycznej jak BadBadNotGood — definiuje nie w znaczeniu torowania ścieżek rozwoju, ale gustownego spajania piękna płynącego z poszczególnych elementów. Nimi właśnie formacja tak zręcznie tasuje w swojej twórczości. Kanadyjczycy już na samym starcie zaczarowali słuchaczy osobliwą selekcją coverów utopionych w jazzie i hip-hopowym feelingu. Po dwóch krążkach opartych w dużej mierze na formule reinterpretacji utworów takich artystów jak J Dilla, Odd Future, My Bloody Valentine, Digital Mystikz czy James Blake, trzeci krążek kwartetu zawierał wyłącznie oryginalne kompozycje. Ten świadomy krok zaowocował najbardziej kreatywnym albumem w dorobku grupy i logicznie następującym zwiastunem rozwoju. Ubiegłoroczna kolaboracja z Ghostface’m Sour Soul ugruntowała niewyczerpany potencjał hip-hopowej wyobraźni muzyków i ponownie odkryte zasoby niewiarygodnych możliwości fuzji rapu i jazzu. Ale to najnowsza pozycja w katalogu BBNG IV jest prawdopodobnie ich najlepszym i zdecydowanie najbardziej dojrzałym wydawnictwem.

Progres określa nie tylko ewolucja brzmienia, ale także wartość jakości współpracy muzyków. Zgranie bandu z Toronto jest znakomite. Jednocześnie tryskające oni spontanicznością i elektryzującą improwizacją. Słychać to przede wszystkim w najbardziej przepastnym numerze tytułowym i zamykającym całość „Cashmere”, gdzie artyści z niepowtarzalnym wyczuciem i wdziękiem ciągną w nieskończoność bardzo wymagający i porywający groove pełen delikatnych smaczków i dynamicznych progresji. Bardziej współczesne kompozycje wykorzystujące elektronikę pokroju „And That, Too.” z wyjątkowo przestrzennym delay’em perkusyjnym czy współpracy z Kaytranadą w „Lavender” — zbudowanej na świdrującej, mrocznej, funkowej linii basu sprawdzają się równie wybornie, dodając kolorytu do wielowarstwowego brzmienia zespołu.

Jednymi z najjaśniejszych punktów projektu są utwory z gościnnym udziałem wokalistów. „Times Moves Slow” ze stonowanym, poruszającym Samem Herringiem to soulowy emocjonalny piorun, fantastycznie godzący klasyczną formułę i nowoczesne standardy. Mick Jenkins w „Hyssop of Love” hipnotyzuje swoim wykonaniem niemalże równie imponująco co Kendrick Lamar w drugiej pozycji z tegorocznego materiału Untitled. Unmastered., kolektywnie z gospodarzami wpisując się w renesans kreatywnych połączeń jazzu i hip-hopu. Najbardziej zmysłowe podsumowanie pojawia się jednak w przedostatnim numerze — „In Your Eyes” z Charlotte Day Wilson — kojącym gitarowymi tknięciami i przytulną szorstkością. Szalona kontynuacja „Confessions” z poprzedniej płyty z saksofonistą Colinem Stetsonem i bardzo zaskakujące, pełne świadomie ukrytego vibe’u „Structure No. 4” dopełniają obrazu najlepiej zrealizowanego i najbardziej odkrywczego albumu BadBadNotGood.

Nowy utwór: Jamie Woon „Sharpness (KAYTRANADA EDIT)”

jamiewoonsharpnessremix

Zeszłoroczny singiel Jamiego Woona przez długi czas gościł na mojej playliście i nie ukrywam, że znajduje się gdzieś wśród moich ulubionych kawałków z 2015 roku. Teraz utwór promujący drugi w dorobku Brytyjczyka album doczekał się nowej odsłony. Remiks powstał przy współpracy Kaytranady i BadBadNotGood. Z zestawienia takich artystów nie mogło powstać nic, co nie byłoby interesujące — minimalistyczne R&B autorstwa Jamiego przekształciło się w brzmienie pełne intensywnego basu i perkusji, zahaczające o jazzowy klimat. Sprawdźcie sami.

Mick Jenkins feat. BADBADNOTGOOD „On The Map” (Reworked / Cover)

mick-jenkins-brick

Nie mam pojęcia, kim tak naprawdę jest TheSenseiBlue i nasze drogi pewnie nigdy by się nie przecięły, gdyby nie Mick Jenkins oraz chłopaki z BADBADNOTGOOD. Zdrowy rozsądek nakazuje sprawdzać wszystko to, gdzie pojawiają się ich ksywki, a to, że pojawiły się razem, na jednym tracku sprawiło, że czas odpalenia tego, co przygotowali, można było liczyć w milisekundach. Z enigmatyczną postacią wspomnianą w pierwszym zdaniu, łączy ich to, że popełnili cover utworu „On The Map”, którego tenże artysta był autorem. Z raczej zamulonego oryginału (warto za to sprawdzić przekomiczny klip), wyszło coś naprawdę wartego uwagi. Świetna warstwa muzyczna połączona z podśpiewującym tym razem Jenckinsem na długo wbija się do głowy. Po wpisach na twitterze widać natomiast, że dobrze się im współpracowało. Kto wie, może nie skończy się na jednorazowym strzale i przygotują razem coś więcej?

25 najlepszych remiksów 2015

Image899992

Pora rozpocząć okres, na który – jak co roku – czeka spora grupa naszych sympatyków. Dwa tysiące piętnastemu pozostały już tylko dwa tygodnie, czas więc, by zebrać cały muzyczny rok i wypunktować rzeczy najważniejsze. (więcej…)

Dwa nowe utowry od BADBADNOTGOOD

bbb

Kilka dni temu jazzowy zespół BADBADNOTGOOD podzielił się na soundcloudzie dwoma nowymi, luźnymi utworami. „Timewave Zero” przypomina stary garażowy rock, z aktualnym świeżym vibem prezentowanym przez m.in. Sun Araw. Drugi z utworów, „Here And Now”, jest nieco spokojniejszy, w którym relaksującą rolę odgrywa saksofon. Jak poinformował na twitterze zespół: „trying ideas out and having fun”, co może oznaczać, że poniższe kawałki nie zapowiadają niczego konkretnego. Ostatnio BADBADNOTGOOD wykonali również na żywo utwór „Season(Waiting on You)” autorstwa Future Islands, z gościnnym udziałem wokalisty zespołu – Sama Herringa.


Nowy utwór: Tuxedo „The Right Time (Kaytranada Remix)”

tuxedoOd premiery albumu Tuxedo Tuxedo minęło już trochę czasu. Aby przypomnieć wam o tej świetnej płycie, jeden ze sztandarowych utworów wziął na warsztat Kaytranada. Do współpracy zaprosił jeszcze BADBADNOTGOOD, który odpowiada za perksuję i mocno funkowy, oldschoolowy kawałek stał się prawdziwym klubowym hymnem. W sam raz na piątkowy before, Miska poleca!


 

 

Recenzja: Ghostface Killah & BadBadNotGood Sour Soul

Ghostface Killah
& BadBadNotGood

Sour Soul (2014)

Lex Records

Liczba płyt wypuszczonych przez Ghostface’a w ciągu ponad dwudziestu lat kariery wygląda imponująco. Albumy nagrane wraz z kumplami (?) z Wu-Tang Clanu, solówki, a także różne kooperacje z raperami i producentami. Przez wielu dyskografia Tony’ego Starksa uznawana jest najbardziej równą pod względem jakości wśród wszystkich członków legendarnej ekipy ze Staten Island. Ostatnimi czasy płodność artystyczna Ghosta może imponować, bo choć ma już 44 lata na karku, wciąż widać w nim głód nagrywania i chęć uraczenia fanów nową porcją muzyki. Powstaje jednak pytanie, czy wydawanie płyt w tak krótkich odstępach czasu umacnia popularnego Ironmana na pozycji najsolidniejszego z rapowych mnichów, czy jest po prostu rozmienianiem się na drobne?

W 2013 roku Ghostface Killah puścił w obieg dwie wersje albumu Twelve Reasons to Die. Jedna została wyprodukowana przez cenionego kompozytora, aranżera i multiinstrumentalistę  Adriana Younge’a, natomiast warstwą muzyczną drugiej zajął się twórca brudnych, samplowanych bitów prosto z Detroit — Apollo Brown. Obydwa wydawnictwa spotkały się z bardzo dobrym odbiorem fanów oraz krytyki. Wraz z końcem roku 2014 na sklepowych półkach i muzycznych serwerach pojawił się konceptualny album 36 Seasons, który był krążkiem jak najbardziej poprawnym, aczkolwiek brakowało mu błysku pozwalającego przetrwać próbę czasu. Dopiero co w kalendarzach pojawiła się liczba 2015, a na serwisach muzycznych znów możemy ujrzeć twarz Ghostface’a w rapowych nowościach. Tym razem za sprawą albumu Sour Soul.

Nowojorski raper i tym razem uciekł się do układu raper-producent, chociaż w tym wypadku bardziej pasowałaby nomenklatura raper-jazz band. BADBADNOTGOOD, bo o nich mowa w kontekście produkcji warstwy muzycznej, to kanadyjskie trio tworzące jazz z pokaźną domieszką rapu, gdzie abstrakcja i awangarda zderzają się ze sobą nadzwyczaj często. Szerszemu gronu dali poznać się w roku 2011, gdy w sieci pojawiły się albumy BBNGBBNGLIVE 1 wypełnione gęsto re-aranżacjami rapowych bangierów („Hard in Da Paint”) oraz coverami popularnych utworów z innych obszarów muzycznych („Limit to Your Love”). Kolejne lata to konsekwentne wypuszczanie kolejnych produkcji i wyrobienie charakterystycznego stylu wypełnionego gęstym, zadymionym mrokiem. BADBADNOTGOOD przez całą dotychczasową karierę stali blisko rapu, więc naturalnym biegiem wydarzeń było wydanie albumu, na którym pojawił się emce.

Dwanaście kompozycji BADBADNOTGOOD, które pojawiły się na Sour Soul powstało w konsultacji ze zdobywcą Grammy, Frankiem Dukesem, krajanem jazzowej trójki z Toronto. Owocem tej współpracy są synkopowe brzmienia mariażu jazzu i hip-hopu, czyli w gruncie to samo, co trio serwuje nam od 4 lat. Jakościowo jest to kawał naprawdę solidnej roboty. Ale solidna robota to jedno, a to czy dany utwór wbije się w umysł słuchacza — drugie. Niestety słuchając Sour Soul od deski do deski, popaść można w monotonię, której rozwiać nie jest nawet w stanie nawet gwóźdź programu, Ghostface Killah, przechadzający się wśród dźwięków BBNG niczym rasowy aktor kina noir. Tematyka płyty to standardowe gadki Ghosta, do których przyzwyczaił wiernych słuchaczy. Sporo tutaj przechwałek, nawiązań do narkotyków i rad dla początkujących w tej szarej strefie, ale także kilka retrospekcji („I used to rob and steal, now I make food for thought”) i parę truizmów („Make peace not war, make babies some more”). Nic wybitnego, ot solidna nawijka od bardzo dobrego rapera z charakterystycznym flow. Jeśli słuchaliście poprzednich albumów Ghosta, pewnie już to gdzieś słyszeliście. Na Sour Soul znalazło się czterech gości. Mamy tutaj dwójkę reprezentantów Motor City, w postaci ekscentrycznego Danny’ego Browna i byłego członka Slum Village, Elzhiego, a także po jednym przedstawicielu z Chicago (Tree) oraz Long Island w Nowym Jorku (DOOM). Każdy wzbogaca album, dając wersy w swoim stylu. Najbarwniej wypada braggadocio w wykonaniu Elzhiego, gdzie pada stwierdzenie — „My lines are cocaine, the flow is bath salt”. Mnie przekonał.

Trudno wymagać od weterana, który prawie od ćwierćwiecza nie znika z rapowej sceny, aby ponownie nagrał album poruszający na lata. Ghost swoje miejsce wśród wszelkiej maści raperów będzie miał zawsze. Sour Soul to album solidny, aczkolwiek zbyt monotonny, pod względem ogólnego wydźwięku bardzo przypominający poprzednią płytę 36 Seasons. Ponownie wszystko jest poprawne — od wersów Pretty’ego Tony’ego, przez zwrotki gościnne, aż po produkcję BADBADNOTGOOD. Poprawnie nie znaczy źle, po prostu mogło być trochę lepiej, oryginalniej, choć bynajmniej nie jest to głos zgorzkniałości.

BadBadNotGood nagrywają album z Ghostface’em

Ghostface-Killah-Sour-Soul-608x608

Grupa BadBadNotGood znak jakości Wu otrzymała już dawno. Grupa instrumentalistów z Toronto maczała już palce w ścieżce dźwiękowej do The Man with the Iron Fists, a tak bardziej niedawno wypuścili singiel „Six Degrees”Dannym BrownemGhostface’em. Z tym drugim wyraźnie dobrze im się współpracowało, gdyż wspólny album BBNGTony’ego Starksa jest już w drodze! Sour Soul ma wyjść 16 lutego nakładem Lex Records. Poniżej możecie sprawdzić singiel „Gunshowers”, w którym gościnnie udzielił się Elzhi. Porównania do kolaboracji GhostaAdrianem Younge będą tutaj nieuniknione. Nie zmienia to jednak faktu, że już wiemy na co czekać w 2015 roku. Tylko co z zapowiadanym już tak długo Supreme Clientele 2?

Ghostface Killah rekrutuje BadBadNotGood i Danny’ego Browna na nowy singiel

ghostface

A co powiecie na to? Jeden z najlepszych, a bez wątpienia najbardziej elokwentnych współczesnych raperów łączy siły z kanadyjskim triem nu-jazzowym BadBadNotGood (zwykle pisanym CAPSAMI, ale ja nie KANYE, ani tym bardziej KIMYE) i siłą napędową zeszłorocznego freak-hopu w postaci Danny’ego Browna — i wspólnie z nimi zapowiada nowy singiel. A w zasadzie nie tylko zapowiada, ale i prezentuje, bo „Six Degrees” można odsłuchać tu i teraz (chociażby poniżej). Niemniej jednak faktyczna premiera na 10-ciocalowym winylu odbędzie się za niecały miesiąc nakładem wydawnictwa Lex. Na krążku będzie można znaleźć instrumentalny numer „Tone’s Rap” i prawdopodobnie coś jeszcze, bo przecież na dziesięciu calach można zmieścić mnóstwo dźwięków. Jest dobrze.

Recenzja: BadBadNotGood III

BadBadNotGood

III (2014)

Innovative Leisure


Niezależnie od tego czy gra się wolne improwizacje, czy przeprogramowuje się na język jazzu rapowe przeboje, czy ma się 75, czy 20 lat — w jazzie ponad wszystko liczy się ekspresja. Natchnienie i życie powinny tętnić w każdym pojedynczym dźwięku, by eksplodować w zachodzącej między muzykami synergii. O to chodzi w jazzie.

Tymczasem na swojej trzeciej płycie młodzi muzycy z Toronto jakby powoli zaczęli się wycofywać z realizacji freakowych nu-jazzowych pomysłów, które przecież na tym krążku dopiero miały się objawić w pełnej krasie. III wypełnia solidna, ale przytłaczająco zachowawcza fuzja jazzu i downtempo na hip-hopowych bitach. BBNG tym razem postawili wyłącznie na autorskie kompozycje, które, warto dodać, w większości przypadków oparte są na niejazzowych wzorcach kompozycyjnych, gdzie zwrotki przeplatają się z refrenami. Temu zresztą nie można się dziwić, bo trio od samego początku reprezentowało zupełnie inne podejście, niż wymagałyby od nich tego akademickie standardy, co było i nadal jest ich największym kapitałem. Jeśli ktoś ma naprawdę wprowadzić jazz w XXI wiek, tzn. zainteresować nim pokolenie uzależnionych od aplikacji w swoich iPhone’ach nastolatków, to właśnie BadBadNotGood.

III jest płytą niesamowicie frapującą, bo z jednej strony nie da się odsądzić chłopaków od kunsztu, wrażliwości czy prawdziwie jazzowego zacięcia, a z drugiej krążek zdają się wypełniać jazzowe hiciorki — nie piosenki, a numery, które ze swoją młodzieżową rytmiką i strukturą mogłyby bez przeszkód wypełnić playlisty bardziej liberalnych stacji radiowych dla młodych. Tylko posłuchajcie pędzącego przez stylistyczne zakręty, nieprzyzwoicie przebojowego „Since You Asked Kindly” czy następującego po nim dudniącego, wręcz trapowego, a przy tym awangardowo połamanego „CS60”. To wcale nie zaskakujące, ale jednak wciąż zupełnie nietuzinkowe w jazzowym świecie, podejście do materiału na III zostaje jednak skonfrontowane z odczuwalną (a obecną już w jakimś stopniu na poprzednich płytach grupy) dozą dystansu rozumianego jako kurczowe trzymanie się ścisłej determinacji programowej wykonywanej muzyki. I właśnie z uwagi na to jakże istotne zahamowanie w ekspresji, pomimo oczywistych atutów, nie ma ani rewelacji, ani rewolucji.

Nowe video: BADBADNOTGOOD „Can’t Leave The Night”

BadBadNotGood_CantLeaveTheNight_450x300

Cynizm i obnażanie głupoty wytykanie błędów zastanemu systemowi zarezerwowane są dla jeszcze niezepsutych młodzieńców z jasno wytyczonym celem i sposobem jego realizacji. Bed bojów. W dobie tematyzacji wszystkich możliwych zachowań i reakcji teledysk chłopaków z BADBADNOTGOOD (mający stanowić manifest? deklarację? wyśmianie machin rządzących promocją medialną?) nie przypomina jednak niczego więcej jak paradokumentu zrealizowanego na potrzeby VICE’a. Takie czasy. Oldschool i nagrywanie teledysku kamerą VHS to tylko wpisanie się do pewnego, coraz bardziej eksploatowanego nurtu.
No, ale kawałek kawałek chłopaki zrobili kozacki. Znajdzie się on na płycie III mającej się ukazać 6 maja.

Nowy utwór: BadBadNotGood „Can’t Leave the Night”

bbng

Pewnie już wiecie, że jedna z naszych ulubionych nu-jazzowych ekip, BadBadNotGood, zapowiedziała na 6 maja premierę swojego trzeciego studyjnego krążka zatytułowanego po prostu III. Album ukaże się nakładem tej samej oficyny, która dwa tygodnie temu wypuściła nowy album Nicka Waterhouse’a, czyli Innovative Leisure, a na potwierdzenie daty premiery, grupa już wypuściła do sieci swój nowy singiel „Can’t Leave the Night”, dość zachowawczy i kompromisowy, ale w gruncie rzeczy całkiem udany. W skład itunesowego singla wchodzi jeszcze b-side „Sustain”.