Recenzja: BadBadNotGood IV

Data: 12 lipca 2016 Autor: Komentarzy:

BadBadNotGood

IV (2016)

Innovative Leisure

Niewielu artystów tak zgrabnie definiuje współczesne poczucie estetyki muzycznej jak BadBadNotGood — definiuje nie w znaczeniu torowania ścieżek rozwoju, ale gustownego spajania piękna płynącego z poszczególnych elementów. Nimi właśnie formacja tak zręcznie tasuje w swojej twórczości. Kanadyjczycy już na samym starcie zaczarowali słuchaczy osobliwą selekcją coverów utopionych w jazzie i hip-hopowym feelingu. Po dwóch krążkach opartych w dużej mierze na formule reinterpretacji utworów takich artystów jak J Dilla, Odd Future, My Bloody Valentine, Digital Mystikz czy James Blake, trzeci krążek kwartetu zawierał wyłącznie oryginalne kompozycje. Ten świadomy krok zaowocował najbardziej kreatywnym albumem w dorobku grupy i logicznie następującym zwiastunem rozwoju. Ubiegłoroczna kolaboracja z Ghostface’m Sour Soul ugruntowała niewyczerpany potencjał hip-hopowej wyobraźni muzyków i ponownie odkryte zasoby niewiarygodnych możliwości fuzji rapu i jazzu. Ale to najnowsza pozycja w katalogu BBNG IV jest prawdopodobnie ich najlepszym i zdecydowanie najbardziej dojrzałym wydawnictwem.

Progres określa nie tylko ewolucja brzmienia, ale także wartość jakości współpracy muzyków. Zgranie bandu z Toronto jest znakomite. Jednocześnie tryskające oni spontanicznością i elektryzującą improwizacją. Słychać to przede wszystkim w najbardziej przepastnym numerze tytułowym i zamykającym całość „Cashmere”, gdzie artyści z niepowtarzalnym wyczuciem i wdziękiem ciągną w nieskończoność bardzo wymagający i porywający groove pełen delikatnych smaczków i dynamicznych progresji. Bardziej współczesne kompozycje wykorzystujące elektronikę pokroju „And That, Too.” z wyjątkowo przestrzennym delay’em perkusyjnym czy współpracy z Kaytranadą w „Lavender” — zbudowanej na świdrującej, mrocznej, funkowej linii basu sprawdzają się równie wybornie, dodając kolorytu do wielowarstwowego brzmienia zespołu.

Jednymi z najjaśniejszych punktów projektu są utwory z gościnnym udziałem wokalistów. „Times Moves Slow” ze stonowanym, poruszającym Samem Herringiem to soulowy emocjonalny piorun, fantastycznie godzący klasyczną formułę i nowoczesne standardy. Mick Jenkins w „Hyssop of Love” hipnotyzuje swoim wykonaniem niemalże równie imponująco co Kendrick Lamar w drugiej pozycji z tegorocznego materiału Untitled. Unmastered., kolektywnie z gospodarzami wpisując się w renesans kreatywnych połączeń jazzu i hip-hopu. Najbardziej zmysłowe podsumowanie pojawia się jednak w przedostatnim numerze — „In Your Eyes” z Charlotte Day Wilson — kojącym gitarowymi tknięciami i przytulną szorstkością. Szalona kontynuacja „Confessions” z poprzedniej płyty z saksofonistą Colinem Stetsonem i bardzo zaskakujące, pełne świadomie ukrytego vibe’u „Structure No. 4” dopełniają obrazu najlepiej zrealizowanego i najbardziej odkrywczego albumu BadBadNotGood.

Komentarze

komentarzy