Recenzja: Gucci Mane „Mr. Davis”

Data: 9 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Gucci Mane

Mr. Davis (2017)

GUWOP / 1017 / Atlantic

8 lat temu miała miejsce premiera płyty The State vs. Radric Davis. Chociaż niewiele osób o tym pamięta, zarówno media muzyczne, jak i słuchacze wróżyli Gucciemu platynę w pierwszym tygodniu. Tak, założyciel 1017 Brick Squadu wydawał się wtedy najgorętszym nazwiskiem w grze. Po upływie niemal dekady pełnej wzlotów i upadków, Gucci Mane zapragnął skapitalizować całą popularność i szum, które zaskarbił sobie od czasu odzyskania wolności, aby powrócić na top, nie tylko ulic i klubów ze striptizem, ale także mainstreamu. O ile lata temu przyszło mu to bardzo naturalnie, o tyle teraz wymagało to pewnego wysiłku. Jak zatem prezentuje się jedenasty już album (nie wspominając o dziesiątkach mixtape’ów) w karierze rapera?

Wszelkie nadzieje fanów dotyczące tego projektu miały jeden wspólny mianownik: chęć usłyszenia swoistej autobiografii artysty, którego życie zdaje się być idealnym scenariuszem na film. Taki ton nadaje otwierające płytę “Work in Progress”, wyprodukowane przez Murdę Beatza („Murda on the beats so it’s not nice!”). Mroczny i klimatyczny podkład przypomina swoim brzmieniem trapową pozytywkę, stanowiąc idealne tło dla nostalgicznych linijek Gucciego. Raper otwarcie opowiada o swojej rodzinie, kolegach z branży, którzy odeszli i o trudnej młodości. Nie brak tu uszczypliwości w stylu: “I had an artist that I treated like my own son / Gave him the shirt off my back and my own gun”, które nawiązują do wciąż świeżych konfliktów w karierze autora. Kolejne “Back On” to powrót do sprawdzonej formuły Gucci & Zaytoven, dzięki czemu kawałek tak bardzo przypomina takie perełki jak “Bricks” czy “Pillz”. Zwrotów ku utartym schematom jest jednak więcej — “I Get The Bag” z gościnnym udziałem Migos to w pewnym sensie kopia “Slippery” z ostatniego krążka tria z Atlanty — podczas gdy “Tone it Down” to po prostu radio-friendly singiel, oparty na piszczałkach z (i tak już przeciętnego) “Portland” Drake’a.

Na Mr. Davis naprawdę udane i angażujące numery giną w natłoku “średniawek” brzmiących jak muzyczne kompromisy. Zarówno “Enormous” z Ty Dolla $ignem, jak i “Curve” z The Weekndem ukazują pewną naiwność, która kazała Gucciemu wierzyć, że śpiewany refren wystarczy do zrobienia hitu. Przesyt gości jest niestety widoczny na każdym kroku. Fatalny występ Big Seana na pokracznym “Changed” pełen jest linijek pokroju “And now I’m not a pet, I’m a vet, bitch please”, a A$AP Rocky na “Jumped Out The Whip” brzmi jeszcze bardziej apatycznie niż na Cozy Tapes Vol. 2: Too Cozy. Nic jednak nie przebije “Money Make Ya Handsome”, które z pewnością jest najsłabszym utworem na całym albumie. Ten muzyczny eksperyment zdaje się podążać szlakiem wytyczonym przez “Nothin On Ya” z Trap God 2, jednak nadmiar zawodzenia i monotonnej litanii w auto-tune wywołuje jedynie śmiech i swoistą konfuzję.

Z drugiej strony, na albumie znajdziemy bangery pokroju “Stunting Ain’t Nuthin” na mocarnym bicie Mike Will Made It i z doskonałymi gościnnymi występami Swae Lee i Young Dolpha, którzy zjedli ten utwór. Podobnie sytuacja ma się z “Lil Story”, w którym Gucci Mane i Schoolboy Q wymieniają linijki na morderczym podkładzie Southside’a. Nie zawiódł również Honorable C.N.O.T.E., producent bardzo solidnego “Members Only”, będącego jednym z najlepszych solowych momentów Gucciego na Mr. Davis. Nie brak tu klasycznego blichtru i splendoru: “My car was shipped from Germany / My clothes was shipped from Italy / Niggas envious they ridiculed and belittled me / I was too generous, now I have no sympathy”. Poważne i osobiste akcenty pojawiają się znowu na zamykających płytę “Miss My Woe” ku pamięci Shawty’ego Lo, Slima Dunkina i Bankrolla Fresha, oraz “Made It Outro” wieńczącym nie tylko album, lecz pewien etap w życiu Gucciego.

Mr. Davis to ostateczny dowód na to, że Gucci Mane nie będzie nigdy w pełni mainstreamowym raperem. Próba stworzenia bardziej przyjaznego szerszemu gronu słuchaczy albumu skutkuje bezbarwnym, powielonym i nudnym brzmieniem, które nijak nie oddaje prawdziwego charakteru artysty. Ten przebija się w poszczególnych utworach, będąc jednak mniejszością wobec natłoku wymuszonych pseudohitów, które nie zadowolą ani dotychczasowych miłośników twórczości Gucciego, ani nowych fanów.

Adrian

Komentarze

komentarzy