Recenzja: Big K.R.I.T. 4eva Is a Mighty Long Time

Data: 13 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Big K.R.I.T.

4eva Is a Mighty Long Time (2017)

Multi Alumni / BMG

Samozwańczy król południa powrócił. Trzyletnią przerwę od ostatniego oficjalnego wydawnictwa wynagrodził nam wolnym od logo Def Jamu ambitnym 4eva Is a Mighty Long Time. Podzielony na dwa krążki (zakładając, że wciąż słuchamy muzyki na CD) projekt bardziej dosłownie niż kiedykolwiek przypomina nam o odwiecznie bijącej z twórczości rapera dychotomii — równowagi między Big K.R.I.T.em – Graczem a Big K.R.I.T.em – Poetą.

Prawdopodobnie zgodnie z zamierzeniem autora, pierwszy album zdominowany został przez Gracza – tego od dynamicznym bangerów, wyrazistego flow z podniesionym głosem, odmieniania hasła „król południa” przez wszystkie przypadki. Jest tu kolejny odcinek sagi o subwooferze, jest i cała plejada gości grających na strunach naszego sentymentu do starego dobrego dirty southu. Wszystko jest dosyć przewidywalne, zachowawcze, jakby z generatora tracków w oparciu o bazę utworów z poprzednich płyt Krizzle’a. Brak wyrazu pogłębiony bywa przez niesmak, jaki wywołuje dosyć nieudolny hołd dla Cash Money Records — i to pomimo zaangażowania samego Manniego Fresha. Gorsze wpadki osładza nam za to „Get Up 2 Come Down” z Cee Lo i Sleepym Brownem — nawet Big Boi nie potrafił na swoim ostatnim krążku z taką lekkością nawiązać do własnej, starej szkoły Dungeon Family. Aha, drogi autorze płyty, nikt wcale nie tęskni za głupawymi skitami umieszczanymi dawniej hurtowo na albumach.

Odpalając w odtwarzaczu drugą płytkę (nadal zakładając, że słuchamy muzyki na CD) możecie odetchnąć z ulgą, bo wszystko najgorsze już za nami. Czas na Poetę. Drugie CD już na etapie potężnego soulowego intra wkupuje się w moje nadzieje o jakimkolwiek artystycznym rozwoju rapera. Chociaż nie jest to rozwój porównywalny z tym, jakiego z albumu na album dokonują Danny Brown, Vince Staples albo Tyler, the Creator, dałem się kilka razy zaskoczyć. Numery z udziałem gościnnie występujących wokalistek to już nie typowe rapowe kawałki ze śpiewanym refrenem, a świadomie pisane gatunkowe crossovery, wrażliwością wskazujące na soul/r&b. Natchnione, gospelowe „Keep the Devil Off” buja o dziwo lepiej niż cokolwiek z pierwszego krążka. Bogate instrumentarium „Miss Georgia Fornia” nastraja nas na minimalizm następującego po nim „Everlasting”, a „The Light” to trochę spóźniony, ale podświadomie potrzebny nam bonusowy rozdział To Pimp a Butterfly Kendricka.

Talent Big K.R.I.T.a do bycia jednoosobowym OutKastem nie zdał się na wiele, gdy przyszło mu nagrać swoje własne Speakerboxxx/The Love Below. Elektryzujący nas na płytach Andre i Big Boia efekt „The Player & The Poet” polegał na tym, że nigdy nie byliśmy w stu procentach pewni który z nich był którym w tej analogii. Krizzle w dosyć łopatologiczny sposób obdziera nas z tej niepewności i mimo wszystko zachęca bardziej do polubienia jednego ze swych obliczy. Gdyby płyty te były sprzedawane oddzielnie, nie miałbym cienia wątpliwości, na którą wydać pieniądze i postawić na półce. Zakładając, że wciąż słuchamy muzyki na CD.

Komentarze

komentarzy