Recenzja: N.E.R.D No_One Ever Really Dies

Data: 19 grudnia 2017 Autor: Komentarzy:

N.E.R.D

No_One Ever Really Dies (2017)

Każda nacja dźwiga swój krzyż i mimo różnorodnych problemów, na pewno jesteśmy w stanie utożsamić się z niesprawiedliwością i nadużyciem. Nie możemy zasłaniać się stwierdzeniem, że artyści powinni dostarczać nam jedynie rozrywki zamiast rozprawiać o tematach, o których nie mają bladego pojęcia. Muzyka jest formą sztuki, a cenzurując sztukę, zacieśniamy stryczek na wolności słowa. Przy recenzji tej płyty czuję, że ważne jest podkreślenie powyższych — głównie po to, by słuchacze nie odczuwali tylko przyjemności płynącej z dźwięków, ale także mieli świadomość kontekstu społecznego, w jakim powstały. Pod zgrabną metaforą kryją się dużo głębsze i niepokojące treści. Nieprzypadkowo pierwszy kawałek z płyty, „Lemon”, rozpoczyna zdanie „The truth will set you free, but first, it will piss you off”. I podejrzewam, że ten album może wkurzyć wielu.

Po siedmioletniej przerwie w nagrywaniu wspólnych płyt, Pharrell Williams, Chad Hugo oraz Shay Haley niespodziewanie zrzucili bombę w postaci „Lemon” oraz informacji o nowym projekcie. Środowisko muzyczne, jak i fani zastanawiali się, w jakim kierunku artystycznym grupa ma zamiar podążać. Bądźmy szczerzy — po swoich solowych dokonaniach Pharrell mógł równie dobrze odcinać kupony i tworzyć na własną rękę, ale najwyraźniej coś sprawiło, że chłopaki wciąż chcą ze sobą nagrywać, mimo że, jak przyznali w wywiadzie udzielonym The Guardian, ich ostatni krążek Nothing powstawał w bólach i pod presją wytwórni oczekującej uptempowych kawałków, kompletnie rozmijających się z ambicjami tria. Rozpoczynająca nową płytę kolaboracja z Rihanną była pierwszym singlem promującym wydawnictwo. Szybkie tempo, syntezatory, powtarzalny hook, Pharrell nawijający pod zsamplowany męski wokal. Ten utwór brzmi jak świeżo podpalony dynamit i gdy wydaje się, że za chwilę wybuchnie, rytm zwalnia, wkracza rapująca Rihanna, a bit staje się bardziej jednostajny, bujający, wręcz hipnotyczny i trwa tak do końca.

„Deep Down Body Thrust” — utwór numer dwa — prezentuje styl starych dobrych N.E.R.D-ów i z powodzeniem mógłby być b-side’em z Seeing Sounds. Pierwsze takty budzą mgliste skojarzenia z solowym dorobkiem Williamsa za sprawą pianina i spokojnie wzrastającej miarowości, jednak wszystko zmienia się z gitarową wstawką przypominającą o brzmieniowych korzeniach grupy, gwarantującą jednocześnie wzrost poziomu BPM-ów. „Deep Down Body Thrust” to też pierwszy z dwóch tracków na albumie, w których Pharrell porusza temat imigracji, a konkretniej — budowy muru, śpiewając „Man, fuck what you say, we’re gonna climb your wall”. Nie trudno domyślić się, do kogo kierowane było owe zdanie, dodatkowo rozwinięte przez frazy: „You’re not the Milky-way, or the center star. It doesn’t matter what you win, if inside you’re lost”.

W kolejnej pozycji, „Voilà”, gościnnie pojawiają się Gucci Mane oraz Wale. Trzeba przyznać, że całkiem intrygujące połączenie jak na jeden track. Diabeł tkwi w szczegółach — jeden kawałek, a jednak nieformalnie podzielony na dwie części. Na płycie co chwila spotykamy się z przykładami szkatułkowej budowy utworów, gdzie jedna piosenka zawiera w sobie inną. W tym przypadku strona z Mane’em przepełniona jest syntezatorami, robotycznym wokalem Pharrella, a w tle słychać chwytliwy gitarowy riff oraz cykające basy. Około ostatniej minuty utworu następuje flip brzmienia. Następuje zejście z tempa, a wchodzą dźwięki rodem z Karaibów i właśnie taka aranżacja towarzyszy zwrotce Wale’a. „1000”, drugi po „Lemon” singiel z krążka, to z kolei kolaboracja z Future’em. Jak najdalej mi do bycia fanką jego auto-tune’owych modyfikacji, jednak przyznaję, że na tym bicie ten charakterystyczny zabieg nie brzmi wcale źle. Wręcz idealnie stapia się z cykającym od syntezatorów cosmic soundem, przeistaczającym się parokrotnie w prawdziwą eksplozję dźwięków. Ze względu na zmienną strukturę numer kończy się przygniatającym bitem i świetnymi basami, ale też nieoczekiwanie urywa, pozostawiając mały niedosyt.

Perłę albumu stanowi natomiast nagrane wraz z Kendrickiem Lamarem i w asyście Franka Oceana „Don’t Don’t Do It”. Kawałek zaczyna się przyjemnie — prawie jak podrasowana melodyjka z windy. Jest miło, pozytywnie, ale wraz z początkiem refrenu mamy przejście w intensywniejsze brzmienie, a takt przyspiesza, co idealnie zgrywa się z tematyką utworu. Pharrell we wspomnianym już wywiadzie dla The Guardian oraz podczas prezentacji albumu na ComplexCon opowiadał o idei stojącej za powstaniem singla. Niejaki Keith Lemont Scott został zastrzelony przez policję na oczach swojej żony, która nagrywała całe zajście telefonem, krzycząc przy tym tytułowe słowa, czyli „don’t do it”. Paradoks kompozycji polega na jej funkowej, tanecznej melodii, nijak mającej się do treści tekstu opowiadającego o nieprzewidywalności policji, która czuje się bezkarnie i nagminnie nadużywa władzy wobec niewinnych ludzi, zwłaszcza ciemnoskórych. W dalszej części Pharrell wymienia wszystkie stany Ameryki, w których doszło do podobnych aktów. Zaproszenie Kendricka na ten track było zatem bardziej niż oczywiste — wątpiących odsyłam do płyty „To Pimp a Butterfly”. Kung Fu Kenny po raz n-ty pokazuje, dlaczego zasługuje na miano czołówki światowego rapu. „Don’t Don’t Do It” jest najważniejszą i najlepszą kompozycją na albumie. To, jakiej tematyki dotyka i w jaki sposób to robi czyni z niej punkt zapalny do dyskusji nad stanem bezpieczeństwa obywateli w Ameryce. Brzmieniowo piosenka jest najbardziej zbliżona do starej szkoły N.E.R.D-owskiej stylistyki, co sprawia, że to niewątpliwy highlight albumu.

Owocem dźwiękowych eksperymentów i poniekąd elementem zaskoczenia jest „ESP”. Już od początku mamy poczucie odrębności przez przewijający się sampel brzmiący niczym podkład z azjatyckiej gierki RPG. Klimat numeru jest pokręcony i warstwowy. Dostajemy inny początek, inny środek i wyraźnie odróżniającą się końcówkę. „ESP” stanowi przykład dynamiki kompozycji zawartych na longplayu, jak również obnaża eksplorację brzmienia grupy. Jest to też jeden z dłuższych utworów na płycie. Pharrell, nieco pastorskim tonem, do spółki z Shayem przekazują nam swoje przemyślenia dotyczące dzisiejszego społeczeństwa: „You got a great big mind, but you ain’t gonna use it. We got this energy, but you ain’t gonna use it” czy „You got such good taste, but you ain’t tryna use it. Other side to your brain, but you ain’t tryna to use it”.

Tego typu moralizatorski przekaz obecny jest również w „Lighting Fire Magic Prayer”. Co ciekawe wokal Pharrella w tym utworze jest podbijany przez śpiew jego córki i na tej zapętlonej literze G opiera się większy szkielet kawałka, a jest on doprawdy imponujący. Numer podzielono na dwie części, które równie dobrze można by uznać za dwa różne kawałki, gdzie zgodnie z tytułem, pierwszy to Lighting Fire, a drugi – Magic Prayer. Akt pierwszy wita nas żeńskim, mantrycznym wokalem do harmonii z głosem Williamsa. Jest nieprzewidywalnie. Mamy flirt z elektroniką, co zresztą cechuje cały album. W tekście nieprzypadkowo użyto metafory żywiołów, choćby ze względu na światło i ogień oraz wodny sampel pojawiający się w drugiej połowie. Artysta zapytuje: „Where do I begin?”, bo trudno jest wytłumaczyć, a co dopiero zrozumieć nasze powiązania we wszechświecie — „It’s a mystical experience party”. W drugiej połowie rytm zwalnia, słyszymy wspomniany już wodny sampel, a w pewnym momencie — genialny instrumental, tylko bas i wokal na repeacie. Pharrell używa w tekście sprytnej paraboli: „Playing fish doesn’t know that it’s wet, once it swims, it starts drinking, it forgets”, co kontynuuje słowami: „Know the fish bowl is your technology. No direction sailing, everybody follow me”. Williams genialnie podsumowuje kondycję dzisiejszego społeczeństwa. Jesteśmy jak ryby, które nie widzą oczywistych zjawisk, a naszym życiodajnym akwarium jest technologia, którą oddychamy, a która jednocześnie nas ogłupia. Zamiast poszukiwania odpowiedzi na pytania o cel i pochodzenie ludzkości, staliśmy się marionetkami w czyichś rękach. „Everybody’s in a trance, because the brainwash is in high tide. Something in the water, you can tell when they dance”.

Chłopaki mają świetnego nosa do featuringów, doskonale zdając sobie sprawę, kto najlepiej odnajdzie się w danej tematyce. I tak oto M.I.A. gościnnie udziela się w utworze, który dotyka tematyki imigracji i podziałów rasowych. Kompozycja brzmieniowo przepoczwarza się, przyspiesza, zwalnia, ale tylko po to, by znów narzucić żywsze tempo, a w efekcie kończy się ciekawym, etnicznym samplem — tym samym, który słyszeliśmy na początku kompozycji. Istna karuzela. Zakończeniem zjednoczonej imprezy jest kompozycja stworzona wraz z Edem Sheeranem, czyli „Lifting You”. Moje pierwsze wrażenie — to, że brzmi jakby została nagrana po psychodelicznej wyprawie do ojczyzny Boba Marleya. Ta dwójka, która ma łeb do radiowych hitów, mogła, parafrazując klasyka, zrobić coś dobrego lub zrobić coś złego. Przez większość utworu mamy dźwiękowego tripa. Nie wiem, na ile kawałek o paleniu miał być podsumowaniem całej idei zawartej na albumie. Można by pochylić się nad interpretacją, że mimo całego tego zła i syfu na świecie, zawsze możemy usiąść z blantem i po prostu wychillować, nie przejmując się krytykami czy złośliwymi, ale to chyba byłoby nieco zbyt powierzchowne.

W trakcie odsłuchu zadałam sobie pytanie, jak No_One Ever Really Dies plasuje się w całej dyskografii zespołu. Jak ta postrzelona fuzja rapu, funku, soulu i elektroniki wypada na tle ich debiutu i kolejnych wydawnictw? Bez wątpienia to najbardziej zaangażowana i najambitniejsza płyta w ich dorobku. Przy całym miszmaszu dźwięków udaje im się przechwycić ważne, palące treści. Problemy imigracji, morderstw na ulicach, brutalności policji, kwestii rasowych — cały ten wachlarz tematyczny jest podany na syntezatorach, basach i gitarach. Zapewne na wielu imprezach w Stanach dzieciaki wszystkich ras będą wraz z Pharrellem krzyczeć „Don’t Don’t Do It!”, ale warto zadać sobie pytanie, czy w dzisiejszych czasach napędzana muzyką rewolucja jest w ogóle możliwa? Kudos dla chłopaków za znakomity powrót roku, czapki z głów za aranżacje i dobór gości oraz za przemyślane teksty. Jak natomiast projekt sprawdzi się w roli, którą zapewne upatrzył dla niego Pharrell? Czas pokaże.

<align=”center”>

Komentarze

komentarzy