Recenzja: Migos Culture II

Data: 5 lutego 2018 Autor: Komentarzy:

Migos

Culture II (2017)

Quality Control / Motown / Capitol

Migos to skład, którego dziś nie trzeba już nikomu przedstawiać. Quavo, Offset i TakeOff podbili scenę swoim bezpardonowym podejściem, ambicją pobicia Beatlesów w wyścigu o tytuł zespołu wszechczasów i formułą, która w swoich założeniach jest bardzo prosta, żeby nie powiedzieć prostacka — jednak na tyle przykryta blichtrem i przerostem formy nad treścią, że wciąż każe ludziom grawitować w stronę tego swoistego orientu z serca Atlanty. Pęd, w który wpadli już kilka lat temu na viralowym “Versace” doprowadził ich do statusu megagwiazd, bez rezygnacji z własnego brzmienia — trafnie podsumowuje to Meaghan Garvey w swojej recenzji dla Pitchfork — „Migos zinfiltrowali mainstream, nie stając się popem, zamiast tego pop stał się taki, jak Migos”. Culture II to kontynuacja, a raczej przedłużenie zeszłorocznego sukcesu. W żadnym wypadku nie jest próbą pozostania na szczycie, lecz kapitalizacją sensacji. W końcu nad żadnym numerem raperzy nie spędzili dłużej niż 45 minut! Czy skrzydła wrodzonego mass appealu mogą unieść tę niechlujność?

Culture II jest tak długie (1 h 45 min!), że wnikliwa recenzja musiałaby przybrać rozmiary daleko odbiegające od tego, co w przypadku długości tekstów jest akceptowalne w Internecie. Powodem tego nie jest oczywiście potrzeba obszernej ekspresji, a mechanizmy stojące za streamingiem i listami sprzedaży, takie widmo czasów, w których żyjemy. Ujmując esencję albumu, mamy do czynienia z brzmieniem podobnym nie tyle do Culture, a raczej Huncho Jack, Jack Huncho. Nie wyklucza to prób odtworzenia hitowego formatu (“Walk It Talk It”, “MotorSport”), lecz rdzeniem są tu ciągle łudząco podobne do siebie trapowe kompozycje. W ich rozróżnieniu nie pomagają refreny Quavo, który zdaje się nie być w stanie udźwignąć korony króla refrenów. Na próżno szukać więc jakości pokroju “Congratulation” czy “Good Drank”, relatywną nowością są jednak współdzielone refreny takie jak w “Too Much Jewelry” czy “Gang Gang”. Rekompensata czeka na nas w zwrotkach. TakeOff na znaczącej większości numerów brzmi, jakby próbował udowodnić, że naprawdę nie opuścił “Bad and Boujee”. „Reggie Miller, shoot ’em, bill up, say ‚Phillipe’ while you say, ‚Philip’ Double cup, codeine killer, Houston Texas, know who trilla?” w solidnym “BBO” to prawdziwa perełka, w dodatku tuż obok bardzo udanego występu 21 Savage. Offset z kolei wznosi się na wyżyny swojego flow, dając odbiorcy takie techniczne popisy jak „Icy Patek, check, yeah, boogers, they sit on my neck (ice) I don’t regret shit, yeah, I’m paid and I don’t got a debt (hah)” w wyróżniającym się na tle całej dyskografii zespołu “Stir Fly” (ten bit Pharrella ma ponad 10 lat!).

Narkotycznie monotonną warstwę płyty przebijają co odważniejsze podejścia. “Too Playa” (obok “Narcos” najlepszy podkład autorstwa Dj-a Durela) kusi klimatycznym instrumentalizowanym podłożem, “Made Men”, trapowy następca “Good Life” Kanye’go Westa, przynosi niespotykany dotąd w twórczości zespołu optymizm, a wspomniane już “Stir Fly” udowadnia, że lepsza połowa The Neptunes potrafi tchnąć życie we wszystko co ma ręce i rapuje. To jednak stanowczo za mało, żeby powiedzieć, że nagrywaniu Culture II towarzyszyła jakaś sprecyzowana wizja. Pomysłów zabrakło również przy doborze gości, bo spokojnie można byłoby obejść się bez tzw. klasycznej zwrotki gościnnej Drake’a, Post Malone’a, próbującego być Post Malonem jeszcze bardziej, czy śmiertelnie poważnego Big Seana, przed którym jeszcze długa droga, zanim zrozumie, że Migos to trio, a nie kwartet. To, co również słychać na płycie, to poszukiwanie odpowiedników utworów z poprzednich dokonań składu. I tak “Open It Up” jest klonem 1:1 bardziej udanego “Deadz”, zresztą oba numery wyprodukował Cardo, a “Crown the Kings” w warstwie tematycznej zdaje się podążać szlakiem wytyczonym przez “Spray the Champagne”. Tym, dla których Migos są odkryciem 2017 r., może wydawać się to świeże czy rewolucyjne, cała reszta natomiast musi przygotować się na małe déjà vu.

Czy jest coś gorszego niż przereklamowanie do tego stopnia, że brak motywacji i etyki pracy urasta do miana geniuszu? Nie wszystko, czego dotkną Migos staje się złotem. Potrzeba czasu, żeby dostrzec, jak splendor i blask śniedzieją przez brak jakości. Culture II nie jest tak dobre jak Culture, jednak żeby uniknąć bezsensownych porównań, trzeba uczciwie przyznać, że nawet Culture było znaczącym obniżeniem lotów w stosunku do Rich Nigga Timeline, Young Rich Niggas czy No Label II. Nie oznacza to, że na nowej płycie nie znajdziemy tego, co w tym przebojowym trio lubimy najbardziej. Ba, przy kolejnych odsłuchach album bardziej zyskuje, niż traci. Gdyby odjąć połowę utworów, moglibyśmy mówić o naprawdę solidnym materiale. No właśnie, gdyby.

Komentarze

komentarzy