Recenzja: Black Milk Fever

Data: 11 kwietnia 2018 Autor: Komentarzy:

Black Milk

Fever (2018)

Mass Appeal Records

Black Milk to gość cechujący się niezwykłą wszechstronnością. I chociaż ochrzczony został przez wielu na spadkobiercę brzmienia spod znaku Slum Village, to sam niejednokrotnie udowodnił, że stać go na podążanie własną drogą — od eksperymentów na Tronic po występy w towarzystwie live bandu. Na ostatnich dwóch albumach stawiał na trochę mroczniejsze klimaty. Fever miało być zwrotem w przeciwnym kierunku.

Od premiery If There’s a Hell Below minęły cztery lata. Nie był to jednak okres ciszy dla Black Milka, bo w tym czasie ukazały się dwie instrumentalne epki stworzone we współpracy z zespołem Nat Turner – The Rebellion SessionsSunday Outtakes. Wsłuchując się w Fever od razu widać, że były one punktem wyjścia przy pracy nad brzmieniem, bo sam proces tworzenia wyglądał mniej więcej podobnie.

Curtis zaprosił do współpracy muzyków sesyjnych, a później, korzystając z nagrań zarejestrowanych podczas sesji, skomponował beaty. Efekt? Siódmy studyjny album Milka to najbardziej różnorodna, a jednocześnie spójna pozycja w jego dyskografii. Zamiast klasycznych hip-hopowych podkładów dostajemy w zasadzie wycieczkę po rozmaitych gatunkach. By nadać tonowi krążka bardziej beztroski charakter, raper postanowił wrócić do korzeni — jest więc sporo inspiracji reggae, funkiem, soulem i jazzem.

Jeden z pierwszych kawałków “But I Can Be” otwierają słowa: „… trynna paint a profound picture, holding a brush, won’t put it down till I’ll put the right colours inside your soundsystem”. Wers wydawałoby się nienadzwyczajny, jednak w kontekście Fever można uznać go za dość znaczący. Wszystko przez wspomniany wcześniej nastrój płyty. O ile If There’s a Hell BelowNo Poison, No Paradise były mroczne i dotykały trudnych tematów z osobistej perspektywy, tak Fever jest barwne i porusza bardziej ogólne zjawiska. Nie oznacza to jednak, że jest to album łatwy i w całości lekki. Tytułowa gorączka to punkt krytyczny, w którym znajduje się dzisiejszy świat. Black Milk celnie punktuje bolączki takie, jak funkcjonowanie w epoce social mediów w „Laugh Now, Cry Later” czy brutalność policji w „Drown”. Autor odnosi się do aktualnych problemów, zahaczając od czasu do czasu nawet o moralizatorski ton. Jednak pomimo tego, wydawałoby się, wymagającego konceptu, Milk stara się utrzymać równowagę na przestrzeni całego albumu. Jeśli nie robi tego przy pomocy beatów, to co jakiś czas wplata w swoje wersy podnoszące na duchu linijki, jak chociażby w zakończeniu, czyli „You Like to Risk It All/Things Will Never Be”.

Bez wahania można stwierdzić, że Black Milk to przede wszystkim producent, jednak na Fever pokazuje się całkiem nieźle także ze strony rapowej. Nie ma eksperymentów z flow, szalonych zwrotek wywołujących palpitacje serca — jest raczej solidnie i z klasą. Pod uwagę trzeba wziąć również to, że gospodarz udźwignął album w zasadzie samodzielnie, bo jedynie w refrenach pomagają Dwele, Suide i Ab.

Myśląc o Fever, moim pierwszym skojarzeniem jest kontrast. To album lekki pod względem brzmienia, a jednocześnie dotykający niełatwych motywów. Black Milk próbuje zarówno rozbawić, jak i skłonić słuchaczy do zastanowienia. Biorąc pod uwagę inne pozycje z jego dyskografii, Fever stanowi chyba najbardziej przystępne dzieło dla szerokiej publiczności. I choć raczej nie będzie mieć to przełożenia na wzrost popularności Milka bądź sprzedaż samej płyty, dla gospodarza z pewnością zaczyna się nowy rozdział w trwającej grubo ponad dekadę karierze.

Komentarze

komentarzy