Recenzja: Pusha T Daytona

Data: 18 czerwca 2018 Autor: Komentarzy:

Pusha T

Daytona (2018)

G.O.O.D. Music

Pusha T klasyki na swoim koncie już ma. Mowa oczywiście o albumach wydanych pod szyldem Clipse. I chociaż od prawie 20 lat mieści się on w ścisłej rapowej czołówce, to wielu fanom brakowało jeszcze jednego elementu, który dopełniłby legendy nowojorczyka. Dotychczasowym solówkom rapera nie sposób odmówić wartości, żadna z nich jednak nie okazała się materiałem w pełni ukazującym jego talent.

Przed premierą Daytony obawiałem się dwóch rzeczy: tego, że zapowiedziane przez Westa albumy ostatecznie nie ujrzą światła dziennego, a cała akcja to jedynie kolejny sposób na zwrócenie na siebie uwagi oraz tego, że krążek Pushy to jedynie rozgrzewka przed kolejnymi wydawnictwami G.O.O.D. Music, przez co bardzo szybko przepadnie w natłoku nadchodzących premier. Na szczęście albumy ukazują się zgodnie z planem, a Push sam zadbał o to, by o Daytonie mówili wszyscy.

Do formy samego gospodarza nie żywiłem raczej żadnych obaw. Pusha T nie zamierza tracić czasu i zaczyna rapować już od pierwszej sekundy. Raper porusza się po bitach z niesamowitą swobodą, co chwilę dostarczając błyskotliwe linijki. A o czym nawija? Oczywiście, pojawiają się liczne odniesienia do dilerki („This is for my bodybuildin’ clients movin’ weight, Just add water, stir it like a shake”), przytyki w stronę sceny („It’s a nightmare, yeah, I’m too rare amongst all of this pink hair, ooh! „), a czasem nawet zabawniejsze wersy („I’m top five and all of them Dylan”). Mocnym akcentem na zakończenie jest „Infrared”. „The game’s fucked up, Niggas’ beats is bangin’, nigga, ya hooks did it, The lyric pennin’ equal the Trumps winnin’, The bigger question is how the Russians did it, It was written like Nas, but it came from Quentin” — to wersy, które rozpoczęły głośny w ostatnich tygodniach spór rapera z Drake’em. Jest mocno, bezkompromisowo, krótko mówiąc King Push w pełnym majestacie. Goście również wypadają nieźle, Rick Ross odpowiada o ciemnych stronach sukcesu, z kolei Kanye komentuje swoje ostatnie wybryki (choć powtórzenie patentu z „Lift Yourself” może przyprawić o zawał). Warto wyróżnić też występ nowej twarzy w G.O.O.D. Music, czyli 070 Shake.

Już od pierwszych taktów słychać, że główne dowodzenie nad stroną produkcyjną sprawował Ye. West raczej rzadko zawodzi jako producent, ale jego powrót do cięcia sampli uszczęśliwił chyba wszystkich jego fanów. Mocny gitarowy riff z „The Games We Play” przyprawia o ciarki, z kolei „If You Know You Know” czy „Come Back Baby” to stary dobry Kanye w całej okazałości. Panowie nie próbowali się także bawić w wymuszone urozmaicanie materiału. W jednym z ostatnich wywiadów Push stwierdził, że nie jest facetem od refrenów, tak więc na względnie prostych bitach kładzie po prostu kolejne szesnastki. Nie eksperymentuje także ze strukturą żadnego z kawałków, dzięki czemu płyta brzmi bardziej surowo i klasycznie. Zmiana beatu w „Santeria” to bodaj największe aranżacyjne szaleństwo na krążku. To wszystko wpływa oczywiście na długość albumu. I choć niektórzy będą narzekać na to, że 21 minut to mało, skumulowany w tak krótkim czasie materiał pozbawiony jest słabych punktów.

Wszystko wskazuje na to, że taktyka G.O.O.D. Music odnośnie do krótkich, dwudziestominutowych albumów może mieć względnie sporo sensu. Trudno narzekać na to, że artysta zdecydował się wypuścić krótki, ale mocny materiał, niż kolejny godzinny longplay rozwodniony przez przeciętne momenty. Z taką mieszanką borykał się Pusha na poprzednich płytach, dobrze więc, że i tym razem nie popełnił tego błędu. I choć Daytona miała być raczej przystawką przed głównym daniem od Ye, to jak do tej pory chyba najmocniejsza spośród wszystkich premier ostatnich tygodni. Wszystko wskazuje na to, że fani Pushy dostali w końcu album, na który czekali od lat.

Komentarze

komentarzy