Recenzja: Kali Uchis Isolation

Data: 12 lipca 2018 Autor: Komentarzy:

Kali Uchis - Isolation

Kali Uchis

Isolation (2018)

Rinse / Virgin / Universal

Po sukcesie zeszłorocznego singla „Tyrant” i kolejnego hiszpańskojęzycznego utworu „Nuestro planeta”, nawet mocniej akcentującego rytmiką latynoskie korzenie Kali Uchis, wydawało się zupełnie naturalnym, że zapowiadany od pewnego czasu długogrający album piosenkarki będzie jej mocnym wejściem w silnie osadzone w reggaetonie tropikalne R&B. To ten zwrot stylistyczny przydał jej bowiem witalności i wyrazistości, wyróżniając z tłumu wielu podobnych nowosoulowych piosenkarek. Tak się jednak nie stało — po pierwszoligowym refrenie w „See You Again” Tylera, the Creatora i lubianych duetach z Miguelem i Danielem Caesarem wokalistka postanowiła zawrócić i postawiła na smoothsoulową stronę swojej muzyki.

Trudno przy tym nie odnieść wrażenia, że pomysł na wydany ostatecznie w kwietniu pod tytułem Isolation album zmieniał się wielokrotnie — jak gdyby Uchis (w czyichś oczach) potrzebowała tropikalnej przynęty, by zwrócić na siebie uwagę i dopiero wówczas mogła pozwolić sobie, by odpłynąć w wyznaczonym przez samą siebie kierunku. Ta teza znalazłaby zresztą z łatwością odzwierciedlenie w tytule krążka — tytule, który znakomicie oddaje istotę muzyki i scenicznej persony Uchis. Nie chodzi tylko o zaprezentowany na płycie rozmyty, psychodeliczny miks smooth soulu i bossa novy ze szczyptą tropikalnego popu, który musi siłą rzeczy stanowić niewielką wysepkę w oceanie dzisiejszego generycznego R&B. Chodzi też o samą Kali, która swoim sposobem bycia i wokalem równie eterycznym, co niechlujnym w większości swoich piosenek czy teledysków wydaje się nie do końca obecna — tak jakby jej mente dryfowało niezależnie od fizycznej obecności ciała i głosu gdzieś w innym równoległym wymiarze. Sama Uchis zresztą igra w tej kwestii z słuchaczem, teledysk do „Get Up” osadzając w zaświatach. W przypadku tak nonszalancko nakreślonego krążka to zresztą niekoniecznie wada.

Niewątpliwie jednym z największych atutów Uchis jest jej głos — zarówno barwa, jak i sposób w jaki piosenkarka nim operuje, sprawiają, że trudno pomylić ją z kimkolwiek innym. W połączeniu z harmonijnymi, nieco oldschoolowymi soulowymi aranżami dominującymi na Isolation Uchis koi głosem jak mało kto. Drugim atutem płyty jest, zadziwiająco, sposób w jaki rzecz została wyprodukowana. Zadziwiająco, bo do określenia sytuacji na krążku lepiej niż sformułowanie „gdzie kucharek sześć…” nadaje się parafraza przysłowia, że „sukces ma wielu ojców…”. Wśród nich Thundercat, Dave Sitek, Steve Lacy, Om’Mas Keith z Sa-Ra, Kevin Parker z Tame Impala, Damon Albarn z Gorillaz czy BadBadNotGood, a to nawet nie połowa długiej listy producentów, którzy dołożyli swoją cegiełkę do Isolation. Na papierze to nie mogło się udać, ale w praktyce krążek znakomicie siada jako całość — nawet pomimo dość szerokiego spektrum stylistycznego.

Przyczyna takiego wrażenia jest dość paradoksalna, bo (poza przemyślanymi aranżami) tym, co uwydatnia pieczołowicie wykreowany klimat wydawnictwa, jest brak zdecydowanych (żeby nie napisać jakichkolwiek) piosenkowych hajlajtów. Zdecydowana większość płyty, na czele z neosmoothsoulowym głównym singlem promującym „After the Storm”, to fantastyczne moodsettery, których melodie ledwie zapadają w pamięć nawet po wielokrotnych, rozłożonych w czasie odsłuchach. Pod tym względem najlepiej bronią się zeszłoroczne tropikalne single „Nuestro planeta” i „Tyrant” zręcznie łączące popowe oblicze latynoskiego dancehallu z inspiracjami alternatywnym R&B, kiedy Uchis zabiera słuchaczy w głąb tanecznego kalejdoskopu mieniącego się wokalnymi i aranżacyjnymi subtelnościami. Pozytywnie z izolacjonistycznego charakteru płyty wybija także Albarnowskie „In My Dreams” zbudowane na radośnie pędzącym przed siebie, syntezatorowym bicie i psychodelicznie zapętlonym refrenie. Innym mankamentem — nieszczególnie frustrującym, jedynie potwierdzającym tezę o faktycznej nieobecności piosenkarki we własnych piosenkach — są teksty, w większości skreślone jej własną ręką. Uchis nie ma wiele do przekazania i nie zdarzają jej się błyskotliwe momenty, ale jest na tyle poprawna, że można na tę niedoskonałość bez problemu przymknąć oko.

Jakkolwiek Isolation robi pozytywne wrażenie i jest debiutem zupełnie udanym, chciałoby się dla Uchis lepszego songwritingu, który przełamałby pewien marazm, na tę chwilę będący znakiem rozpoznawczym jej twórczości. Tak by nawet nieobecna, była wyłącznie intrygująca i tajemnicza, a nie mdła i zachowawcza. Dotychczasowe proporcje są co najmniej dyskusyjne.

Komentarze

komentarzy