Recenzja: Yves Tumor Safe in the Hands of Love

Data: 28 września 2018 Autor: Komentarzy:

Yves Tumor

Safe in the Hands of Love (2018)

Warp Records

Młoda kobieta z modną krótką fryzurą stoi samotnie, schowana za okularami przeciwsłonecznymi i wyraźnie prowokuje do podejścia dwóch nieznajomych. Zachęcony jej wyzywającą postawą, młody mężczyzna podchodzi do niej w wiadomym celu. Kobieta ekspresyjnym ruchem zdejmuje ciemne okulary i nachyla się nad jego szyją, by raptownie zatopić w nich zęby i zerwać płat skóry. Kiczowata czerwona krew wytryska na wszystkie strony. Zszokowany facet upada, a jego przerażony kumpel ucieka, ścigany szyderczym spojrzeniem kobiety wampa.

Scenę z powstałej w latach 80. niskobudżetówki Demon Queen wyreżyserowanej przez Donalda Farmera można śmiało uznać za jedną z głównych inspiracji dla trzeciego albumu Yvesa Tumora.

Safe in the Hands of Love to trzecie wydawnictwo amerykańskiego muzyka. Nowy krążek Yvesa Tumora to acid-jazzowa, surrealistyczna i psychodeliczna muzyczna przygoda pełna ekspresyjnej siły. Album otwiera króciutka instrumentalna kompozycja „Faith in Nothing Except Salvation”, którą poprzedza nonszalancko wypowiedziane pragnienie, by zbawienie nadeszło.

Na potrzeby płyty Tumor łączy siły z przedstawicielami noise’owej sceny — Loke’m Rahbekiem ukrywającym się pod szyldem Croatian Amor i Frederikke Hoffmeier znanej jako Puce Mary. Dwójka muzyków jest związana z kultową wytwórnią Posh Isolation. Wpływy tej dwójki muzyków słychać szczególnie w „Economy of Freedom”, gdzie tkwi wyraźny podział na „my” kontra „oni”, pojawiają się też echa nadchodzącego rozstania. Natomiast w ekstatycznym „Hope in Suffering (Escaping Oblivion & Overcoming Powerlesness)” wspomagany przez Oxhy i wspomnianą Puce Mary Tumor pokazuje, jak cierpienie przetworzyć w zapomnienie i stać się potężnym i pełnym miłości. Magiczna, opętana, chwilami niekomfortowa – taka jest właśnie muzyka Tumora. Yves staje się tutaj strażnikiem umierającej rasy, malując przed słuchaczem upiorne obrazy urn i mętniejącego morza, nienarodzonego boga i alkoholowego upojenia, a całość brzmi niczym psalm lub swobodny zalew strumienia świadomości.

Z otchłani glitchowej elektroniki wyłaniają się urokliwe linie wokalne. Na wyróżnienie zasługuje szczególnie „Honesty”. Trzecia kompozycja na krążku stanowi wyśnione przez Deva Hynesa alt R&B, opowiadające o zatraceniu się w drugiej osobie oraz pewnej niepewności — czy na pewno zatracamy się właśnie w niej, czy nie czasem w jej osobowości, duszy? „Honesty” traktuje o miłości od pierwszego wejrzenia i szczerości w związku, przechodząc płynnie w „Noid”.

Pierwszy singiel przynosi kalejdoskop halucynogennych wrażeń, łącząc w tekście strach przed życiem, presją, chorobą i depresją. Tytułowy paranoik dotyka kwestii własnego zdrowia psychicznego, przyznając się do niedopasowania do „zabójczego szaleństwa”, jakim jest życie. Co ciekawe, „urodzony frajer” powołuje się na anielski numer 911, wiązany potocznie z karmą i spirytualizmem. Liczba 911 kojarzy się z pojęciem Misjonarza Światła skupiającego pozytywną energię skierowaną na świat.

Podobnie nierealny klimat zachowuje orientalne i hipnotyzujące „Licking an Orchid”. Swoisty geekowy psalm opowiada o toksycznej miłości, strachu i eskapizmie, głęboko skrywanym cierpieniu i chęci powrotu do łona matki. Utwór wypowiada przypuszczalne niepokoje osób dopiero odkrywających własną seksualną tożsamość, na które czeka akceptacja świata i nowego siebie. Rozmarzony wokal James K pomaga w ucieczce do wykreowanego świata umysłu, pobudzając wyobraźnię.

Wytchnienie od emocjonalnych wrażeń przynosi acid-jazzowe „Lifetime”. Powtarzane natrętnie słowa podbijają atmosferę fantastyczności, a bohater utworu przypomina znów trochę zamkniętego w zakładzie dla umysłowo chorych maniaka. Tumor, chowając się za podmiotem lirycznym, zmusza do zadawania trudnych pytań: czy to miłość czasem nie sprawia, że tracimy nad sobą kontrolę? W „Lifetime” muzyk posługuje się symboliką Skorpiona, który może przedstawiać chcącego go powstrzymać wroga lub toksycznego człowieka. Zodiakalny Skorpion symbolizuje także skrajność i waleczność, natomiast mitologiczny Skorpion to śmiertelny wróg przeszkadzający w spełnieniu własnych celów. Skorpion był w końcu czczony w Egipcie i wciąż jest kojarzony z bóstwami, przez muzułmanów określany np. jako mieszkaniec piekła. W Afganistanie natomiast Skorpion utożsamiany jest z seksualnością, pożądaniem i płodnością oraz homoseksualnymi praktykami. Zabójczy jad pajęczaka w wielu kulturach stanowi ekwiwalent narkotyków, pozwalając na osiągnięcie wyższego stanu świadomości. Symbolika Skorpiona może mieć bezpośredni wpływ na zrozumienie utworu, którego tytuł odsyła nas do mistycznego świata życia po życiu.

Tematyczną kontynuację „Lifetime” stanowi w pewien sposób „Recognizing the Enemy”. Zanurzone w strumieniu świadomości przeciwstawia pierwotność z nowoczesnością, prowadząc do finałowego rozpoznania wroga. W przejmującym tytułowym numerze wrogiem okazuje się własne ja i jego ograniczenia, skutkując takimi kwestiami: „Kiedy nie mogę siebie rozpoznać”. Nawiązując do problematyki z „Honesty”, zajmuje się kwestią zatracenia własnej tożsamości na rzecz drugiej osoby i zatrzymuje się na dłużej przy gasnącej miłości i zauważonych zmianach w ukochanej osobie. Pojawiają się słowa o własnym życiu w piekle i braku rozpoznania, sugerujące schizofrenię, dramatyczne rozdwojenie osobowości. Czy czasem nie jesteśmy własnymi wrogami, czy jest nimi tylko opinia publiczna? „Recognizing the Enemy” to najmocniejszy punkt na longplayu, bolesna spowiedź osoby uwięzionej we własnym ciele, jeszcze nieukształtowanej, zamkniętej w kokonie własnego teraźniejszego „ja”.

Na Safe in the Hands of Love oprócz trudnej tematyki i momentów autorefleksji znalazło się także miejsce na transowe, klubowe bangery. Takie jest właśnie „All the Love We Have Now”, opowiadające o finalnie uzyskanej w związku pewności siebie oraz zamykająca bomba „Let the Lioness in You Flow Freely”.

Na sam koniec Yves Tumor uwalnia lwa drzemiącego w zielonym demonie, jego domniemanym alter ego. Outro w postaci „Let the Lioness…” to już czysta energia zaklęta w hałaśliwym, prodidżowskim numerze, w którym podmiot liryczny utożsamia się z kobietą. Zamykająca album kompozycja zawiera zwariowany sampel z „Angel Fire” Jana Halflina, pochodzący z soundtracku do wspomnianego filmu Demon Queen. Główna bohaterka filmu Lucinda to kobieta sukub, wampirzyca miłości, zimna i wyrachowana, urządzająca krwawe orgie i wyżywająca się na śmiertelnych kochankach. Chore, szokujące, stylowe – może być pewnym kluczem do zrozumienia całego longplaya i tematyczną klamrą go zamykającą.

Safe in the Hands of Love to jazda bez hamulców, w której można łatwo się zatracić. Wiara w zbawienie, wolność i szczerość przeplatają się z tęsknotą, depresją, zwątpieniem i niepewnością. Jednoosobowy performens zielonego demona, acidowej wróżki, demonicznej królowej – Tumor zabawia się ze słuchaczem, pozostawiając go w zawieszeniu.

Komentarze

komentarzy