Recenzja: Kadhja Bonet Childqueen

Data: 4 października 2018 Autor: Komentarzy:

Kadhja Bonet

Childqueen (2018)

Fat Possum

Powab Minnie Riperton, artyzm Kate Bush i gatunkowa żonglerka godna Esperanzy Spalding — oto Kadhja Bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu. Jej wydana w połowie tego roku druga studyjna płyta Childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60.

Childqueen, jak pisze sama Bonet, to płyta o „najskrytszym sobie istniejącym prawdziwie i instynktownie przed przytłoczeniem go ciężarem świata”. Kosmos! Ale niech ten nieco udziwniony opis nie odstręczy was od włączenia płyty, podczas odsłuchu której można tego samego kosmosu w pełni doświadczyć i przyjąć nie tyle jako ciekawostkę, ale coś bliskiego i rzeczywistego. Nie ma u Kadhji wiele z klasycznego afrofuturyzmu spod znaku Sun-Ry, ani gatunkowych wyróżników spiritual jazzu Alice Coltrane, ale pieczołowicie udekorowane kameralnymi smyczkami i folkowymi fletami przepastne uniwersum Bonet ma w swoim centrum ten sam transcendentalny pierwiastek, który dał życie tamtym stylom. „Every morning brings a chance to renew” — rozpoczyna w otwierającym krążek uroczystym „Procession”. Szybko wyswabadza słuchacza i siebie samą z marszowego więzienia, by zanurzyć się w oceanie swobodnego, przestrzennie zaaranżowanego smooth soulu. Songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego R&B, którym tę łatkę doczepiono.

„Another time, another place, another life, another space” — śpiewa w „Another Time Lover” zbudowanym na linii ekstrawaganckich retrosyntezatorów, które z jednej strony brzmią jak żywcem wyjęte z produkcji Sophie, z drugiej — dość otwarcie nawiązują do fusionsoulowego brzmienia późnych lat 70. To wszystko na kanwie kunsztownej, skrzętnie poplątanej melodii, do których Bonet przejawia prawdziwy talent. Przykładem może być choćby ta formująca kształt nieziemskiej ody do macierzyństwa w singlowym „Mother Maybe” — najbardziej prostolinijnie (jakkolwiek to niewłaściwe słowo w kontekście czegokolwiek na Childqueen) soulowym momencie płyty i możliwie najpełniejszym piosenkowym showcasie wielorakich muzycznych talentów Bonet jednocześnie. Zwłaszcza że Kadhja napisała, wyprodukowała i zmiksowała krążek sama — grała też na większości instrumentów od fletów, przez smyczki, gitary, trąbki, bębny, aż po dzwonki. Co jednak ważniejsze — potrafiła skutecznie znaleźć w tym stylistycznym przepychu umiar. Doskonale słychać to w progresywnym „Joy”, które prosty, dający zamknąć się w czterech linijkach tekst i subtelne, wycofane wokalizy, równoważny spełniającym funkcję refrenu dramatycznym instrumentalnym pasażem, inspirowanym najlepszymi baroquepopowymi momentami przełomu lat 60. i 70.

W progresywnej żonglerce gatunkowej i wszechstronności samej Bonet Childqueen przywodzi na myśl wyborne Eli and the Thirteenth Confession Laury Nyro z 1968 roku, choć różni się od niego tematyką i doborem elementów — tu płycie zdecydowanie bliżej do brazylijskiej tropicálii Rogéria Duprata. Przede wszystkim jednak Childqueen to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować. Childqueen Kadhji Bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt.

Komentarze

komentarzy