Recenzja: Nicki Minaj Queen

Data: 11 października 2018 Autor: Komentarzy:

Nicki Minaj

Queen (2018)

Young Money Entertainment

Dwa albumy później i Nicki Minaj wydaje się wyleczona z obsesji na punkcie różu. Jak przystało na aspirującą królową rapu, twórczość Nicki Minaj od początku wzbudza spore kontrowersje. Raperski talent Minaj i tzw. „momenty” często mieszały się na jej poprzednich płytach z typowymi zapchajdziurami. I tak na debiucie obok słodkiego „Moment 4 Life” znalazło się zabawnie kiczowate „Check It Out”, a „Super Bass” prześcignęło na listach przebojów eleganckie „Your Love”. Gatunkowy rollercoaster i nierówny poziom zdawały się głównym przekleństwem Minaj. Queen nie różni się pod tym względem znacznie od poprzednich płyt raperki, ale oprócz zwyczajowo solidnej produkcji zaskakuje spójnością i całkiem niezłymi rymami. Na potrzeby Queen Minaj przeobraża się w egipską królową dążącą do umocnienia swoich rządów. Czy jej się to jednak udaje?

Otwierające krążek egzotyczne „Ganja Burn” przyjemnie rozmarza, rozbudzając wyobraźnię, a wybijająca się perkusja przypomina najlepsze dancehallowe momenty Seana Paula. Ogniste „Barbie Dreams” to zdecydowanie classic shit — od początku słuszny faworyt na płycie, oparty na genialnym kawałku Biggiego z Minaj w najlepszym wydaniu: ostrą, zabawną i nieprzebierającą w słowach. Rozgrzewające wyobraźnię „Hard White” to ciekawa traprapowa pozycja. Dobrze wkręca się także „I Thought I Knew You” z The Weekndem na pokładzie oraz bogata parodia Migosów „Chun Swae”. Mimo rozczulająco nieporadnego wokalu Swae Lee do hajlajtów dodać można też rozdmuchane singlowe „Chun Li”, swoistą zemstę Minaj na hejterach, oraz pozytywnie pokręcone „LLC”. Co ciekawe sprawdza się też pościelówa „Nip Tuck”, a za sprawą magicznego beatu również „Sir” z Future’m w tle. W utworze pełnym hiszpańskojęzycznych wstawek przypomina o sobie rażąco niedoceniana Foxy Brown. Oprócz dobrych stron nie zabrakło jednak na Queen i minusów. Słabo wypadają przyciężkie i wymęczone „Majesty” z gościnnym udziałem Labrintha i Eminema czy monotonne „Rich Sex” z Lil Wayne’em. „Bed” z Arianą Grande odrzuca niewyszukanym podkładem, podobnie zresztą jak wtórne „Good Form”.

Gorąca, kobieca, zmysłowa — taki jest ideał królowej według Nicki Minaj. Queen mimo pewnych mankamentów, z których największym jest zdecydowanie przydługa forma wydawnictwa (i spokojnie mogłoby z niego wypaść parę zbędnych utworów), wydaje się całkiem solidną pozycją w dorobku raperki. Może nie na tyle, by już teraz utytułować ją Królową Rapu, ale z pewnością pozostaje mocną kandydatką do zajęcia wolnego tronu. Missy Elliott, Foxy Brown, Lil’ Kim, Eve — czekamy na wasz ruch.

Komentarze

komentarzy