Recenzja: Blood Orange Negro Swan

Data: 19 października 2018 Autor: Komentarzy:

Blood Orange

Negro Swan (2018)

Domingo Recording Company

Zawsze, prezentując twórczość Blood Orange, podkreślam, że za całym projektem stoi jedna osoba — Devonté Hynes. W rzeczywistości jego płyty są zazwyczaj efektem współpracy z kilkoma muzykami, ale to on odpowiada za oprawę muzyczną. Dev Hynes jest kompozytorem i tekściarzem i sam tworzy teledyski do utworów Blood Orange. Warto przypomnieć, że lista muzyków, dla których komponował jest długa i imponująca, a znajdują się na niej między innymi Solange, Florence and The Machine, A$AP Rocky czy Blondie. Mimo licznych kolaboracji z różnorodnymi artystami, wydał niedawno czwarty długogrający album solowy, zatytułowany Negro Swan, którym kolejny raz udowodnił, że należy aktualnie do jednych z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków.

Dev, zapytany w wywiadzie przez Pharrella Williamsa o sposób komponowania, odpowiedział krótko i tajemniczo: „I write in crazy ways”. To stwierdzenie pasuje do Negro Swan jak do żadnego innego albumu Blood Orange. Z tym materiałem jest trochę jak z malarstwem abstrakcyjnym: albo to czujesz, albo odwracasz się na pięcie z poczuciem niezrozumienia i brakiem zainteresowania. W odbiorze, płyta może okazać się trudna, bo Dev swobodnie porusza się pomiędzy R&B, hip-hopem, soulem czy indie popem. Do tego wplata mnóstwo odgłosów otoczenia: raz są to syreny, które brzmią jak z początku reggaetonowego utworu, innym razem — dźwięki zatłoczonego miasta.

Spoiwa materiału należy szukać w narracji albumu oraz jego tematyce. Hynes kontynuuje wątki podniesione na Freetown Sound. Tym razem jest jeszcze bardziej osobiście. To album o zdrowiu psychicznym, akceptacji, wolnej woli i inności, która jest głównym motywem płyty. Mimo że przy tego typu nośnych tematach łatwo byłoby popaść w banały, Dev broni się, przedstawiając je z perspektywy osoby, która od dziecka zmagała się z konsekwencjami bycia „innym”. Mimo ciągłych retrospekcji i własnego spojrzenia, udaje mu się zaprezentować te kwestie jako dotyczące większej grupy społecznej. Mówi w imieniu czarnoskórych oraz osób LGBTQ, które często muszą walczyć o akceptację, a każdy przejaw „inności” z ich strony jest komentowany jako „too much”. Łatwo wyróżnić kilka kluczowych haseł Negro Swan, które podobnie jak owo „too much” zostają w pamięci już po pierwszym odsłuchu. Należą do nich z pewnością „Feelings never had no ethics” czy pytanie „Can you break sometimes?”.

Chociaż album nie miał być koncepcyjny, przypomina pewną opowieść, w której wyróżnić można narratora (a nawet narratorów), fragmentaryczną, za sprawą retrospekcji i wielowątkowości, fabułę oraz bohaterów. Blood Orange, chociaż mówi o swojej walce o samoakceptację, nie czyni siebie głównym bohaterem tej opowieści. Jego historie mają posłużyć do przybliżenia losu wspomnianych Afroamerykanów czy osób LGBTQ. Narratorem i zarazem spoiwem chaotycznych historii o lękach i złych wspomnieniach jest Janet Mock — aktywistka, pisarka i pierwsza transseksualna kobieta, która została reżyserką telewizyjnego programu rozrywkowego. Hynes, zachwycony jej historią, poprosił ją o bycie głosem wprowadzającym takie tematy jak znaczenie rodziny, wolna wola czy akceptowanie siebie. Jej postać, pewność siebie i swoboda, z jaką porusza kontrowersyjne sprawy, daje dobrą przeciwwagę dla błądzącego Deva. Mock przemawia z mądrością osoby o dużym bagażu doświadczeń, co sprawia wrażenie, jakby jej historie były głosem wyższej instancji, porządkującym rozpaczliwe nieraz wyznania Hynesa.

Negro Swan jest dużo mroczniejsze niż jej poprzedniczki. Chociaż Blood Orange opisując płytę, podkreślił znaczenie nadziei, więcej jest tu walki o ową nadzieję. Historia tej walki rozpoczyna się w zatłoczonym mieście, być może nieprzypadkowo, biorąc pod uwagę wydarzenia z 2016 roku, w Orlando. Pierwsze cztery utwory wydają się być jednym, spójnym rozdziałem. Małym mankamentem jest wokal w „Take Your Time”, który celowo pozostawiono w surowej wersji, co niekoniecznie daje przyjemne wrażenie przy odsłuchu. Centralną częścią albumu są utwory „Jewelry” oraz „Charcoal Baby”, nie bez powodu wybrane na single promocyjne, bo to jedne z nielicznych numerów, których da się słuchać wyrwanych z kontekstu całej płyty. Są jednocześnie pozytywnym przebłyskiem, celebracją radości i przypomnieniem, że „inność” wcale nie idzie w parze z samotnością. Refren utworu „Charcoal Baby” zawiera wersy „No one wants to be the odd one out at times / No one wants to be the negro swan”, które są znaczące dla wydźwięku całej płyty. Dalsza część to ponowna próba zmierzenia się z demonami przeszłości, która prawdopodobnie kończy się sukcesem w ostatnim numerze, „Smoke”. Zdanie zamykające album, „The Sun comes in, my heart fulfills”, faktycznie napełnia nadzieją i daje wrażenia triumfu w walce o zrozumienie.

Blood Orange na swoje wydawnictwo zaprosił znakomitych gości, którym zostawił dużą dowolność ekspresji. Chyba najlepiej skorzystała z niej Georgia Anne Muldrow, której niezwykły śpiew w „Running” jest odpowiedzią na depresyjne wersy Deva. Można by kwestionować sensowność zwrotki A$APa Rockiego, jako że musiał wtrącić wątek swojego życia erotycznego, ale muzycznie to połączenie wychodzi raczej na plus. Negro Swan jest nie tylko trudne w odbiorze, jeśli chodzi o poruszane tematy. W porównaniu do momentami tanecznego Freetown Sound to o wiele mniej przystępny pod względem brzmienia album. Wiele kompozycji trudno nazwać spójnymi. Można pokusić się o stwierdzenie, że nieraz to improwizacja, podczas której Hynes chwytał się wszystkich instrumentów, które akurat znalazł w studio. Ciekawym zabiegiem, nietypowym dla Hynesa, jest zakończenie, kiedy jedynym instrumentem jest wyciszająca, po takiej ilości przytłaczających dźwięków, gitara akustyczna.

Nad Negro Swan należy się pochylić, aby zrozumieć jego wagę. To piękne i wzruszające dzieło, do którego jednak początkowo łatwo się zniechęcić. Odbiór tego materiału można przyrównać do wrażenia, jakie wzbudza czarny łabędź, który mimo swojego piękna pozostaje czymś innym, egzotycznym, być może niepokojącym. Hynes stworzył opowieść dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli się odrzuceni, plasując się tym samym jako niezwykle istotna sylwetka w walce o tolerancję. „Feelings never had no ethics!”

Komentarze

komentarzy