Recenzja: Gabrielle Under My Skin

Data: 2 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Recenzja Gabrielle Under My Skin

Gabrielle

Under My Skin (2018)

BMG

Podczas swojej kilkunastoletniej kariery Gabrielle wypuściła kilka naprawdę hitowych singli, osiągnęła status jednej z najlepiej sprzedających się artystek w Wielkiej Brytanii, wylansowała utwór „Out of Reach”, będący motywem przewodnim filmu o przygodach Bridget Jones, a mimo to wciąż nie miała wystarczającej wiary w siebie i we własny talent. Dopiero po kilkuletniej przerwie, w czasie której zmagała się ze złą prasą, chorobą i samotnym macierzyństwem, zrobiła przegląd swojego życia i pogodziła się z własnymi słabościami, czego efektem jest wzruszający, ale pewny siebie album Under My Skin.

Gabrielle nigdy nie wierzyła wystarczająco w swój wokal. Zawsze grała drugie skrzypce na wszelkich akademiach szkolnych, podczas gdy jej koleżanka Mica Paris, której głosem była zachwycona, przewodziła muzycznym grupom. Gabrielle może nie jest obdarzona wybitnym instrumentem, ale za to bardzo charakterystycznym i to ona odnosi większe sukcesy w show biznesie. Po wielu latach uwierzyła we własne możliwości, pozbierała się po traumatycznych przeżyciach i zdecydowała nagrać solidny album. Każdy utwór z płyty pochodzi z głębi serca, jest efektem osobistych doświadczeń i chociaż artystka nazywa siebie popową piosenkarką, to jej głęboki głos nadaje utworom soulowego klimatu.

Under My Skin jest zbiorem dwunastu kompozycji opowiadających o miłości, ale nie tej cukierkowej. U Gabrielle miłość jest dojrzałym uczuciem, które głęboko wnika w skórę („Under My Skin”), gdy trzeba testuje zaufanie drugiej połowy („Show Me”), nie wstydzi się podziękować („Thank You”), w stresujących chwilach pójść na kompromis („Put Up a Fight”), a nawet dać drugą szansę („I Won’t Back Down”). Niewątpliwie ostatni wspomniany kawałek jest najmocniejszą stroną całej płyty, dzięki swojemu podniosłemu charakterowi, niezwykle wzruszającemu wokalowi Gabrielle i brzmieniu, nawiązującemu do początków kariery artystki. Paradoksalnie najbardziej komercyjny singiel „Shine”, który spełnił swoją rolę nabijając kolejne odsłony na YouTube’ie, muzycznie jest oderwany od całości albumu, ale lirycznie wychodzi na prowadzenie, jako najbardziej podniosła kompozycja.

Po 11 latach przerwy Gabrielle wróciła do muzycznych korzeni. Porównując Under My Skin z jej pierwszymi płytami, jedyną różnicę, jaką można dostrzec jest unowocześnienie old schoolowego brzmienia soulu rodem z lat siedemdziesiątych i sprawne przeniesienie go do realiów współczesnego R&B i popu. W połączeniu ze szczerymi tekstami krążek zyskał bardzo duże uznanie i zadebiutował na siódmym miejscu listy U.K. Albums i jest jej najwyżej notowanym wydawnictwem.

Sukces Gabrielle polega na tym, że nie goni za trendami i nie daje zamknąć się w ładnie opakowane pudełko. Ma swój niepowtarzalny styl i ciekawą barwę głosu z charakterystyczną chrypką. Ponadto, jak sama przyznała, jest leniuchem, a co za tym idzie, nie ulega presji i nie chce nikogo naśladować. I chociaż nie jest właścicielką wybitnego głosu, to potrafi pewnie nim operować i przekazywać prawdziwe emocje. To dzięki niewymuszonej szczerości Gabrielle ma oddaną rzeszę fanów. To dzięki wierze w siebie i byciu sobą płyta Under My Skin jest wzruszająca i dojrzała, ale przede wszystkim podniosła. Przyznaję ze wstydem, że po pierwszym odsłuchu, byłem zawiedziony płytą artystki, na którą tak długo czekałem. Jednak z każdym kolejnym obcowaniem z krążkiem dojrzewałem do niego. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi głosu Gabrielle, dopóki zgodnie z tytułem, nie przenikł on głęboko pod moją skórę. To bardzo trafnie podsumowuje 25-letnią karierę Brytyjki.

Komentarze

komentarzy