Recenzja: Lil Wayne Carter V

Data: 5 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Recenzja płyty Carter V

Lil Wayne

Carter V (2018)

Young Money, Universal, Republic

Od pierwszej zapowiedzi piątej części legendarnej już serii minęło ładnych parę lat. To oraz niekończące się sądowe batalie, konflikty, napięcia i kontrowersje sprawiło, że Carter V w świadomości większości fanów Lil Wayne’a trafił do tej samej kategorii wydawniczych abstrakcji, co Detox. Szczęśliwie dla nich, rok 2018 jest jednak czasem wielu niespodzianek na scenie hip-hopowej, a jedną z nich okazała się nagła premiera długo wyczekiwanego krążka. Premiera, która budziła niemal tyle samo nadziei, co obaw.

Carter V nie jest bytem zawieszonym w próżni — to płyta, która powstała w warunkach wielu artystycznych i prawnych turbulencji, w atmosferze konfliktu, w czasach znaczących zmian w konsumpcji muzyki i jej jakości. Przy uczciwej ocenie krążka nie można o tym zapominać. Bynajmniej wszystko to nie powinno jednak w żaden sposób usprawiedliwiać artystycznych niedociągnięć i potknięć. Na szczęście nie ma takiej potrzeby, bo piąta część sagi rapera z Nowego Orleanu broni się sama.

Jeśli ktoś może zrobić angażującą i interesującą półtorejgodzinną płytę, to jest to właśnie Lil Wayne. 20 lat obecności w czołówce hip-hopowego mainstreamu robi swoje i to słychać. Niezależnie od trendów i nastrojów, Wayne potrafi nie tylko dopasować się do nowoczesnych produkcji, ale także dodać do nich swój unikatowy pierwiastek i osobowość. Butne „Don’t call it a comeback, it was dark, now the sun back, hit me hard, but I punched back” w przejmującym „Don’t Cry” z fenomenalnym występem XXXTentaciona to deklaracja niegasnących ambicji i dowód na to, że Weezy ciągle wie, jak podbić serca współczesnej publiki. Podobnie jak poprzednie odsłony serii Carter V oferuje bardzo solidne otwarcie. Południowe i powolne „Dedicate” jest płótnem dla jego ekscytujących popisów na polu tekściarskim i flow, podobnie jak pędzące „Uproar” wyprodukowane przez Swizz Beatza. Mimo że płyta zawierająca aż 23 propozycje może przerazić długością, gospodarz zadbał o duże zagęszczenie pierwszorzędnych numerów, które doskonale wpisują się w obecne standardy w hip-hopie. Ich częstotliwość zmniejsza się gdzieś w środkowej części, ale wciąż raz po raz słuchacz jest raczony perełkami pokroju „Hittaz”, „Demons” czy „Dope New Gospel”.

Co zatem poza nowocześnie brzmiącą jakością prezentuje Carter V? To eklektyczny zbiór singli, stanowiący odbicie ostatnich 5 lat ewolucji gatunku. Tak więc obok „Let It Fly”, które spokojnie mogłoby znaleźć się na Astroworld Travisa Scotta, słuchacz znajduje patetyczne i tandetne „Can’t Be Broken” czy bezsensowne „Dark Side of the Moon”, którego nie ratuje nawet życiowa kondycja wokalna Nicki Minaj. Z drugiej strony na pierwotny rdzeń albumu składają się absolutne hity jak „Famous”, „Dope Niggaz” czy „Mona Lisa”, które z pewnością zrobiłyby furorę w 2014 r., chociaż słuchanie ich dzisiaj jest wcale nie mniej przyjemne. Jakimś cudem cała ta mieszanka stylów, brzmień, pomysłów, za które odpowiedzialni są producenci tacy jak Mannie Fresh, Infamous, Cool & Dre, ale równie Metro Boomin i Zaytoven, łączy się w zaskakująco spójną całość. Powodem tego jest sam Weezy — trzeba przyznać, że wciąż ma to coś, wciąż potrafi podnosić poprzeczkę i rozstawiać innych raperów po kątach. Bez względu na to, jak bardzo nietrafiony okazałby się podkład czy występ gościnny, nie ma takiego utworu, którego lider Young Money nie uratowałby swoim poczuciem humoru, celnymi linijkami, charyzmą — słowem: talentem.

Carter V nie zawodzi. Naturalnie ma swoje słabe strony i liczne zgrzyty, ale który Carter ich nie miał? Każdy minus jest zrekompensowany z nawiązką, co sprawia, że koniec końców, odbiorca ma do czynienia z dojrzałym, zasadniczo dopracowanym, a chwilami nawet porywającym krążkiem. To spełnienie oczekiwań pokładanych w nim przez fanów, lecz co najważniejsze, obietnica nowego rozdziału w karierze rapera. Wayne udowadnia, że wystarczy mu odrobina swobody i wsparcia, by po raz kolejny sięgnąć komercyjnego i artystycznego szczytu.

Komentarze

komentarzy