Recenzja: Rosalía El mal querer

Data: 13 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Rosalía

El mal querer (2018)

Sony

Jeżeli chcielibyśmy przyglądać się Rosalíi z perspektywy zeszłorocznego solowego debiutu Los Ángeles, prawdopodobnie musielibyśmy być prawdziwie zafascynowani tradycyjną muzyką Hiszpanii, żeby się na tej płycie odnaleźć. To album przesiąknięty dostojeństwem i powagą flamenco, które potrzebują należytego zapału i uwagi słuchacza, a w ostateczności trafiają do nielicznych.

Żeby zaś porwać tłumy, trzeba prawdziwego ognia. Chcecie ognia? Macie ogień! El mal querer, podobnie jak poprzednik, obfituje w temperamentne utwory. Tu jednak flamenco stanowi jedynie punkt wyjścia do dekonstrukcji, pretekst do nieskrępowanej zabawy współczesnym popem i R&B. To gra na autorskich zasadach, ale proste rozwiązania raczej nigdy nie szły w parze z firmą Rosalía Vila Tobella (sprawdźcie jazzowy kolektyw Kejaleo, z którym pracowała, mając 19 lat). Na drugim solowym albumie idzie z nią za to w produkcyjnej parze El Guincho, co dało najlepsze dzieło w życiorysach obojga.

Tym co do El mal querer przyciąga już na starcie, są detale. Ktoś tu chciał mocno wpłynąć na wyobraźnię słuchacza i uczynić koncept płyty zaczerpnięty ze średniowiecznego romansu namacalnym. Elementy flamenco mają więc interesujące towarzystwo sampli z terenu, jak dźwięk tłuczonego szkła czy odgłosy walki białą bronią. Najbardziej zaskakującym i charakterystycznym z nich jest rytm nadawany przez natarczywy warkot motocykla w „De aquí no sales” (pozdrawiam ludzi zafascynowanych słuchaniem samochodowych silników; nareszcie rozumiem).

Niemniej ciekawe są partie wokalne. Rosalía nie śpiewa solo, ale to ona nadaje ton. I jest to obecnie jedna z bardziej niezwykłych wokalnie produkcji; także przez sposób obróbki. Partie śpiewu to w rzeczywistości mozaiki, wiodące od melodyjnych, gardłowych pasaży do wykrzyknień czy poszatkowanych, polifonicznych fragmentów. Kolorytu dopełniają sample, trap i wystukiwane czy wyklaskiwane rytmy. Nie sposób zresztą zapomnieć barwy głosu Rosalíi — niby kruchej, ale mocnej i niskiej. Nawet auto-tune wydaje się stworzony wyłącznie do wydobycia siły jej wokalu.

El mal querer to album pełen ornamentyki wplecionej w masowy kontekst. Ale już singlowe „Malamente” zwiastowało, że nie może być mowy o standardowym wydawnictwie na skraju popu i R&B z odrobiną flamenco, mimo wyraźnie słyszalnych inspiracji. Mamy ich na płycie sporo. Większość z was pewnie zdążyła już rozpoznać cytat z „Cry Me a River” w „Bagdad” (przechodzącego niepostrzeżenie w utwór pokroju hiszpańskiej wariacji na temat „Like a Prayer” Madonny), internet odkrywa też kartę z fragmentem utworu Arthura Russella. Sama artystka wspomina, że „Di mi nombre” to tekstowy hołd dla „Say My Name” Destiny’s Child, słychać też nawiązania do future gospel spod znaku Jamesa Blake’a. Pod względem środków wyrazu Rosalía plasuje się jednak gdzieś bliżej Björk z czasów Post. Tak jak Islandka łączy niecodzienną, pełną skrajności wrażliwość z eksperymentatorskim rozmachem, momentami bliskim patosowi.

Mnie osobiście wciąż brakuje na El mal querer czegoś, czego nie jestem w stanie doprecyzować, a co czyniłoby tę płytę lepiej zapamiętywalną jako całość. Być może użyta formuła nie jest tak przepastna, jak się wydaje. Mimo to wśród rewolucjonistów muzyki komercyjnej, gdzieś między glitchowymi połamańcami a rozpanoszonymi na dobre tropikalnymi wpływami, Rosalía zdecydowanie kroczy w tym momencie najodważniejszą ścieżką. Czyni to z wielkim wyczuciem i świadomością. Miejmy nadzieję, że nie pozostanie sezonową ciekawostką, choć pogłoski o współpracy z Arcą raczej na to nie wskazują. I dobrze, bo — parafrazując ostatnie dyskusje o polskich wyczynach fonograficznych — to jest pop, jakiego dziś potrzebujemy.

Komentarze

komentarzy