Recenzja: JMSN Velvet

Data: 15 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

JMSN

Velvet (2018)

White Room Records

Już od dłuższego czasu na świecie panuje trend nostalgii za przeszłością. Widać to zarówno w modzie, technologii, jak i kinie czy muzyce. Rutyną staje się już mieszanie stylów, gęste czerpanie wzorców i układanie wszystkich elementów tak, by uzyskać jak najbardziej wyróżniający się patchwork. Najnowszy album JMSN-a, czyli Velvet należy do grupy takich, które nie odkrywają niczego, czego już byśmy kiedyś nie słyszeli, ale w na tyle oryginalny sposób spaja najlepsze składniki R&B, disco, rocka i soulu, że bez wątpienia jest to jedna z ciekawszych płyt ostatniego roku.

Nad albumem unosi się echo nagrań Prince’a, R. Kelly’ego czy nawet Bobby’ego Browna. Bardzo wyraźnie słychać to w „Got 2 B Erotic”, który spokojnie mógłby służyć jako podkład muzyczny na wybiegach przy pokazach mody w 1992 roku. Kompozycja oscyluje pomiędzy gitarowymi riffami a new jack swingiem i jest jednym z mocniejszych punktów wydawnictwa. Na jej finiszu dostajemy delikatną partię harmonii skrzypiec i pianina. Takie smaczki podkreślają wyjątkowy charakter krążka, a jest tego dużo więcej! „Real Thing” przez swoje nasycone syntezatorami brzmienie sprawia wrażenie utworu żywcem wyjętego z winylowej otchłani archiwów R&B. Warto pochwalić również umiejętności wokalne JMSN-a, bo oprócz tego, że jest niezaprzeczalnie utalentowanym muzykiem, jest również bardzo dobrym wokalistą. Co prawda po tylu albumach nadal dostrzegam zbieżność jego barwy głosu z wokalem Timberlake’a, ale na tym podobieństwo do Justina się kończy.

Na Velvet zajdziemy też dwie dłuższe kompozycje, „Levy” i „Drama”, w przypadku których zastosowano zabieg podziału na części. Pierwsza z nich to funkująca perełka idealnie nadająca się na parkiet. W utworze słychać bogate instrumentarium przywodzące na myśl klasyki spod szyldu Motown. Druga część kompozycji to bazująca na perkusji i smyczkach ballada, której refren wydaje się być stylizowany na bluesową modłę. To jednocześnie próba rozliczenia się z konsekwencjami artystycznych wyborów. Nie ma co się oszukiwać, JMSN mimo wszystkich swych przymiotów nadal pozostaje gdzieś poza mainstreamem. „Of course if it don’t make dollars it don’t make sense, but you can’t keep playing ignorant” słychać w tekście i aż chce się zawtórować „Money makes the world go round”. Lirycznie utwór stanowi doskonałe preludium do następnej kompozycji, jednego z singli promujących wydawnictwo, „Talk Is Cheap”, w którym JMSN kontynuuje wątek artystycznej niezależności. Muzyk słowami „Talking about numbers and digits, take your money and get outta my face, I’m focused, I got my vision” rozprawia się z tymi, którzy chcieliby wtłoczyć go w branżowe ramy i zmusić do kompromisu. JMSN ma w tym już pewne doświadczenie. Wszak jego początki z Love Arcade czy jako Christian TV były ewidentną próbą stworzenia przez wielkie wytwórnie kolejnej marionetki, która zapewne po dwóch albumach zniknęłaby w natłoku jego podobnych. Na szczęście stało się inaczej i JMSN w 2012 roku założył niezależną oficynę White Room Records.

Druga z podzielonych kompozycji, „Drama”, to najbardziej odrealniony, futurystyczny kawałek na płycie. Dużo w nim eksperymentów z automatyzacją głosu, a która w tym przypadku okazała się strzałem w dziesiątkę. Jak w przypadku wspomnianego wcześniej „Levy”, tak i tutaj mamy dwie części tej samej kompozycji i jak przy poprzedniku, „Drama Pt. II” również jest tą spokojniejszą częścią, stopniowo wyciszającym się alter ego poprzednika. JMSN ma niezwykły talent do harmonizowania dźwięków, które na papierze nie wyglądałyby dobrze, ale w praktyce świetnie się sprawdzają. Płyta wypełniona jest stylistycznymi retrospekcjami, jak w przypadku „Pose” mocno funkującego, przesiąkniętego brzmieniem lat 80, czy „Inferno”, utworu zanurzonego w wesołości soulu lat 70, który jednocześnie przypomina nieco wydany dwa lata temu „Awaken, My Love!” Childlisha Gambino, głównie za sprawą podobnego sposobu obróbki wokalu. Powrót do wczesnych lat 90. gwarantuje natomiast „Explicit” — laidbackowa kompozycja, tekstowo przypominająca R. Kelly’ego w wersji PG13. JMSN śpiewa „See I just got desires God gave me, and these feelings ain’t fleeting no time soon, ’Cause girl you got that pink and it’s turning me blue” i wszyscy wiemy, o co chodzi. Muzycznie jest słodko, ale nie mdło.

Niewątpliwym highlightem albumu i kompozycją nadającą ton Velvet jest „So Badly”. Nie dziwi zatem, że utwór został pierwszym singlem promującym to wydawnictwo. Funkujący, wielopoziomowy majstersztyk, który już dziś śmiało mogę nazwać jednym z najlepszych wśród całej bogatej dyskografii Christiana. Tekstowo to klasyczny przykład wrażliwości, którą JMSN demonstruje w swoich piosenkach od czasów Priscilli. Tym razem wokalista dzieli się wątpliwościami dotyczącymi braku zaangażowania ze strony partnerki, gdzie słychać „Did my past take all the confidence I once had? ‘Cause you keep saying it’s you and you got a lot on your mind, but that don’t help, I still blame myself”. Wszystko to okraszone oldschoolowym vibe’m i poniesione chwytliwą melodią. Kolejnym singlem i następnym utworem, który doczekał się wizualizacji, jest przewrotne „Mind Playin’ Tricks”. W innym świecie ten kawałek mógłby promować ścieżkę dźwiękową do filmu Drive. To hołd oddany Prince’owi, zarówno w wokalizach, złożoności instrumentalnej, jak i gitarowym solo. Książę byłby dumny.

Velvet to jak do tej pory najbardziej przemyślana płyta w katalogu JMSN-a. Jeśli porównać ten album do znakomitego przecież debiutu artysty z 2012 roku, nie sposób nie zauważyć brzmieniowego, tematycznego i artystycznego progresu. Dzisiejszy JMSN to postać uwodząca swoją muzyką, artysta bardzo dobry w swoim fachu, ale wciąż dążący do doskonałości i próbujący przeskoczyć samego siebie. Od zawsze jego głównym atutem była umiejętność pisania prostych, ale szczerych i bogatych emocjonalnie tekstów — to nie zmieniło się do dziś. Z płyty na płytę JMSN coraz zręczniej bawi się gatunkami, stylami i swoim wizerunkiem. Oby jak najwięcej tak kreatywnych i płodnych muzyków R&B!

Komentarze

komentarzy