jmsn

#FridayRoundup: Little Simz, Kanye West, JMSN, Moo Latte i inni

#FridayRoundup

Ostatni tydzień był pod kątem premier płytowych spełnionym snem końca lata. Serio, dostaliśmy dużo i dobrze. O Kanye nie powinniśmy już wspominać, ale jednak wspominamy. Pokłony należą się jednak przede wszystkim Little Simz, która wróciła w znakomitym stylu. Poza tym krążki dostarczyli JMSN, Moo Latte, Mansur Brown, Rosie Lowe, Benny the Butcher, Duckwrth, Sampology, L’Orange, Damu the Fudgemunk, Jenevieve, Lady Blackbird i wielu wielu innych. Album nagrał także Drake, ale z kolei ten powrót pominęliśmy milczeniem. Napisaliśmy za to o Westside Gunnie, który wypuścił album tydzień wcześniej, a którego nadal polecamy. Sprawdźcie wszystko na plejliście na dole strony.


#FridayRoundup

Sometimes I Might Be Introvert

Little Simz

Age 101/AWAL

Słusznie wróbelki ćwierkały od samego piątkowego rana. Simbi postawiła sobie pomnik na lata. Na Sometimes I Might Be Introvert Little Simz sięga do najgłębszych zakamarków własnego ja i zabiera nas w podróż ścieżką podszeptów serca. I choć singlowy opener „Introvert” zwiastował bezkompromisowy majestat filmowego płótna marki Inflo, całość skrojono bez pudła, opatrując ją, zgodnie z tytułem, garstką znamienitych gości. Trzeba przyznać, musicalowe, archandroidowe interludia zapierają dech, trafiając we wszystkie możliwe punkty – od muzycznych do emocjonalnych. Ale SIMBI to też wyprawa w świat pełnokrwistych soulowych podkładów (jak klasyczne „The Agony and the Ecstasy” Smokey Robinsona w „Two Worlds Apart” czy „Never Been In Love” Taliba Kweli w „Standing Ovation” ), zręcznie połączonych z podniosłymi wycieczkami w czasy starego Kanyego, ale i starej-młodej Simz (w „Rollin Stone” czy „Speed”). Wszystko to spina znajome flow Simbi – zrywne, a jednocześnie uziemione. Trudno dziwić się zachwytom, ten koncept album to najlepszy krążek w dorobku Little SImz (zaryzykowałabym stwierdzenie, że w dorobku Inflo również) i z pewnością uplasuje się wysoko w niejednym podsumowaniu. Dychotomiczny, nasycony brzmieniowo album, zagospodarowany przez poetycki hip hop z duszą. Może to i Kanye sampluje Lauryn Hill na Dondzie, ale emocjonalnie to Little Simz zbliżyła się do niej najbardziej. Sometimes I Might Be Introvert to nie tylko wielka celebracja wrażliwości. To najzwyczajniej w świecie celebracja muzyki. — Maja


#FridayRoundup

Donda

Kanye West

GOOD/Def Jam

Matko Bosko kochano, ileśmy się na tą Dondę naczekali. Wielokrotnie przekładana data premiery, organizowane wielkie listening parties na stadionach, jakbyśmy mieli do czynienia z czymś naprawdę niesamowitym, z historią tworzącą się na naszych oczach. Jedne gościnne zwrotki usuwano, inne dodawano, a pocziwy fan muzyki Westa zwyczajnie tracił cierpliwość. No, ale jak płacisz milion dolarów za nocowanie na Mercedes Benz Stadium, na którym urządziłeś sobie prywatne studio, to chcesz, żeby twoja muzyka brzmiała, jak należy. Tylko co z tego skoro podobno i tak wytwórnia wypuściła płytę bez wiedzy Kanye, pewnie sama wyraźnie zdenerwowana przebiegiem wydarzeń? Nic to, materiał w końcu wyszedł, z inną okładką niż ta, którą pierwotnie miał zawierać, a my mogliśmy od dobrych kilku już dni słuchać dzieła życia Pana Westa. Dostajemy prawie dwie gdziny muzyki, gościnne udziały między innymi od Jay’a-Z, Travisa Scotta, Playboi’a Carti, Young Thuga, Jaya Electronica, są nawet chłopaki z Griseldy. Produkują 88 Keys, MIKE DEAN, FnZ, Wheezy i jeszcze kilkunastu innych mistrzów konsolety. Za jednym razem chyba nie da rady tego wszystkiego przetrawić, ale możecie próbować. — Dill


#FridayRoundup

Heals Me

JMSN

White Room

JMSN na dobre wypadł co prawda z awangardy nowego R&B, ale jego poprzedni piąty longplay Velvet inspirowany klasycznym soulem był jak dotąd najprzyjemniejszą pozycją w jego dyskografii. Wydane po trzyletniej przerwie Heals Me zdaje się z grubsza kontynuować obrany wtedy kierunek — jego R&B wciąż podszyte jest funkowym basem, produkcje wciąż są organiczne i umiarkowanie progresywnie, wciąż całość cechują opływowy kształt po stronie płyty i przyjemność płynąca z obcowania z tym kształtem po stronie słuchacza. Jest tu może odrobinę za dużo, trudno powiedzieć na ile uświadomionego, naśladownictwa Justina Timberlake’a z okresu Justified, ale w kontekście znaczących niedoborów Timberlake’a w ostatnich latach można przecież odczytać to jako jeden z pozytywów.— Kurtek


#FridayRoundup

Snax

Moo Latte

Victorsson

Moo Latte karmił nas swoimi przekąskami przez ostatni rok, konsekwentnie serwując kolejne single, a nawet coś na kształt dwóch maksisingli (o bliźniaczo podobnych tracklistach). Wydane wreszcie w piątek jako całość Snax to instrumentalny hip-hop w wydaniu koktajlowym — mogłaby spokojnie na te bity wprosić się Noname, mógłby zanucić na nich refreny Iman Omari (co zresztą przecież uczynił!), mogliby się wreszcie na nich stłoczyć Quelle Chris, Kota the Friend i Steve Lacy. Od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że choć podstawa muzyki toruńskiego producenta jest jak najbardziej bitowa, każdy kolejny numer rozwija się swoim własnym jazzującym torem w pełnoprawną kompozycję. Ja sam, nie mogę się oprzeć, żeby sobie nie donucić tu czy tam improwizowanego refrenu, ale można też bez tego po ośmiu godzinach odbierania telefonów i wysyłania emaili wrzucić sobie Snax w ramach półgodzinnego chilloutu. Ale nie generycznego z youtube’owej taśmy, tylko masującego zwoje z prawdziwym wyczuciem.— Kurtek


#FridayRoundup

Heiwa

Mansur Brown

Amai Records

24-letni,brytyjski producent i multiinstrumentalista, znany ze współpracy, chociażby z Yussefem Dayesem, powraca z drugim długogrającym albumem, będącym następcą rewelacyjnego krążka Shiroi z 2018 roku. Tytuł najnowszego wydawnictwa, czyli Heiwa oznacza „pokój”, a 10 utworów na nim zawartych, opowiada o podróży życia oraz wszystkich emocjach, które pojawiają się, dążąc do osiągnięcia prawdziwego spokoju ducha i wewnętrznego szczęścia. Podobnie jak na wspomnianym debiucie, spotykają się tu takie gatunki, jak hip-hop, muzyka elektroniczna, rock oraz ambient, które artysta umiejętnie spaja w całość, tworząc swoistą ścieżkę dźwiękową do nienakręconego nigdy filmu o konflikcie między miastem a naturą i cyklem życia — efdote


#FridayRoundup

Trust The Sopranos: ’83 Miami Edition (Big Ghost Ltd. Remix)

Benny The Butcher & 38 Spesh

T.C.F. Music Group

Benny The Butcher poza tym, że jest członkiem Griseldy i w tej wytwórni wydaje swoje płyty, ma też własny label Black Soprano Family, gdzie wypuszcza materiały ziomków, na których oczywiście sam się udziela. Chcę powiedzieć po prostu, że jest strasznie zapracowanym gościem, a mimo to znalazł czas by nagrać wspólny materiał z raperem o ksywie Spesh 38. Fanom griseldowych brzmień przedstawiać go nie trzeba, bo Benek już parokrotnie nagrywał z nim projekty, a sam Spesh ma na koncie, chociażby album z Kool G Rapem. Jego wspólne wydawnictwo z Rzeźnikiem, Trust The Sopranos wydane w tym roku, zupełnie pominąłem, bo w zalewie jakościowego materiału od Griseldy i orbitujących wokół niej projektów, można było o nim zapomnieć. W piątek zaś pojawiły się remiksy oryginalnych utworów z tamtego krążka. Za ich produkcję odpowiada Big Ghost Ltd, a wydane zostały pod tytułem Trust The Sopranos: ’83 Miami Edition (Big Ghost Ltd. Remix) Kim jest Big Ghost, spytacie? Kiedyś pisał zabawne recenzje płyt na swoim blogu i wszyscy myśleli, że to Ghostface Killah z powodu podobieństwa ksyw. Minęło trochę czasu i stał się jednym z ciekawszych beatmakerów, których brzmienie można określić jako „griseldowe”. Ma na koncie płyty z takimi kozakami jak wspomniany już Ghostface, Hus Kingpin, Ransom, nagrał nawet dwa projekty z Conwayem. Jeśli jeszcze ich nie sprawdziliście, szybko to nadróbcie. Na materiale z remiksami Trust The Sopranos Big Ghost zabiera nas w plastikowo-kiczowate brzmienia lat 80., kłaniają się tu Giorgio Moroder ze ścieżką dźwiękową do Scarface’a i Jan Hammer z muzyką do Miami ViceCocaine Cowboys. Właśnie takich dźwięków możecie się tu spodziewać. To zdecydowanie jeden z ciekawszych hip-hopwych projektów tego tygodnia. — Dill


#FridayRoundup

Hitler Wears Hermes 8: Sincerly Adolf

Westside Gunn

Griselda/EMPIRE

Panowie z Griseldy nie dają o sobie zapomnieć. W zalewie homogenicznej trapolozy ich muza jest jak powiew świeżego powietrza, mimo tego, że i oni bywają powtarzalni. Jednak formuła, jak to kiedyś powiedział Benny The Butcher, „boom bapu na sterydach” wciąż nie nudzi i zdobywa nowych fanów. Chłopaki, nawet solowo, potrafią wydać kilka płyt rocznie i większość z nich stoi na zdecydowanie wysokim poziomie. Tym razem Westside Gunn postanowił wypuścić rzekomo ostatnią, ósmą już część swojej serii Hitler Wears Hermes. Strona A, jak ją określił, zawiera czternaście utworów, w sumie czterdzieści minut muzyki. Dużo miejsca oddano gościom, pojawiają się Stove God Cooks, Mach-Hommy czy Boldy James. Znalazło się nawet miejsce dla Jadakissa. Za bity odpowiadają Danny LAflare, Camoflauge Monk i Conductor Williams. Jak wspomniałem, jest to dopiero pierwsza część. Strona B ukaże się już w najbliższy piątek i będzie liczyć osiemnaście numerów. — Dill


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Za nami pierwsza edycja Fest Festival

Dokładnie tydzień temu bawiliśmy się na pierwszej edycji Fest Festivalu. Dwudniową imprezę, która odbyła się w Parku Śląskim, zaliczamy do udanych, nawet mimo odwołania głównej gwiazdy festiwalu – Wu-Tang Clan. Byliśmy naprawdę ciekawi tego, jak organizatorzy poradzą sobie z tak rozległym terenem, tyloma scenami i uczestnikami imprezy. Wyszło naprawdę dobrze, obyło się bez większych problemów logistycznych, z którymi nieraz spotykamy się nawet na gigach organizowanych od lat! Zachwycał sam teren imprezy. Park Śląski okazał się wspaniałym miejscem na tego typu eventy, mnóstwo zieleni, jeziorko, sporo przestrzeni ciekawie zaaranżowanej (nie tylko sceny, ale i strefa odpoczynku, namioty z winylami, ubraniami czy masa food trucków). Całość przypominała nam nieco węgierski Sziget — wszędzie lampeczki, ładnie oświetlone przestrzenie czy hamaki do leżenia.

Sama aranżacja terenu to nie wszystko. Chociaż coraz częściej na festiwale jeździ się dla atmosfery, zdecydowanie nie należymy do tej grupy i z zaciekawieniem oraz wieloma obawami śledziliśmy formowanie się line upu Festa. Ostatecznie, nasze obawy okazały się zbędne, bo to właśnie różnorodność muzyczna przyciągnęła ludzi z całej Polski do Chorzowa. Co prawda Wu w ostatnim momencie odwołali koncert, ale zastąpił ich Schoolboy Q, który oderwał się na chwilę od domowego playstation i wylądował w Polsce tuż przed rozpoczęciem koncertu. Pierwszego dnia nasze serca skradł jednak JMSN, który jak zawsze dał znakomity koncert przeplatając starsze hity takie jak „Addicted” z utworami z Velvet. Dzień pierwszy zakończyliśmy z Little Dragon i hipnotyzującą Yukimi, która zawładnęła Silesia Stage.

Dzień drugi rozpoczęliśmy z Lion Babe na Silesia Stage i Jadenem Smithem — mimo że ostatnie wydawnictwo rapera nie należy do najlepszych, to koncertowo wypadł naprawdę dobrze. Ten dzień należał jednak do Sokoła i Metronomy. Pierwszy raz słyszeliśmy solowy materiał Sokoła na żywo i musimy przyznać, że wypadł doskonale — razem z Rasem zrobili większe show niż Jaden na głównej scenie. Zagrał zarówno klasyki takie jak „Każdy ponad każdym”, jak i nowsze numery, w tym „Lepiej jak jest lepiej”. Festiwal zakończyliśmy występem Rejjiego Snowa, który jak zwykle zagrał po swojemu, na luzie. Fest Festival to nie tylko Silesia czy Main, sporo czasu spędziliśmy również na Kręgu Tanecznym — świetnie zaaranżowanym w Parku — gdzie grali m.in.: Kiasmos czy Catz ‚n Dogz.

Zdecydowanie czekamy na kolejne edycje i liczymy na więcej artystów pokroju JMSN!

Fest Festival ogłasza nowych artystów

Wygląda na to, że Fest Festival wyrasta na jeden z największych wydarzeń muzycznych tego lata. Po ogłoszeniu m.in.: Wu-Tang Clanu, Follow The Step nie zwalnia i odkrywa kolejne karty. Na festiwalu zobaczymy Disclosure, Sokoła, Roisin Murphy oraz — co nas szczególnie cieszy — JMSN! 23-24 sierpnia: zapamiętajcie te daty i przybywajcie tłumnie do Chorzowa. Widzimy się!

Press Play #27: 13 lat Soulbowl

W ostatni piątek naszej stronie stuknęło 13 lat! O tym, jak to się wszystko zaczęło, rozpisywaliśmy się (być może za bardzo) w serii artykułów przed 6 laty. Tym razem postanowiliśmy reaktywować starą kolumnę Press Play, w której zwykliśmy się dzielić swoimi aktualnymi muzycznymi fascynacjami, łącząc przeszłe zajawki z naszą pracą na stronie. Trochę egocentrycznie, ale bez narcyzmu, przedstawiamy płyty, których nie poznalibyśmy, gdyby nie Soulbowl.pl.


Love vs. Money

The-Dream

Radio Killa

Soulbowl powstał w 2006 roku, ale potrzeba było trochę czasu, by nasza niezobowiązująca zajawka zaczęła nabierać bardziej określonych kształtów — wpisały się w nie m.in. recenzje premier płytowych, które z różną częstotliwością i skutkiem pojawiają się na naszych łamach do dziś. Tekstem, który w moim przekonaniu niejako tę epokę otworzył, była recenzja Love vs. Money The-Dreama sprzed (niemal równo) dziesięciu lat. Wówczas nie miałem świadomości, ale jak miało się okazać w kolejnych lata, to także album, który ukierunkował moje muzyczne zainteresowania i wyznaczył pewien (dość wygórowany) standard dla produkcji współczesnego R&B w ogóle. Bo pod tym względem — dbałości do detale, kreowaniu kilku różnych muzycznych planów jednocześnie i przechodzeniu pomiędzy nimi w obrębie kompozycji, odtworzenia na nowym muzycznym polu koncepcji cyklu piosenek (znanej choćby z What’ Going On Marvina Gaye’a, a ostatnio nadającej pęd najnowszemu krążkowi Solange) — Love vs. Money nie ma sobie równych. Ale to też solidna emocjonalna przeprawa — kompetentne i nieoczywiste rozwinięcie starego jak świat światem dylematu — miłość czy pieniądze. W tym kontekście jednak archetypowe rozterki w muzyce popularnej, historia kariery samego Dreama, moje potyczki z jego dyskografią czy nawet kondycja muzyki R&B są cokolwiek drugorzędne. Dziś w centrum stawiam raczej nieprzewidywalność — pamiętam doskonale ten moment, kiedy kreśliłem recenzję płyty Dreama przed 10-cioma laty — wtedy pod wpływem mojej chyba pierwszej krytycznej przeprawy wyrósł w moich oczach na bohatera sceny, ale nie mogłem spodziewać się, że jego płyta nie tylko zdefiniuje na nową moją percepcję muzyki i w ciągu kolejnej dekady wyrośnie w moich oczach na najznakomitszą pozycję w bogatej historii gatunku. Nie mogłem się też wówczas spodziewać, że 10 lat później Soulbowl — lepione jednak po amatorsku z żywej zajawki i dobrych chęci grupy pasjonatów — przetrwa próbę czasu i będę mógl podzielić się z wami w tym artykule tą spontaniczną, szczerą refleksją.— Kurtek


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

Kendrick Lamar – Section.80
2011 był dla mnie rokiem wyjątkowym — nie tylko dlatego, że dołączyłem do zespołu soulbowl.pl. To był niezwykły rok dla muzyki, przynajmniej dla tej czarnej. Obecny stan muzycznego rozkładu sił, to znaczy dominacji hip hopu i r&b nad wszystkimi innymi gatunkami, to efekt rozpoczętej wówczas wymiany pokoleń. W czasie gdy po swoje zaczynał iść trap, cloudowy A$AP Rocky zacierał granice między przeszłością a przyszłoscią, Tyler the Creator czy Lil B zacierali granice między powagą a szaleństwem, Drake przekonywał coraz więcej osób do ostatecznego rozliczenia się ze stereotypem groźnego rapera-gangstera, to na mapie współczesnego r&b znaczenia nabrały takie postaci jak The Weeknd, Frank Ocean i James Blake. W centrum całej tej masy krytycznej dostrzec można było skromnego (ale czy na pewno?), sympatycznego (ale czy na pewno?) chłopaka z Compton. „K-Dot nagrał album, po którym na pewno zrobi się o nim głośno w całej Ameryce.” – tak pisałem w jednej z moich pierwszych, bardzo słabych recenzji na Misce. Ale prognoza była trafiona, Kendrick jest dziś gwiazdą wielkiego kalibru, cholernie sprawnie godzącą ze sobą sukces komercyjny i artystyczny. Emocje związane z kolejnymi odsłuchami „A.D.H.D”, „The Spiteful Chant”, czy „Keisha’s Song (Her Pain)” nakręcały mnie wówczas jak mało co, podobnie jak ukryty featuring na Take Care Drake’a, albo każde nowe doniesienie na temat już przygotowywanego pod okiem Doctora Dre good kid, m.A.A.d city. Bez tego krążka nie byłbym sobą — człowiekiem tak bardzo lubiącym zarażać innych fascynacją kierowaną na współczesną muzykę, jako że może mieć ona jeszcze coś tam ciekawego do zaoferowania. — Chojny


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

W 2011 roku ksywka Lamara, choć jeszcze mało znana, zaczęła pojawiać się tu i tam coraz częściej. Jako fan rapowej klasyki w tamtym czasie sporadycznie sięgałem po rzeczy nowsze niż z końcówki lat 90., jednak porównania Kendricka do Tupaca sprawiły, że zrobiłem wyjątek. Oczywiście zacząłem od wydanego kilka miesięcy wcześniej Section.80. Ku mojemu zdziwieniu album nie miał w sobie praktycznie nic z zachodniego wybrzeża, które znałem. Sam Lamar odbiegał również od pozy gangstera, a tekściarski kunszt zdawał się czerpać z przeciwnego końca Ameryki. W dodatku te jazzowe beaty w „Rigamortis” i „Ab-Soul’s Outro”. Dalszą historię Lamara już znacie. I chociaż przez niemalże dekadę K-Dot zdążył wydać już o wiele lepsze wydawnictwa, to bardzo lubię wracać do Section.80. Było to dla mnie wprowadzenie nie tylko do ekipy TDE, ale także do całej ówczesnej nowej rapowej fali. Dzięki Misko!— Mateusz


A Seat at the Table

Solange

Columbia

Kiedy zaczynałam swoją soulbowlową przygodę, byłam zatwardziałą hiphopową głową, której zainteresowania ledwo wychodziły poza dyskografię A Tribe Called Quest i polskich najpopularniejszych raperów. Przez te dwa lata zdecydowanie złagodniałam, a hip-hop ustąpił neosoulowym brzmieniom czy R&B. Zastanawiałam się nad wyborem, bo soulbowl nauczył mnie takich wykonawców jak SZA, Frank Ocean czy Janelle Monae. Jednak płytą, która zdecydowanie przełamała lody, było A Seat at the Table — subiektywnie, jeden z najlepszych albumów ostatniej dekady. To wzruszające, subtelne dzieło, którym Solange na stałe wpisała się w kanon moich ulubionych artystów. To celebracja kultury Afroamerykanów i kobiecej siły. I tried to run it away. Thought then my head be feeling clearer . I traveled 70 states. Thought moving around make me feel better. – „Cranes in the sky” zawsze porusza tak samo. Tydzień po premierze When I Get Home, a ja wciąż nie mogę uwolnić się od A Seat at the Table.— Polazofia


El mal querer

Rosalía

Sony

Gorący występ na rozdaniu MTV European Music Awards i coś z grzesznej przyjemności hiszpańskich telenoweli. Rosalía to kwintesencja współczesnego, perfekcyjnego popu, muzyczny fenomen. Czerpie garściami z tradycji flamenco i łączy ją z nowoczesnym R&B – działa podobnie jak Soulbowl. Dokonujemy starannej selekcji między starym a nowym, nie zapominamy o legendach i klasykach gatunku i szukamy wciąż nowych, wartych odsłuchu brzmień, którymi się z Wami dzielimy. — Ibinks


Channel Orange

Frank Ocean

Def Jam

Dekadencki obraz młodzieży, ignoranckiej klasy wyższej, narkotyków, seksu, toksycznych lub przelotnych relacji, w tym autotematyczny wątek uczucia do innego mężczyzny; synestetyczny motyw lata i nieodwzajemnionej miłości. Channel Orange to kompozycje oparte na popowych, a jednocześnie niebanalnych liniach melodycznych z wykorzystaniem żywych instrumentów. Album przełomowy zarówno dla gatunku, jak i środowiska. Dzięki niemu Frank Ocean z powrotem wniósł neo soul na wyższy poziom, dokonał znaczącego coming outu na scenie hip-hopowej oraz stał się inspiracją dla kolejnych artystów.— Klementyna


Priscilla

JMSN

White Room

Gdy wśród redaktorów Soulbowla, padł pomysł stworzenia Press Play’a dotyczącego albumów, których nie poznali byśmy, gdyby nie Miska, ogarnęła mnie lekka panika, bo jak tu wybrać tylko jeden krążek? Po chwili namysłu przyszedł mi do głowy artysta, którego w gruncie rzeczy, Soulbowl mocno w naszym kraju spopularyzował. Chodzi o JMSN-a i jego debiutancką płytę Priscilla. Premiera albumu w 2012 roku zbiegła się ciężkim okresem w moim życiu. Pamiętam to jak dziś, przeczytałam na Soulu recenzję tej płyty, zaczęłam jej słuchać i uznałam, że jest całkiem w porządku. Jak na kiełkującą wtedy estetykę alt r’n’b zapowiadało się całkiem nieźle. Przyznaje, nie była to głęboka miłość od pierwszego przesłuchania. Dałam Priscilli trochę czasu. Niedługo potem, podczas wielu bezsennych nocy, które mnie w tamtym okresie dręczyły, ponownie przystąpiłam do odsłuchu debiutu JMSN’a. Staring out the window, Waiting for life to stop, Cause everything I been through, Never seems to let up — i dokładnie to w tym momencie robiłam. Była jakaś 4 rano, za oknem lekko świtało, deszcz bębnił w okno. Klisza i banał, scena jak z kiczowatego melodramatu, ale w tamtym momencie było mi to niezbędne. To, co przekazywał w swoich tekstach Christian, to w jaki sposób układał melodie, dodawał instrumentalne smaczki sprawiło, że w tamtym momencie poczułam się bezpiecznie. Jego muzyka i szczera prostota tekstów, dziwnym trafem, potrafiła podnieść mnie na duchu. Nałogowo słuchałam tego krążka. Pomyślałam, jak fajnie, że jest takie miejsce, że są tacy ludzie, którzy odkrywają przede mną i innymi, znakomitą muzykę i genialnych artystów. Parę lat później broniłam pracę licencjacką, która dotyczyła między innymi promocji muzyki urban przez Soulbowl. Ani się obejrzałam jak po castingu na redaktora udało mi się pod szyldem Miski pisać. Myślę, że to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Są ludzie, którym po prostu chce się promować dobrą muzykę. Obyśmy robili to przez wiele kolejnych lat!— Pat

Recenzja: JMSN Velvet

JMSN

Velvet (2018)

White Room Records

Już od dłuższego czasu na świecie panuje trend nostalgii za przeszłością. Widać to zarówno w modzie, technologii, jak i kinie czy muzyce. Rutyną staje się już mieszanie stylów, gęste czerpanie wzorców i układanie wszystkich elementów tak, by uzyskać jak najbardziej wyróżniający się patchwork. Najnowszy album JMSN-a, czyli Velvet należy do grupy takich, które nie odkrywają niczego, czego już byśmy kiedyś nie słyszeli, ale w na tyle oryginalny sposób spaja najlepsze składniki R&B, disco, rocka i soulu, że bez wątpienia jest to jedna z ciekawszych płyt ostatniego roku.

Nad albumem unosi się echo nagrań Prince’a, R. Kelly’ego czy nawet Bobby’ego Browna. Bardzo wyraźnie słychać to w „Got 2 B Erotic”, który spokojnie mógłby służyć jako podkład muzyczny na wybiegach przy pokazach mody w 1992 roku. Kompozycja oscyluje pomiędzy gitarowymi riffami a new jack swingiem i jest jednym z mocniejszych punktów wydawnictwa. Na jej finiszu dostajemy delikatną partię harmonii skrzypiec i pianina. Takie smaczki podkreślają wyjątkowy charakter krążka, a jest tego dużo więcej! „Real Thing” przez swoje nasycone syntezatorami brzmienie sprawia wrażenie utworu żywcem wyjętego z winylowej otchłani archiwów R&B. Warto pochwalić również umiejętności wokalne JMSN-a, bo oprócz tego, że jest niezaprzeczalnie utalentowanym muzykiem, jest również bardzo dobrym wokalistą. Co prawda po tylu albumach nadal dostrzegam zbieżność jego barwy głosu z wokalem Timberlake’a, ale na tym podobieństwo do Justina się kończy.

Na Velvet zajdziemy też dwie dłuższe kompozycje, „Levy” i „Drama”, w przypadku których zastosowano zabieg podziału na części. Pierwsza z nich to funkująca perełka idealnie nadająca się na parkiet. W utworze słychać bogate instrumentarium przywodzące na myśl klasyki spod szyldu Motown. Druga część kompozycji to bazująca na perkusji i smyczkach ballada, której refren wydaje się być stylizowany na bluesową modłę. To jednocześnie próba rozliczenia się z konsekwencjami artystycznych wyborów. Nie ma co się oszukiwać, JMSN mimo wszystkich swych przymiotów nadal pozostaje gdzieś poza mainstreamem. „Of course if it don’t make dollars it don’t make sense, but you can’t keep playing ignorant” słychać w tekście i aż chce się zawtórować „Money makes the world go round”. Lirycznie utwór stanowi doskonałe preludium do następnej kompozycji, jednego z singli promujących wydawnictwo, „Talk Is Cheap”, w którym JMSN kontynuuje wątek artystycznej niezależności. Muzyk słowami „Talking about numbers and digits, take your money and get outta my face, I’m focused, I got my vision” rozprawia się z tymi, którzy chcieliby wtłoczyć go w branżowe ramy i zmusić do kompromisu. JMSN ma w tym już pewne doświadczenie. Wszak jego początki z Love Arcade czy jako Christian TV były ewidentną próbą stworzenia przez wielkie wytwórnie kolejnej marionetki, która zapewne po dwóch albumach zniknęłaby w natłoku jego podobnych. Na szczęście stało się inaczej i JMSN w 2012 roku założył niezależną oficynę White Room Records.

Druga z podzielonych kompozycji, „Drama”, to najbardziej odrealniony, futurystyczny kawałek na płycie. Dużo w nim eksperymentów z automatyzacją głosu, a która w tym przypadku okazała się strzałem w dziesiątkę. Jak w przypadku wspomnianego wcześniej „Levy”, tak i tutaj mamy dwie części tej samej kompozycji i jak przy poprzedniku, „Drama Pt. II” również jest tą spokojniejszą częścią, stopniowo wyciszającym się alter ego poprzednika. JMSN ma niezwykły talent do harmonizowania dźwięków, które na papierze nie wyglądałyby dobrze, ale w praktyce świetnie się sprawdzają. Płyta wypełniona jest stylistycznymi retrospekcjami, jak w przypadku „Pose” mocno funkującego, przesiąkniętego brzmieniem lat 80, czy „Inferno”, utworu zanurzonego w wesołości soulu lat 70, który jednocześnie przypomina nieco wydany dwa lata temu „Awaken, My Love!” Childlisha Gambino, głównie za sprawą podobnego sposobu obróbki wokalu. Powrót do wczesnych lat 90. gwarantuje natomiast „Explicit” — laidbackowa kompozycja, tekstowo przypominająca R. Kelly’ego w wersji PG13. JMSN śpiewa „See I just got desires God gave me, and these feelings ain’t fleeting no time soon, ’Cause girl you got that pink and it’s turning me blue” i wszyscy wiemy, o co chodzi. Muzycznie jest słodko, ale nie mdło.

Niewątpliwym highlightem albumu i kompozycją nadającą ton Velvet jest „So Badly”. Nie dziwi zatem, że utwór został pierwszym singlem promującym to wydawnictwo. Funkujący, wielopoziomowy majstersztyk, który już dziś śmiało mogę nazwać jednym z najlepszych wśród całej bogatej dyskografii Christiana. Tekstowo to klasyczny przykład wrażliwości, którą JMSN demonstruje w swoich piosenkach od czasów Priscilli. Tym razem wokalista dzieli się wątpliwościami dotyczącymi braku zaangażowania ze strony partnerki, gdzie słychać „Did my past take all the confidence I once had? ‘Cause you keep saying it’s you and you got a lot on your mind, but that don’t help, I still blame myself”. Wszystko to okraszone oldschoolowym vibe’m i poniesione chwytliwą melodią. Kolejnym singlem i następnym utworem, który doczekał się wizualizacji, jest przewrotne „Mind Playin’ Tricks”. W innym świecie ten kawałek mógłby promować ścieżkę dźwiękową do filmu Drive. To hołd oddany Prince’owi, zarówno w wokalizach, złożoności instrumentalnej, jak i gitarowym solo. Książę byłby dumny.

Velvet to jak do tej pory najbardziej przemyślana płyta w katalogu JMSN-a. Jeśli porównać ten album do znakomitego przecież debiutu artysty z 2012 roku, nie sposób nie zauważyć brzmieniowego, tematycznego i artystycznego progresu. Dzisiejszy JMSN to postać uwodząca swoją muzyką, artysta bardzo dobry w swoim fachu, ale wciąż dążący do doskonałości i próbujący przeskoczyć samego siebie. Od zawsze jego głównym atutem była umiejętność pisania prostych, ale szczerych i bogatych emocjonalnie tekstów — to nie zmieniło się do dziś. Z płyty na płytę JMSN coraz zręczniej bawi się gatunkami, stylami i swoim wizerunkiem. Oby jak najwięcej tak kreatywnych i płodnych muzyków R&B!

7 powodów, dla których JMSN zachwyca

Już w najbliższy czwartek JMSN rozpocznie swoją minitrasę po Polsce i odwiedzi kolejno Wrocław, Warszawę oraz Kraków. Zostały jedynie bilety na występy we Wrocławiu i w Krakowie, które możecie nabyć tutajtutaj. Jako że będziemy mieli po raz kolejny przyjemność oglądania Christiana na żywo, chcemy Was zachęcić abyście zabrali się z nami i mieli okazję posłuchać świetnej muzyki. W tym celu przedstawiamy krótki, aczkolwiek treściwy zbiór 7 cech twórczości JMSNa i powodów, dla których artysta zachwyca publiczność oraz sympatyków szeroko pojętej czarnej muzyki.

7.

Eteryczność

Twórczość Amerykanina obfituje w utwory, które uwodzą swoją subtelnością. Ta lekkość przebija się przez ucho słuchacza i zostaje w nim na długo.

6.

Duchowość

Powyższe określenie przychodzi na myśl słuchając większości, zwłaszcza tych starszych, utworów JMSNa. Nie bez powodu przecież sam Christian ma wytatuowany krzyż na klatce piersiowej. „Thing U Miss” to najbardziej refleksyjny, przynajmniej dla mnie, kawałek z jego repertuaru.

5.

Romantyzm

JMSN zaczynał tworzyć i publikować swój materiał mniej więcej w tym samym czasie, co Weeknd. W niektórych przypadkach korzystał z pomysłów kolegi po fachu i tworzył numery w tej samej tematyce, choć robił to ze smakiem.

4.

Zmysłowość

Zmysłowość w muzyce, narkotyki w klipie. Miłość i wspólny trip. Na koncertach JMSNa odczujecie pozytywne wibracje, a samo przeżycie to istny trip. Sami zobaczcie!

3.

Multiinstrumentalizm

JMSN jest multiinstrumentalistą — gra na gitarze, perkusji i skrzypcach. Ale… ponadto jest inżynierem dźwięku i producentem swoich kawałków. Debiutancki album Priscilla była w całości wyprodukowana przez Berishaja, a wszystkie klipy powstały z JMSNem w roli reżysera. Jednym z tych numerów jest doskonały singiel promujący najnowszy album Velvet, pt. „Talk Is Cheap”.

2.

Talent

Takie talenty zdarzają się stosunkowo rzadko, ale najlepsze co może się wydarzyć, to szacunek i aprobata ze strony innych artystów, którzy mają na koncie ogromne sukcesy. JMSN nie pozostał niezauważony na scenie hiphopowej i szybko nawiązała się w współpraca na linii Berishaj – Game oraz Berishaj – Ab-Soul. Z obu powstały świetne piosenki.

1.

Seksualność

To hasło krąży po głowie każdego, kto doświadczył występu JMSN na żywo. Jego ruch sceniczny, przynajmniej ten znany mi z występu w Gdyni w 2017 roku, jest dość sugestywny, ale pasuje do stworzonego klimatu i do samego materiału JMSNa. Zresztą, najlepiej to hasło odda klip do utworu „Alone” z 2011 roku, gdy właśnie JMSN tworzył bliźniacze piosenki do Trylogii Weeknda.

JMSN na trzech koncertach w Polsce!

JMSN jakiś czas temu był zmuszony odwołać zaplanowane koncerty w naszym kraju z powodów zdrowotnych. Organizatorzy obiecali jednak, że artysta wystąpi u nas w innym terminie i danego słowa dotrzymali. Jameson wraca do Polski w listopadzie i zagra w aż trzech miastach! Wrocław, Warszawa i Kraków — w takiej trasie odwiedzi nas pochodząca ze stanu Michigan gwiazda. Na występach Christiana uwalnia się jego uduchowiona strona (przeważająca zresztą w jego osobowości), co tworzy niesamowitą aurę intymności — zachęcamy zatem do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu.

Aurę tę szczególnie było czuć podczas występu na Open’erze w 2017 roku. Same miejsca zbliżających się koncertów zagwarantują kameralny klimat. We Wrocławiu wszystko odbędzie się w kultowym klubie Bezsenność, w Warszawie będzie to NIEBO, natomiast w stolicy Małopolski JMSN zagra w miejscu dawnej fabryki papierosów Gwarant, klubie ZetPeTe! Nie ma chyba miejsca bardziej pasującego do Berishaja!

PS śpieszcie się kupować bilety, tak szybko znikają!

Wrocław — KUPISZ TUTAJ
Warszawa — KUPISZ TUTAJ
Kraków — KUPISZ TUTAJ

#FridayRoundup: Brockhampton, Prince, JMSN, Milo i inni

Przed wami kolejne podsumowanie premier płytowych, gdzie znalazło się miejsce zarówno dla nieobliczalnych przedstawicieli nowego rapu z grupy Brockhampton, dawno niesłyszanej Macy Gray, jak i zbioru archiwalnych nagrań Prince’a.


(więcej…)

Nowy teledysk: JMSN „Talk Is Cheap”

W ten czwartek dwie świetne wiadomości — pierwsza jest taka, że JMSN zrealizuje swoją odwołaną 3-miastową trasę po Polsce w 2018 roku, a druga to nowy klip, do utworu „Talk Is Cheap”. Singiel pochodzi z nadchodzącego albumu Velvet, którego premiera zaplanowana jest na wrzesień. W teledysku JMSN obraca się z tancerzami na okrągłej platformie i zbiera na siebie deszcz pieniędzy. W sumie, ten klip jest charakterystyczny dla Berishaja.

Nowy utwór: JMSN „So Badly”


Nasz ulubiony wokalista R&B z Michigan nie zawodzi. Mowa oczywiście o JMSN, który właśnie wypuścił do sieci nowy singiel — „So Badly”. Stylistycznie blisko mu do ostatnio wydanego albumu artysty, Whatever Makes U Happy. Jest to kolejny ukłon w stronę klasycznego R&B, pełnego żywych instrumentów, funkowej gitary i leniwie granych klawiszy. Mnóstwo klimatu tworzą wielopoziomowe wokale, które wręcz błagają o zaspokojenie uczuciowych potrzeb naszego przyjemniaczka. Jeżeli nie mieliście okazji słyszeć go na Openerze w ubiegłym roku, to już 11 marca podczas festiwalu World Wide Warsaw pojawi się w Grizzly Gin Barze w Warszawie. Koncert jest już co prawda wyprzedany, ale warto śledzić wydarzenie, może organizator skusi się o kilka dodatkowych miejsc? Zapewniamy, że warto się wybrać!