Recenzja: The-Dream Love vs. Money

Data: 27 marca 2009 Autor: Komentarzy:

The-Dream

Love vs. Money (2009)

Radio Killa

The-Dream czarną muzyką para się nie od dzisiaj, ale świat usłyszał o nim szerzej dopiero w roku 2007, kiedy to światło dzienne ujrzał jego pierwszy krążek „Love/Hate”. 10 marca na półki sklepowe trafił natomiast jego następca „Love vs. Money” – jeśli podobał Wam się debiut, to sophomore z pewnością także przypadnie Wam do gustu.

Mimo, że słowo love uparcie tkwi już w drugim tytule Teriusa Nasha, z miłością jako taką nie ma on zbyt dużo wspólnego, dopóki nie zaczniemy rozumieć jej raczej w aspekcie czysto fizycznym. Bo trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że współczesne R&B ma ograniczone pole zasięgu, jeśli chodzi o tematykę. Na pierwszym miejscu plasuje się właśnie oczywiście seks, zaraz potem pieniądze, luksus, imprezy, nierozłączny duet: zdrady + zawiedzione zaufanie, aż wreszcie ta nieszczęsna miłość. W każdym razie The-Dream znakomicie potrafił wpasować się w te kanony i zgodnie z tytułem, album jest właśnie głównie o seksie i pieniądzach. Ciężko natomiast jednoznacznie stwierdzić, które z tego zestawu wygrywa ten bój.

Czego byśmy nie sądzili o muzyce Dreama, nie można też odmówić mu znakomitego wyczucia czasu i nagrania krążka o brzmieniu, do którego niewątpliwie zmierza R&B w 2009 roku. Poza tym The-Dream tworzy na płycie bardzo specyficzny klimat zmysłowej stagnacji, przewijającej się na tyłach elektronicznych beatów, za często nieprzyzwoitymi tekstami. To wszystko sprawia, że choć z początku wszystkie utwory mogą brzmieć podobnie, z każdym kolejnym przesłuchaniem zaczynają podobać nam się coraz bardziej. Niewątpliwym atutem albumu jest także fakt, że Nash wyprodukował i napisał każdy kawałek samodzielnie, z pomocą co-producenta krążka Christophera „Tricky’ego” Stewarta oraz zaproszonych gości tj. dwójki pierwszoligowych gwiazd czarnej muzyki Kanye’go WestaMariah Carey i powoli emerytowanego już Lil Jona.

O ile pierwszy singiel „Rockin’ That Shit” momentalnie wpada w ucho, o tyle już drugi – „My Love”Carey na featuringu, okazuje się być najsłabszym, wybitnie niestrawnym momentem albumu. Nieporozumieniem wydaje się być także „Let Me See Your Booty”, wyprodukowane przez Lil Jona. Jest definitywnie przekombinowany, i choć przewidywany był na pierwszy singiel, ostatecznie na szczęście, po flopie i zdobyciu jedynie #125 (ostatniej) pozycji na liście US R&B, ktoś poszedł po rozum do głowy. Ponadto na uwagę zasługują choćby „Put It Down” utrzymane w stylu zeszłorocznego hitu „Bed” J. Holiday’a (także wyprodukowanego przez Dreama), ponad-sześciominutowe „Fancy” i obie części tytułowego „Love vs. Money”. Jednak zdecydowanie najjaśniejszym blaskiem świeci kolaboracja z Westem – futurystyczne up-tempo inspirowane twórczością Michaela Jacksona, słynnym moonwalkiem i latami 80tymi – „Walkin’ on the Moon”. Utwór dzięki digital sales albumu już zdołał dostać się na #113 miejsce Billboardu bez żadnej promocji i przewidywany jest na trzeci singiel.

Dream zdecydowanie podniósł poprzeczkę dla tegorocznych albumów spod znaku rhythm & bluesa. Śmiało można powiedzieć, że jest to krążek jaki chcieliby nagrać R. Kelly czy Usher, ale w chwili obecnej jest poza ich zasięgiem.

Komentarze

komentarzy