the-dream

Press Play #27: 13 lat Soulbowl

W ostatni piątek naszej stronie stuknęło 13 lat! O tym, jak to się wszystko zaczęło, rozpisywaliśmy się (być może za bardzo) w serii artykułów przed 6 laty. Tym razem postanowiliśmy reaktywować starą kolumnę Press Play, w której zwykliśmy się dzielić swoimi aktualnymi muzycznymi fascynacjami, łącząc przeszłe zajawki z naszą pracą na stronie. Trochę egocentrycznie, ale bez narcyzmu, przedstawiamy płyty, których nie poznalibyśmy, gdyby nie Soulbowl.pl.


Love vs. Money

The-Dream

Radio Killa

Soulbowl powstał w 2006 roku, ale potrzeba było trochę czasu, by nasza niezobowiązująca zajawka zaczęła nabierać bardziej określonych kształtów — wpisały się w nie m.in. recenzje premier płytowych, które z różną częstotliwością i skutkiem pojawiają się na naszych łamach do dziś. Tekstem, który w moim przekonaniu niejako tę epokę otworzył, była recenzja Love vs. Money The-Dreama sprzed (niemal równo) dziesięciu lat. Wówczas nie miałem świadomości, ale jak miało się okazać w kolejnych lata, to także album, który ukierunkował moje muzyczne zainteresowania i wyznaczył pewien (dość wygórowany) standard dla produkcji współczesnego R&B w ogóle. Bo pod tym względem — dbałości do detale, kreowaniu kilku różnych muzycznych planów jednocześnie i przechodzeniu pomiędzy nimi w obrębie kompozycji, odtworzenia na nowym muzycznym polu koncepcji cyklu piosenek (znanej choćby z What’ Going On Marvina Gaye’a, a ostatnio nadającej pęd najnowszemu krążkowi Solange) — Love vs. Money nie ma sobie równych. Ale to też solidna emocjonalna przeprawa — kompetentne i nieoczywiste rozwinięcie starego jak świat światem dylematu — miłość czy pieniądze. W tym kontekście jednak archetypowe rozterki w muzyce popularnej, historia kariery samego Dreama, moje potyczki z jego dyskografią czy nawet kondycja muzyki R&B są cokolwiek drugorzędne. Dziś w centrum stawiam raczej nieprzewidywalność — pamiętam doskonale ten moment, kiedy kreśliłem recenzję płyty Dreama przed 10-cioma laty — wtedy pod wpływem mojej chyba pierwszej krytycznej przeprawy wyrósł w moich oczach na bohatera sceny, ale nie mogłem spodziewać się, że jego płyta nie tylko zdefiniuje na nową moją percepcję muzyki i w ciągu kolejnej dekady wyrośnie w moich oczach na najznakomitszą pozycję w bogatej historii gatunku. Nie mogłem się też wówczas spodziewać, że 10 lat później Soulbowl — lepione jednak po amatorsku z żywej zajawki i dobrych chęci grupy pasjonatów — przetrwa próbę czasu i będę mógl podzielić się z wami w tym artykule tą spontaniczną, szczerą refleksją.— Kurtek


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

Kendrick Lamar – Section.80
2011 był dla mnie rokiem wyjątkowym — nie tylko dlatego, że dołączyłem do zespołu soulbowl.pl. To był niezwykły rok dla muzyki, przynajmniej dla tej czarnej. Obecny stan muzycznego rozkładu sił, to znaczy dominacji hip hopu i r&b nad wszystkimi innymi gatunkami, to efekt rozpoczętej wówczas wymiany pokoleń. W czasie gdy po swoje zaczynał iść trap, cloudowy A$AP Rocky zacierał granice między przeszłością a przyszłoscią, Tyler the Creator czy Lil B zacierali granice między powagą a szaleństwem, Drake przekonywał coraz więcej osób do ostatecznego rozliczenia się ze stereotypem groźnego rapera-gangstera, to na mapie współczesnego r&b znaczenia nabrały takie postaci jak The Weeknd, Frank Ocean i James Blake. W centrum całej tej masy krytycznej dostrzec można było skromnego (ale czy na pewno?), sympatycznego (ale czy na pewno?) chłopaka z Compton. „K-Dot nagrał album, po którym na pewno zrobi się o nim głośno w całej Ameryce.” – tak pisałem w jednej z moich pierwszych, bardzo słabych recenzji na Misce. Ale prognoza była trafiona, Kendrick jest dziś gwiazdą wielkiego kalibru, cholernie sprawnie godzącą ze sobą sukces komercyjny i artystyczny. Emocje związane z kolejnymi odsłuchami „A.D.H.D”, „The Spiteful Chant”, czy „Keisha’s Song (Her Pain)” nakręcały mnie wówczas jak mało co, podobnie jak ukryty featuring na Take Care Drake’a, albo każde nowe doniesienie na temat już przygotowywanego pod okiem Doctora Dre good kid, m.A.A.d city. Bez tego krążka nie byłbym sobą — człowiekiem tak bardzo lubiącym zarażać innych fascynacją kierowaną na współczesną muzykę, jako że może mieć ona jeszcze coś tam ciekawego do zaoferowania. — Chojny


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

W 2011 roku ksywka Lamara, choć jeszcze mało znana, zaczęła pojawiać się tu i tam coraz częściej. Jako fan rapowej klasyki w tamtym czasie sporadycznie sięgałem po rzeczy nowsze niż z końcówki lat 90., jednak porównania Kendricka do Tupaca sprawiły, że zrobiłem wyjątek. Oczywiście zacząłem od wydanego kilka miesięcy wcześniej Section.80. Ku mojemu zdziwieniu album nie miał w sobie praktycznie nic z zachodniego wybrzeża, które znałem. Sam Lamar odbiegał również od pozy gangstera, a tekściarski kunszt zdawał się czerpać z przeciwnego końca Ameryki. W dodatku te jazzowe beaty w „Rigamortis” i „Ab-Soul’s Outro”. Dalszą historię Lamara już znacie. I chociaż przez niemalże dekadę K-Dot zdążył wydać już o wiele lepsze wydawnictwa, to bardzo lubię wracać do Section.80. Było to dla mnie wprowadzenie nie tylko do ekipy TDE, ale także do całej ówczesnej nowej rapowej fali. Dzięki Misko!— Mateusz


A Seat at the Table

Solange

Columbia

Kiedy zaczynałam swoją soulbowlową przygodę, byłam zatwardziałą hiphopową głową, której zainteresowania ledwo wychodziły poza dyskografię A Tribe Called Quest i polskich najpopularniejszych raperów. Przez te dwa lata zdecydowanie złagodniałam, a hip-hop ustąpił neosoulowym brzmieniom czy R&B. Zastanawiałam się nad wyborem, bo soulbowl nauczył mnie takich wykonawców jak SZA, Frank Ocean czy Janelle Monae. Jednak płytą, która zdecydowanie przełamała lody, było A Seat at the Table — subiektywnie, jeden z najlepszych albumów ostatniej dekady. To wzruszające, subtelne dzieło, którym Solange na stałe wpisała się w kanon moich ulubionych artystów. To celebracja kultury Afroamerykanów i kobiecej siły. I tried to run it away. Thought then my head be feeling clearer . I traveled 70 states. Thought moving around make me feel better. – „Cranes in the sky” zawsze porusza tak samo. Tydzień po premierze When I Get Home, a ja wciąż nie mogę uwolnić się od A Seat at the Table.— Polazofia


El mal querer

Rosalía

Sony

Gorący występ na rozdaniu MTV European Music Awards i coś z grzesznej przyjemności hiszpańskich telenoweli. Rosalía to kwintesencja współczesnego, perfekcyjnego popu, muzyczny fenomen. Czerpie garściami z tradycji flamenco i łączy ją z nowoczesnym R&B – działa podobnie jak Soulbowl. Dokonujemy starannej selekcji między starym a nowym, nie zapominamy o legendach i klasykach gatunku i szukamy wciąż nowych, wartych odsłuchu brzmień, którymi się z Wami dzielimy. — Ibinks


Channel Orange

Frank Ocean

Def Jam

Dekadencki obraz młodzieży, ignoranckiej klasy wyższej, narkotyków, seksu, toksycznych lub przelotnych relacji, w tym autotematyczny wątek uczucia do innego mężczyzny; synestetyczny motyw lata i nieodwzajemnionej miłości. Channel Orange to kompozycje oparte na popowych, a jednocześnie niebanalnych liniach melodycznych z wykorzystaniem żywych instrumentów. Album przełomowy zarówno dla gatunku, jak i środowiska. Dzięki niemu Frank Ocean z powrotem wniósł neo soul na wyższy poziom, dokonał znaczącego coming outu na scenie hip-hopowej oraz stał się inspiracją dla kolejnych artystów.— Klementyna


Priscilla

JMSN

White Room

Gdy wśród redaktorów Soulbowla, padł pomysł stworzenia Press Play’a dotyczącego albumów, których nie poznali byśmy, gdyby nie Miska, ogarnęła mnie lekka panika, bo jak tu wybrać tylko jeden krążek? Po chwili namysłu przyszedł mi do głowy artysta, którego w gruncie rzeczy, Soulbowl mocno w naszym kraju spopularyzował. Chodzi o JMSN-a i jego debiutancką płytę Priscilla. Premiera albumu w 2012 roku zbiegła się ciężkim okresem w moim życiu. Pamiętam to jak dziś, przeczytałam na Soulu recenzję tej płyty, zaczęłam jej słuchać i uznałam, że jest całkiem w porządku. Jak na kiełkującą wtedy estetykę alt r’n’b zapowiadało się całkiem nieźle. Przyznaje, nie była to głęboka miłość od pierwszego przesłuchania. Dałam Priscilli trochę czasu. Niedługo potem, podczas wielu bezsennych nocy, które mnie w tamtym okresie dręczyły, ponownie przystąpiłam do odsłuchu debiutu JMSN’a. Staring out the window, Waiting for life to stop, Cause everything I been through, Never seems to let up — i dokładnie to w tym momencie robiłam. Była jakaś 4 rano, za oknem lekko świtało, deszcz bębnił w okno. Klisza i banał, scena jak z kiczowatego melodramatu, ale w tamtym momencie było mi to niezbędne. To, co przekazywał w swoich tekstach Christian, to w jaki sposób układał melodie, dodawał instrumentalne smaczki sprawiło, że w tamtym momencie poczułam się bezpiecznie. Jego muzyka i szczera prostota tekstów, dziwnym trafem, potrafiła podnieść mnie na duchu. Nałogowo słuchałam tego krążka. Pomyślałam, jak fajnie, że jest takie miejsce, że są tacy ludzie, którzy odkrywają przede mną i innymi, znakomitą muzykę i genialnych artystów. Parę lat później broniłam pracę licencjacką, która dotyczyła między innymi promocji muzyki urban przez Soulbowl. Ani się obejrzałam jak po castingu na redaktora udało mi się pod szyldem Miski pisać. Myślę, że to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Są ludzie, którym po prostu chce się promować dobrą muzykę. Obyśmy robili to przez wiele kolejnych lat!— Pat

Nowy utwór: Chromeo ft. The-Dream „Bedroom Calling”

Sukces Bruno Marsa podczas tegorocznej gali Grammy tylko potwierdził, że stylistyka rodem z lat 70-tych i 80-tych wraca do łask. Tym szlakiem od kilku ładnych lat kroczą także muzycy z Chromeo. Panowie dosyć obficie czerpią z dorobku artystów tamtych dekad, co słychać także na ich najnowszym singlu zatytułowanym „Bedroom Calling”. W nagraniu Dave i P-Thugg goszczą The-Dreama. Kawałek znajdzie się zapewne na nadchodzącym albumie duetu — Head Over Heels.

The-Dream świętuje 10-lecie Love Hate nowym utworem, zapowiada mixtape

Wczoraj minęła równa dekada od premiery debiutanckiego krążka The-Dreama Love Hate, który wówczas zupełnie zmienił współczesne R&B, dopracowanym do perfekcji brzmieniem obfitującym w produkcyjne niuanse wyprowadzając styl ze ślepego zaułka i podnosząc jego rangę w oczach krytyków. To dzięki tej i dwóm kolejnym płytom The-Dreama R&B mogło stopić się z art popem, by kilka lat później dać początek nowej fali gatunku. Na 10-lecie krążka piosenkarz/producent podzielił się nowym utworem „It’s Yo Birthday” nieodbiegającym zanadto ani od sztandarowego brzmienia artysty, ani od poruszanej przez niego tematyki, jak zwykle bowiem chodzi o seks — tym razem urodzinowy. Jednocześnie Dream zapowiedział nowy projekt Sextape Vol. 1, którego szczegóły nie są jednak znane.

Nowy teledysk: Ty Dolla Sign ft. Lil Wayne, The-Dream „Love U Better”

Beach House 3 już wkrótce. Taka informacja pojawia się na zakończenie najnowszego teledysku od Ty Dolla Sign. Przed kilkoma dniami artysta zaprezentował wideo do singla „Love U Better”. Roi się w nim od pięknych kobiet, drogich alkoholi i ekskluzywnych wnętrz, a poza wykonawcami w klipie pojawiają się YG, Trae Tha Truth oraz Jeremih. Czy to przewidywani goście na albumie? Tego zapewne dowiemy się już niebawem. Reżyserią obrazu zajął się Ryan Hope.

Nowy utwór: Ty Dolla Sign feat. The-Dream, Lil Wayne „Love U Better”

Po kilku miesiącach od wydania ostatniego projektu zatytułowanego Campaign, Ty Dolla Sign wypuszcza nowy singiel. „Love U Better” to letni i imprezowy numer, na którym u boku gospodarza udzielają się The-Dream oraz Lil Wayne. Oprawą muzyczną zajął się specjalista od hitowych podkładów, a zarazem jeden ze stałych współpracowników wokalisty — DJ Mustard. Utwór został także opatrzony informacją zwiastującą nadejście nowego albumu. Jak się okazuje, Tyrone pracuje nad trzecią częścią Beach House. I chociaż na dzień dzisiejszy nie wiadomo nic więcej na ten temat, to mając w pamięci poprzednie odsłony serii można spodziewać się sporej dawki dobrego R&B.

Wakacyjne zbrodnie The-Dreama

Nie wiem, jak to się stało, że oto ja, największy samozwańczy miłośnik muzycznej spuścizny The-Dreama, dowiedziałem się o jego nowym singlu z tygodniowym opóźnieniem. Czym prędzej zatem nadrabiam, zwłaszcza że trudno w tym kontekście powstrzymać się od komentarza. Przede wszystkim nowy numer „Summer Body” — kolejna kolaboracja z trzecioligowym obecnie Fabolousem (co dobitnie potwierdza żenującą zwrotką w tym numerze) to stylistyczny spadkobierca najbardziej niefortunnego singla w karierze Dreama, czyli niesławnego „Let Me See the Booty”, który na szczęście przepadł na listach przebojów, wypadając z tracklisty fenomenalnego Love vs. Money. Stare dzieje.

Tymczasem jeśli możemy nieironicznie uznać zeszłotygodniową płytę Calvina Harrisa za dobry album, to nie ma przeciwwskazań, żeby po trzech odsłuchach i dwóch drinkach nominować „Summer Body” The-Dreama. Są co prawda rzeczy, które trzeba będzie mu wybaczyć, stąd wspomniane drinki z pewnością się przydadzą. Przede wszystkim — dotkliwy brak producenckiej elokwencji, do której przyzwyczaił nas przez lata (posłuchajcie wspomnianego Love vs. Money z 2009 roku — prawdopodobnie najlepszej płyty w historii współczesnego R&B), a którą na ostatnich wydawnictwach systematycznie zastępował frustrującym amelodyjnym minimalizmem.

„Summer Body” na szczęście stoi do tej koncepcji w opozycji — od pierwszej chwili uwodzi chwytliwym hookiem i niepodważalnym tanecznym vibem w stylu tropikalnych The Neptunes circa 2004. Dzięki temu, że Dream znowu zaczął bujać, można w zupełności wybaczyć nie tylko brak sensownej warstwy tekstowej („Summer body, pilates body”, naprawdę?), a nawet użycie słowa badonkadonk.

Koniec końców pisałem o przeboju lata, prawda? Intelektualizm można więc w tej kwestii bez zażenowania odłożyć na bok i beztrosko zatracić się w tańcu. Tak zróbmy!

Nowy teledysk: Meek Mill feat. The-Dream „YBA”

Meek Mill w ostatnim okresie jest bardzo aktywny. Nie dość, że zbliża się premiera jego trzeciego albumu Wins & Losses, a w ostatnim czasie z okazji swoich urodzin udostępnił nam krótki mixtape, to zaprezentował właśnie swój najnowszy utwór oraz teledysk do niego. „YBA” opowiada o problemach czarnej młodzieży i jest niejako przestrogą od Meek’a, aby przemyśleć swoje wybory. Całość uzupełnia The-Dream, co daje spójny i zdecydowanie jeden poważniejszych utworów, które ostatnio przedstawił nam raper. Polecamy sprawdzenie Meek Mill’a w nieco innym wydaniu.

Kanye West wydaje 17-minutowy remake „Bed” The-Dreama

dream

„Bed”, oryginalnie nagrane przez niejakiego J. Holidaya, swoisty 2-hit wonder sceny R&B i wydane w 2007 w centrum złotej songwritersko-producenckiej ery The-Dreama, doczekało się interpretacji samego autora. 17-minutowej i zatytułowanej „Bed Yeezy Season 5”. W dodatku wszystko sygnuje swoim nazwiskiem Kanye West, nawet pomimo tego, że w samym utworze się nie się nie pojawia. Na szczęście na tym absurdy się kończą, bo „Bed” jest jednym z najlepszych numerów, jakie kiedykolwiek napisał Dream — od samego początku wydawał się zresztą szyty na miarę dla niego samego, a o wykonanie tego kawałka z nieznanym wówczas Holidayem bił się ponoć jeszcze przed dekadą Chris Brown. No właśnie, data wydania remake’u wydaje się nieprzypadkowa, bo w czerwcu od premiery kawałka minie równo 10 lat.

Dream radzi sobie znakomicie, łącząc to, co umie najlepiej — chwytliwe powtarzalne refreny i progresywne ewoluujące w czasie wielkoformatowe art R&B — tu w obfitości eksplorujące instrumentalne pasaże z pogranicza ambientu i syntezatorowej muzyki orkiestrowej. To dobrze wróży premierze kolejnego longplaya Dreama Love Affair zapowiedzianej na 24 marca. Tymczasem koniecznie posłuchajcie poniżej jego autocoveru „Bed”.

The-Dream wyrusza w trasę i zapowiada nowy longplay

photo

Wydana na początku grudnia epka Love You to Death okazała się preludium do planowanego na marzec kolejnego, wyczekiwanego od czasu niefortunnego IV Play sprzed czterech(!) lat longplaya. Album Love Affair ma trafić do dystrybucji 24 marca. Początkowo krążek o takim tytule miał być czwartym elementem miłosnej trylogii zapowiadanym na połowię 2011 roku. Jak to jednak u Dreama bywa, życie zweryfikowało i krążek, najprawdopodobniej w zupełnie innej muzycznej odsłonie, dane nam będzie (miejmy nadzieję) usłyszeć dopiero w tym roku. Jednocześnie w połowie lutego Dream rozpocznie krótką trasę koncertową Love You to Death tour po 8 dużych miastach Ameryki. Pozostaje trzymać kciuki, żeby tym razem wszystko się udało.

Odsłuch: The-Dream Love You to Death

dream

The-Dream rozmienia się na drobne i to całkiem dosłownie. Wciąż obecny na drugim/trzecim planie głośnych premier muzycznych, ledwo co przyciąga naszą uwagę do swojej solowej twórczości. Epka za epką, każda kolejna coraz bardziej niezauważalna. Najnowsza z nich, nosząca tytuł Love You to Death, wczoraj wylądowała na serwerach serwisów streamingowych. Pięć premierowych utworów, a wśród nich w zasadzie nic takiego, czego Terius Nash miałby się przed nami wstydzić. Zapraszam do odsłuchu i trzymam kciuki, żeby artysta wyszedł na prostą i za pomocą kolejnego longplaya należycie o sobie przypomniał. Tak, utwór po tytułem „Rih-Flex” to hołd dla Rihanny.

The-Dream zapowiada nową epkę

15251600_225788594511668_6822192977146806272_n

The-Dream żyje i ma się dobrze. Co prawda w dalszym ciągu pozostaje bez kontraktu i musi radzić sobie sam, ale to nie powstrzymuje go przed wydawaniem nowej muzyki. W tym roku zresztą pomimo pewnej marginalizacji zdołał dołożyć swoje cegiełki do płyt Kanyego Westa, Beyoncé, Solange czy Tinashe — nie najgorzej, jak na dość blady jak na niego rok. 11 miesięcy po premierze wideoalbumu Genesis Dream zapowiada nową epkę. Materiał zatytułowany Love You to Death ukaże się nakładem Radio Killa Records i Roc Nation 9 grudnia. Czekamy z niecierpliwością.

Nowy teledysk: Sevyn Streeter feat. The-Dream „D4L”

przechwytywanie

Ledwo informowaliśmy o nowym utworze Sevyn Streeter, a wokalistka już prezentuje teledysk do „D4L”. Jak już pisałam wcześniej, nie jestem fanką tej kooperacji z The-Dreamem i tę dwójkę stać na wiele więcej niż miałkie r&b. Klip, w którym Sevyn Streeter gra m.in. nauczycielkę nie pomógł i nie wyniósł kawałka na wyższy poziom, a szkoda. Pierwszy długogrający krążek wokalistki Girl Disrupted ma się ukazać na początku przyszłego roku.

Nowy utwór: Tinashe „Superlove”

tinashe-superlove

Trochę nie rozumiem trasy Joyride World Tour, skoro album Joyride jeszce się nie ukazał. Tinashe zwleka z niewiadomych przyczyn z premierą nowego krążka, który ma za zadanie potwierdzić czy nasza ulubienica, a moja rówieśnica trzyma poziom. Dziwnym jest jeszcze brak daty premiery następcy Aquarius, zwłaszcza, że właśnie udostępniono nowy, czwarty już singiel. „Superlove”, bo taki nosi tytuł, to taneczny numer utrzymany w klimacie lat 90-tych. W tle słychać wokal The-Dreama, który równocześnie jest obok Tricky Stewarta współproducentem utworu. Sama wokalistka mówi, że zwleka z premierą płyty, aby „ludzie czekali stojąc na palcach”. No, jesteśmy zniecierpliwieni, więc dawaj Tinashe!

P.S. Przypominamy, że jako jedyni w Europie przeprowadziliśmy wywiad z Tinashe w marcu 2015 roku przy okazji jej pierwszego koncertu w Berlinie. Przeczytać go możecie tutaj.

Jewel EP The-Dreama przypadkiem w sieci

dream

Nie tak dawno w audycji Soulbowl zastanawiałem się, czy kiedykolwiek zapowiadane na czerwiec 2015 roku, a wstrzymane przez problemy z wytwórnią Crown Jewel ujrzy światło dzienne, a tymczasem okazało się, że drugą nieopublikowaną ostatecznie połowę materiału w postaci Jewel EP można znaleźć do odsłuchu w sieci. Nieoficjalnie, co prawda, ale trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek Dream dojdzie do porozumienia z Capitol Records. W poniedziałek przypadkiem cała epka została udostępniona w ramach usługi premium na Soundcloudzie — Soundcloud Go dla amerykańskich słuchaczy. Nie wiadomo, czy album zostanie wreszcie wydany oficjalnie. W lutym na Twitterze Dream zapewniał, że wkrótce druga część płyty Jewel EP ujrzy światło dzienne. No to ujrzała.

dream

Nowe EP: The-Dream Genesis

genesis

The-Dream stawia ostatnio na niespodzianki. Próby zbudowania rozgłosu wokół potencjalnie nadchodzącej premiery albumu Crown Jewel spełzły na niczym i być może w związku z tym muzyk postanowił nas zaskakiwać. Na święta dostaliśmy epkę z coverami Sama Cooke’a, a teraz w nasze ręce trafia Genesis. Jest to nie tylko kolejne EP z premierowym materiałem, ale także ścieżka dźwiękowa do 40-minutowego filmu o tym samym tytule. Obrazek ten dostępny jest do obejrzenia wyłącznie na Tidalu, ale muzyka do niego to już na szczęście opcja nie tylko dla wybrańców. Dziesięć nowych utworów, do tego Wiz Khalifa na featuringu w gratisie — dla mnie spoko, filmu oglądać nie muszę.

Nowy teledysk: Pusha T feat. The-Dream „M.F.T.R.”

pusha-t-the-dream

Ulica, wesołe miasteczko, kościół, co dalej? Pusha T wydaje kolejne klipy jak szalony, podobnie zresztą jak dwa lata temu przy promocji My Name Is My Name. Tym razem jednak w tym całym szaleństwie widać pewien wspólny zamysł, zbliżoną kolorystykę, styl reżyserii świadczący o przedłużeniu mrocznego konceptu albumu Darkest Before Dawn. Klip do „M.F.T.R.” z gościnnym udziałem The-Dreama (wiele dałbym za cały wspólny krążek od tej dwójki) spodoba się szczególnie wszystkim miłośników klimatów „Egzorcysty” i innych „Omenów”. Nie żeby w teledysku się działo cokolwiek przerażającego, ale atmosferę to on ma. Czekamy zatem na następny, panie Pusha.

Nowe EP: The-Dream IAMSAM

IAMSAM

Jak widać po naszym tegorocznym rankingu epek, zdecydowanie zdążył wypaść nam z pamięci fakt, że w 2015 jeden z ważniejszych współczesnych r&b songwriterów, czyli The-Dream. Żalu do samych siebie nie mamy, bo wcale nie była to jakaś wyjątkowa pozycja. Interesujący może być za to IAMSAM — dopiero co wydany przez Teriusa Nasha materiał. Jest to nagrany w 2010 roku (czyli mniej więcej w trakcie sesji nagraniowych na Czwórkę Beyonce) zestaw coverów piosenek Sama Cooke’a. Czemu akurat niego? Legendarny wokalista znad Mississippi był ulubionym piosenkarzem nieżyjącej już matki Dreama. Wszystkie wykonania wypadają zaskakująco klasycznie i wiernie w stosunku do oryginałów, jednak charakterystyczna barwa głosu nie daje nam zapominać, z czyim show mamy tym razem do czynienia.

Nowy utwór: Pusha T feat. The-Dream „M.F.T.R. (More Famous Than Rich)”

pusha

Portale robiące rankingi końcoworoczne na początku grudnia powinny wstrzymać się z ich publikacją, gdy przed końcem roku wychodzą takie albumu jak Jeremiha czy Pusha T. Trzeba przyznać, że Prezydent G.O.O.D. Music w nietypowy sposób promuje kolejne single, zaczynając od zamieszczania tekstów na rapgenius. Tak było w przypadku „Untouchable” jak i dzisiejszego singla – „M.F.T.R. (More Famous Than Rich”. Nowy utwór to kolejna bomba, wbijający w ziemie rap, potężny beat Boi-1da, ogromna charyzma Pusha T i świetny refren The-Dream. Album Darkest Before Dawn nie może zawieść, gdy promują go tak świetne single. Powyżej znajduje się oficjalna okładka. Posłuchajcie również wywiadu z Zane Lowe dla Apple Music. Premiera już 18 grudnia, czekamy!

The-Dream kończy współpracę z Capitol Records

Image1

Kilka dni po tym, jak nakładem wytwórni miał ukazać się piąty krążek artysty. Płyta, której pierwsza koronna połowa trafiła na półki sklepów 14 kwietnia, była w całości ukończona tydzień później, 21 kwietnia. Premiera całości wyznaczona została na miniony piątek, 10 lipca, ale z winy logistyczno-prawnych kompilacji ostatecznie nie ukazała się w tym terminie. Kiedy premiera? Trudno orzec, biorąc pod uwagę, że wypracowanie nowej logistyki sprzedaży albumu poza mechanizmami wytwórni może potrwać miesiącami. W opublikowanym na Instagramie komunikacie producent zapewnił, że ma prawa do swojej muzyki, ale choćby chciał, na tę chwilę nie może jej wypuścić. Całe oświadczenie możecie przeczytać poniżej. Szkoda, że w dobie internetu w dalszym ciągu przestarzały system wydawania muzyki wciąż jest w stanie skutecznie uniemożliwić jej dystrybucję. Trzymamy kciuki, by sprawę udało się jak najszybciej rozwiązać, zwłaszcza że „Black Magic”, pierwszy numer promujący drugą część Crown Jewel jest nadzwyczaj ciekawy i prezentuje nową stronę jednego z najciekawszych producentów R&B ostatniej dekady.

Out of Respect for Steve Barnett I will not point any blame at Capitol records although I am reserved in my feeling about certain things. A 3 month long negotiation has ended and I am no longer being distributed by Capitol Records. My team tho in spite worked hard to retrieve masters in time to put them back up directly from Contra Paris , what happened; Because of the time the date has been pushed back as it took till yesterday to Get masters Back in order to have to even Put out at a Later Date. This is business so even though personally I am responsible for my music , the other parts sometimes you can’t control and when something’s not right I’d rather have the Time to make it the best vs just throwing things out. The album as you see was completely done April 21st and fortunately I own them , however when you take a product back and then want to distribute yourself after Codes are in systems at various Outlets, Tidal,iTunes exit. It has to be recoded and unfortunately the date changes based on all proceeds coming direct to Contra Paris rather than being split between a Major. Basically even tho I have the record I could not put it up either. Doesn’t change the fact that I have a lot of music and would love for it to be out but Things happen when you are fighting for what’s right, we all will get over. Legally that’s all I can say , „wink like a motherfucker”

Posted by AKA The Dream (@thekingdream) on

Recenzja: The-Dream Crown EP

thecrownep

The-Dream

Crown EP (2015)

Def Jam

Solowe albumy The-Dreama zostały ciepło przyjęte przez krytykę, pomimo tego artysta wciąż pozostał raczej znany z przytrzymywania koron na głowach Beyonce, Rihanny, Mariah Carey, Ushera i wielu innych. Tytuł recenzowanej epki mógłby być zarówno wyrazem nieprzerwanej wiary w siebie, jak i po prostu subtelnej autoironii. Odstawiając na bok dywagacje, trzeba przyznać że Crown EP to krótki zbiór wcale niepozbawionych swego blasku, przyjemnych utworów.

Przyjemnych jeśli przymkniemy oko na typowe czerstwe teksty wyzwolonych, przesiąkniętych rapową bezpośredniością artystów r&b („ona Ciebie nie kocha, bo gdyby kochała nie wisiałaby na moim telefonie jak na moim ch…”). W pozornie generycznym r&b-rapowym bangerze „That’s My Shit” muzyk przypomina nam swojej umiejętności uzupełniania tego typu banałów w pewną dozę płynącego z jego głosu ciepła i wrażliwości. „Prime” to już The-Dream na całego — artysta śpiewa o dawnej miłości, która motywowała go do życia i artystycznego rozwoju, nie stroniąc od okazywania prawdziwych emocji. Tak samo jak nie stroni od nich w „All I Need”.

Artysta wierny jest brzmieniom popularyzowanym przez niego już od czasu pierwszych trzech albumów solowych, przypominając o sobie jako jednym z architektów obrazu współczesnego rhythm and bluesu. Od tamtego czasu wielu nanosiło poprawki, a The-Dream nie pozostał na nie obojętny. Stąd na jego brzmieniu lekkie piętno odcisnął kalifornijski ratchet sound spopularyzowany przez DJa Mustarda, a zamykające epkę „Cedez Benz” z dystansu przypomina dowolny utwór Young Thuga. Z bliska natomiast cieszy dbałością o szczegóły i głębią.

Crown EP nie jest powrotem króla, na jaki mieliśmy nadzieję po słabszym IV Play z 2013 roku, ale jako epka zapowiadająca właściwy album (Jewel) sprawdza się wystarczająco dobrze. Czujemy się zachęceni i czekamy na przysłowiowy klejnot w koronie.