Patrząc wstecz: The-Dream Love King

Data: 1 maja 2011 Autor: Komentarzy:

dream

Kiedyś, dawno temu, mieliśmy taką kolumienkę na Soul Misce – Throwback Video. Ale warunkiem, że ją jakkolwiek reaktywować jest posiadanie przez piosenkę choć namiastki teledysku. We wszelkich muzycznych serwisach czy blogach istnieje niepisana zasada, by patrzeć przede wszystkim naprzód i pod żadnym pozorem bez wyraźnego pretekstu nie pisać zbyt wiele o rzeczach, które już tam kiedyś były i traktować je jako oczywistość, nawet jeśli nigdy, choćby w kilku słowach, się o nich nie wspomniało. A tymczasem patrząc wstecz, zatrzymując się na chwilę przy jednej z wielu płyt wydanych kilka lat temu, których już dzisiaj mało kto słucha, można wyłowić prawdziwe skarby. A ja nadal szukam sojuszników do obrony syntezatorowego, nieco generycznego, ale wielowarstwowego R&B The-Dreama. I chociaż Love King na początku nie ujął mnie tak jak swój poprzednik Love vs. Money, głównie z powodu przytłaczającej długości (75 minut dla edycji deluxe), niekorzystnego doboru singli oraz powielania schematów z wcześniejszych krążków. Ale jednak nie mogłem sobie pozwolić na zostawienie sprawy w ten sposób, bo czułem, że mogę coś stracić. I faktycznie 10 miesięcy po premierze Love King nie brzmi tak samo. Nadal sprawia wrażenie przeładowanego kolosa, ale z niegdyś bezkształtnej masy wyłaniają się kontury kilku naprawdę spektakularnych numerów…

1. „Yamaha”: fantastyczne połączenie syntezatorowego brzmienia lat 80tych, pulsującego beatu i fantazyjnego wręcz neo-rhythm & bluesowego orzeźwienia; to brzmienie przyszłości – jeden z najlepszych numerów, jakie kiedykolwiek wykroił The-Dream, włączając w to przesławne: „Umbrellę” Rihanny i „Single Ladies (Put a Ring on It)” Beyoncé. „Yamaha” faktycznie zabiera nas w motocyklową podróż po zalanej kalifornijskim słońcem muzycznej autostradzie, prowadzącej jednocześnie 25 lat wstecz i 25 lat do przodu!

2. „Abyss”: zaczyna się tam, gdzie na poprzedniej płycie skończyła się piosenkowa dylogia „Love vs. Money”, to te same syntezatorowe gromy ciskają w słuchacza z głośników, najbardziej niepokorny i mroczny moment albumu; oczyszczające i jakby prawie transcendentalne przeżycie.

3. „Veteran”: zupełnie niefortunnie zepchnięty z podstawowej edycji albumu, do roli jednego z bonusów, aranżacyjnie nawiązujący nieco do „Yamahy”, ale wyciągający korzenie jeszcze głębiej, aż do witalnego disco drugiej połowy lat 70tych i choćby takich klasyków wczesnego r&b jak „Rock With You” Michaela Jacksona. Lekki, letni groove, przebojowe przejścia i delikatny soulowy vibe to trzy rzeczy budujące „Veterana”.

Komentarze

komentarzy